Wczoraj Duża urządziła na schodach księgarnię. Traf chciał, że zostałem pierwszym klientem.
- Chciałbym kupić tę książkę dla mojej córeczki - zagaiłem przechodząc obok "wystawy".
- Nie, tej nie można - uprzejmie, acz stanowczo, wyjaśniła Duża (a dokładniej, jak się później okazało, jej nowe wcielenie: pani Majka, księgarka).
- To może tę o księżniczkach?
- Tak!
- A ile kosztuje?
- Jest w promocji, kosztuje... - tu nastapiła pauza, sygnalizująca, że pani Majka ma głowę do interesów - ... pięćdziesiąt milionów.
- O nie! To dziękuję, nie stać mnie - westchnąłem ciężko.
- Ale musisz tutaj kupować, u mnie jest wyczynne, a w innych sklepach niewyczynne! - triumfowała handlarka.
Nie od dziś mówią, że nic bardziej nie uderza klienta po kieszeni, niż brak konkurencji.
Jarek Budnik

