Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej - rozmowa z Elżbietą Dzikowską

Tomek Brhel
25.12.2017 14:00
Elżbieta Dzikowska

Elżbieta Dzikowska (LESZEK KOTARBA / East News)

Zastanawialiście się kiedyś jak to jest spędzić rodzinne zwykle święta Bożego Narodzenia poza domem? Postanowiłem o to zapytać kogoś, kto z pewnością był już wszędzie. Elżbieta Dzikowska, czyli podróżniczka, autorka wielu książek programów telewizyjnych.

Jak wyglądały pierwsze święta spędzone poza domem?

- Pierwsze święta z daleka od Polski spędziłam na morzu. Płynęłam wtedy do Meksyku i to była podróż tragiczna nieomal albowiem rozpętał się sztorm. Kucharze przygotowali dania wigilijne przykryli stoły mokrymi obrusami, żeby się talerze nie ześlizgnęły, ale nie udało się niczego zjeść, ponieważ tak huśtało, a ja jeszcze cierpię na chorobę morską, że nie sposób było wyjść z kabiny - nawet w tej kabinie było beznadziejnie bo wyrywało nam radia i krzesła. Było to wielkie przeżycie, ale to tylko raz. Za to na statku spędziłam później bardzo miłe święta i Wigilię w Australii - wiele lat potem z moim mężem, Tonym Halikiem.

Czy w czasie takich dalekich podróży jest na stole tradycyjnie? Czy. jakby to powiedzieć - interkontynentalnie?

- To znaczy wszyscy zawsze starają się, żeby było tradycyjnie, ale nie zawsze to jest stosowane na innych kontynentach wśród miejscowej ludności. Na przykład w Meksyku, gdzie byłam wiele razy podczas Świąt Bożego Narodzenia - zaczynają się one już 12 grudnia, kiedy Indianie z całego kraju przybywają do bazyliki Matki Boskiej Guadalupe - tam ucztują, śpiewają, tańczą i potem są też procesję miejscowej ludności tropem ucieczki Matki Boskiej do Egiptu. Chodzą te procesje od domu do domu i proszą o przytułek. No i oczywiście są przyjmowani, częstowani czym trzeba no i czasami, nawet bardzo często, jest w tych domach zawieszona piniata. To jest taki garnek ceramiczny wypełniony łakociami, ozdobiony kolorowymi złotymi bibułkami. Zawiesza się go na sznurku na jakimś drucie pod sufitem, zawiązuje się gościom po kolei oczy, daje się im kij w rękę, okręca dookoła i muszą trafić właśnie w ten garnek.

- Ale Pani miała więcej przygód, również całkiem blisko. jak na Pani skalę oczywiście. słyszałem o przygodach we Włoszech.

- Miałam też inne przygody bożonarodzeniowe - na przykład pojechałam z przyjaciółmi do Włoch, żeby spędzić święta i Sylwestra w Wenecji - na placu św Marka. Zamieszkaliśmy w XIII-wiecznym klasztorze. W pierwszy dzień świąt pojechaliśmy, żeby zobaczyć jak w katedrze z balkonu, którego autorem był sam Donatello, biskup pokazuje publiczności pasek niewiernego Tomasza, to znaczy pasek Matki Boskiej, która spuściła go niewiernemu Tomaszowi aby uwierzył - a to tylko 3 razy w roku się dzieje i właśnie myśmy mieli okazję to zobaczyć. Potem pojechaliśmy do Wenecji. a Wenecja tonie w wodzie. Chodzi się po deskach i nie ma mowy o świątecznym nastroju. Ale i takie też trzeba święta przeżyć. Udało mi się za to kiedyś na Filipinach, gdzie było pięknie i słonecznie. Kąpałam się w morzu cieplutkim, jadłam też co trzeba. Orkiestry nam przykrywały - nawet się tańczyło. Filipiny to bardzo katolicki kraj, ale ma swoje sposoby na przechowywanie tradycji własnej i nabytej zarazem.

Zwiedziła Pani pół świata. ale ja słyszałem, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Pamięta Pani jakieś smaki z dzieciństwa?

- Ja jestem z Podlasia z Międzyrzeca Podlaskiego z tego samego Międzyrzeca, z którego pochodzi Sława Przybylska. Obydwie żeśmy tam obchodziły święta, aczkolwiek osobno. I moja babcia przygotowywała wtedy co trzeba - pamiętam smak niezapomniany, pierożki z grzybami i z kapustą, które nie były gotowane, ale pieczone w piecyku. Oczywiście musiała być ryba, śledź, śpiewało się piosenki, była choinka, którą ja sama ubierałam i robiłam sama do niej łańcuchy z papieru. No to są niezapomniane wrażenia.. śpiewało się wtedy kolędy, które do dzisiaj pamiętam.

Przy naszym świątecznym stole gości więcej. Czy zastanawialiście się kiedyś, czy mistrzowie kuchni, tacy jak Robert Makłowicz gotują sami na święta? Porozmawiajmy o świętach. Z jednej strony mamy powrót do tradycji, ale też chcielibyśmy na bogato. Czyli nie karpia, tylko jakąś egzotyczną rybę.

- Jadano kiedyś mnóstwo ryb w Wigilię. To były karpie, sandacze, szczupaki, liny. Pstrągi chyba najrzadziej. Karp zdominował nasze stoły, ale on był zawsze. Stawy oświęcimsko zatorskie to są stawy z czasów średniowiecza. Ale kiedyś nie tylko karpie tam pływały. Karp był, ale nie był monopolistą, natomiast w PRL-u nie było żadnej innej świeżej ryby. Proszę zauważyć, że my tego karpia traktujemy w zasadzie rytualnie. Bo my go jemy tylko raz do roku. Jak się pojedzie na Węgry, jak się pojedzie do Czech, to potrawy z karpia są w każdej knajpie przez cały rok.

A kto u Pana gotuje na święta?

- W pierwszy i drugi dzień świąt to ja, natomiast na Wigilię to mało rzeczy sam robię. Nie
lepię uszek, nie piekę makowców.

To kto robi całą resztę?

- Moja żona, ale ja się skupiam nad pierwszym dniem świąt.

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

SŁUCHAJ ZŁOTYCH PRZEBOJÓW!