Chwila na-Gości: Kasia Wilk

Kasia Wilk w rozmowie z Piotrem Sworakowskim dla Radia Złote Przeboje. Posłuchaj!

 

Piotr Sworakowski: Gościem „Chwili na-Gości” jest Kasia Wilk. Witam cię.

 

Kasia Wilk: Witam.

 

P.S.: Trochę zmęczona?

 

K.W.: Troszeczkę zmęczona, ale nie narzekam. Takie zmęczenie jest motywujące.

 

P.S.: To są jakieś inne rodzaje zmęczenia?

 

K.W.: Jest też takie zmęczenie obezwładniające, które kieruje tylko i wyłącznie do łóżka.

 

P.S.: Zostańmy w takim razie przy tym motywującym zmęczeniu. Mamy marzec. Zapowiadałaś na marzec premierę swojej drugiej płyty.

 

K.W.: Tak... Zapowiadałam na wrzesień 2010 roku, na marzec 2010 roku... Mamy 2011 i chyba zapowiadałam premierę na marzec, ale to się pewnie przesunie. Wstępnie zapowiadam na maj, czerwiec. Jeżeli zawodzę moich fanów to bardzo przepraszam.

 

P.S.: Nie, nie chodzi o zawód. Chodzi bardziej o ciekawość na jakim etapie są prace nad płytą i dlaczego to się tak opóźnia.

 

K.W.: Być może dlatego, bo jestem wampirem energetycznym i wysysam całą energię z martwego sprzętu. Niektóre z utworów musiałam nagrywać jeszcze raz, ponieważ niektóre z mikrofonów nie brzmią na jakiś tam przetwornikach i preampach. Mając jeszcze aparat ortodontyczny niektóre moje smilanty, „s” i niestety bardzo złośliwe w języku polskim „z”, w ogóle wszystkie spółgłoski bezdźwięczne, bardzo wychodziły co stało się w piosence po prostu drażniące. Nie byłam zadowolona z rezultatów przez co musiałam to nagrywać jeszcze raz, a to wiązał o się z dodatkową edycją i czasem.

 

P.S.: Jesteś bardzo wymagająca wobec siebie i tego co robisz?

 

K.W.: Myślę, że jestem bardzo wymagająca i kończy się to bezsennością, kłótniami z moimi współproducentami i współtowarzyszami tej drugiej muzycznej drogi. Czasami jestem na nich bardzo zła i dla nich bardzo zła.

 

P.S.: A kto częściej się denerwuje? Ty na nich czy oni na ciebie?

 

K.W.: Ja najpierw się denerwuję, a oni później mi oddają. Wszyscy naraz. <śmiech>

 

P.S.: To tam ogień i iskry lecą w studiu pewnie!

 

K.W.: Nie... Na szczęście bardzo się lubimy i jesteśmy paczką przyjaciół. Możemy sobie wszystko w oczy powiedzieć, a po kilku godzinach wracamy do mnie do domu i prowadzimy normalny tryb.

 

Na ogół na okres płyty mieszkam z kilkoma mężczyznami naraz w domu.

 

Dlatego też muszę przygotować kilka zup w tygodniu, żeby byli zadowoleni.

 

P.S.: Czyli to ty zajmujesz się kuchnią? A nie żeby facet wchodził do kuchni i gotował?

 

K.W.: Staram się. Na co dzień żyję z mężczyzną, który jest niewymagający i który wcale nie wymaga ode minie tego, żebym mu regularnie gotowała i w dodatku nie wiadomo jak wykwintnie. Ale jak już mam dwóch czy trzech panów zaglądających do lodówki co pięć minut to już wolę coś ugotować żeby mieć zwyczajnie święty spokój, by oni byli zadowoleni i wtedy bardziej produktywni.

 

P.S.: Trzymam kciuki by jak najszybciej ten rezultat był zadowalający dla ciebie. Czy już wiadomo jak będzie się nazywać płyta?

 

K.W.: Wiadomo, ale nie chcę tego zdradzać. Już są zalążki do tego, że jestem szczęśliwa, zadowolona i wiem jaki to będzie miało efekt końcowy.

 

P.S.: Nie wyobrażam sobie, że możesz się nie uśmiechać. Z tego co pamiętam latem spotkaliśmy się we Wrocławiu i też byłaś uśmiechniętą dziewczyną, która właśnie miała zaśpiewać gdzieś na koncercie. Teraz też jesteś uśmiechnięta pomimo zmęczenia. Także mogę śmiało powiedzieć - Kasia Wilk: najbardziej uśmiechająca się wokalistka polskiego show biznesu.

 

K.W.: Bardzo dziękuję. Nie wiem co powiedzieć, bo ja z kolei mam wrażenie, że częściej się smucę i piszę smutne teksty, co zdarzało mi się ostatnio bardzo często. Muszę sobie przemyśleć w jakich sytuacjach najczęściej się uśmiecham.

 

P.S.: Piszesz smutne teksty? Naprawdę?

 

K.W.: Tak się mówi, że artysta głodny to artysta płodny. I tak rzeczywiście jest, że piszę więcej kiedy cierpię wewnętrznie.

 

P.S.: To może ty nie gotuj tych obiadów, co?

 

K.W.: Nie mogłabym im tego zrobić.

 

P.S.: Kasiu teraz jedno z twoich ulubionych pytań. Jesteś obecna na scenie już kilkanaście lat. Zaczęłaś śpiewać pewnie wcześnie, skoro już tyle czasu masz do czynienia z muzyką. Ale zdałem sobie z tego sprawę dopiero przeglądając twoje portfolio, jak długo funkcjonujesz w tym środowisku. Zaczynałaś od nagrania piosenki z Mezo. U Mezo po raz pierwszy cię usłyszałem.

 

K.W.: U Mezo usłyszała mnie większa część kraju w repertuarze hip-hopowym, albo już popowym, bo różnie to nazywają. Ale wcześniej cały czas coś robiłam. Jednak nie miałam nigdy parcia na dużą scenę, dużą karierę, solową płytę. Nie. Po prostu pracowałam i to przynosiło owoce.

 

P.S.: Ująłbym to tak, że pracowałaś w tle. Chociaż twój głos łatwo zawsze rozpoznać.

 

K.W.: Nie ukrywam, że mi to zawsze bardzo odpowiadało. Czułam się oszołomiona wszystkim co się dzieje. Wolałam sobie stanąć z boczku i mimo tego, że wcześniej występowałam jako frontmanka śpiewając na weselach, prowadząc weselne zabawy, wieku szesnastu lat byłam już wodzirejką. Mimo wszystko byłam w jakiś sposób już obyta ze sceną. W tym dużym świecie, który wydawał mi się dużą pułapką o której widziałam, ja wolałam stać sobie z boku i „refrenować”, poznawać ludzi, systemy... To mi bardzo pasowało. W momencie kiedy do wywiadu proszono mnie i Jacka, Jacek zawsze mnie zapraszał do rozmowy. Ja mimo wszystko wolałam, by Jacek mówił sam, a ja po prostu na niego czekałam.

 

P.S.: Piosenka „To co ważne” została wykorzystana przez jedną z partii politycznych podczas jednych z wyborów. Czy nie uważasz, że to mogło zostać uznane za nadużycie? Za kreowanie się przy pomocy was właśnie? Czy musieliście się zgodzić?

 

K.W.: Tak jak wspomniałam wcześniej, nawiązując do poprzedniej wypowiedzi. Ja nie miałam nic do gadania. Podpisałam wstępne umowy z wytwórnią i ja byłam dziewczyną, do której się dzwoni i mówi, że jest koncert, a ja jadę i śpiewam. Oczywiście zapytano mnie o zgodę, ale i tak nie miałam wpływu na decyzję ludzi z wytwórni.

 

P.S.: Czyli bez sensu o tym w ogóle rozmawiać.

 

K.W.: Ze mną na pewno bez sensu.

 

P.S.: A gdyby coś takiego pojawiło się w stosunku do twoich piosenek czy zgodziłabyś się? Czy od czegoś zależy ta zgoda?

 

K.W.:

 

Daleka jestem od tego by wykorzystywać utwory bazując na nieszczęściu czyimś, np. do fundacji by wzbudzać litość.

 

By podpierać się kampaniami polityków i tym podobne. Oczywiście wszystko zależy od człowieka, który miałby reprezentować moją piosenkę. Nie mówię nie. Jeśli to jest dobry człowiek, który według mnie chce zmienić świat i czyni dobro, myśli pozytywnie, to mogłabym mu podarować którąś moją piosenkę w prezencie.

 

P.S.: Skończyłaś szkołę muzyczną w klasie gitary. Gitara to nie jest zły instrument.

 

K.W.: Nie, nie jest złym instrumentem, ale teraz wolę zostawić grę na gitarze tym, którzy zajmują się tym całe życie, trenowali, ćwiczyli. Sześć lat to zdecydowanie za mało..

 

P.S.: Co spowodowało, że zaczęłaś śpiewać? Czy to było to myślenie, że sześć lat to za mało?

 

K.W.: Mój kochany tata bardzo chciał żebym skończyła tę szkołę. Ja już po czterech latach nauki nie chciałam, dojrzewałam, wolałam się pobawić z koleżankami, chciałam odłożyć instrument w kąt. Tata wymyślił taki system, w którym grałam godzinę dziennie, ale ukończyłam szkołę za to.

 

P.S.: Chwała tacie!

 

K.W.: Chwała tacie, ale w między czasie zapisywałam się do różnych kółek muzycznych, gdzie mogłam dać ujście mojej ekspresji.

 

P.S.: Czyli ty zawsze wolałaś śpiewać?

 

K.W.: Myślę, że to wyszło naturalnie. Spodobał mi się chór. Pan z chóru wyciągnął mnie przed szereg, dał mi solówkę i wtedy uwierzyłam, że ktoś widzi we mnie potencjał. To jest cudowne uczucie.

 

P.S.: Nic dziwnego. Z takim głosem trudno nie zauważyć potencjału.

 

K.W.: Dziękuję bardzo, ale ja się czuję niezręcznie w takich sytuacjach.

 

P.S.: Nie ma co dziękować. To nie twoja wina przecież. Masz taki głos i świetnie, że go wykorzystujesz.

 

Audiofeels byli gośćmi na twojej pierwszej płycie, która została wydana w 2008 roku. To było chyba jeszcze zanim oni wygrali program „Mam talent”.

 

K.W.: Ja właśnie nie wiem kiedy dokładnie to było...

 

P.S.: W każdym razie panowie musieli być już nieźle poskładani.

 

K.W.: Panowie przed „Mam talent” ćwiczyli i trenowali cały czas. Szkolili się. Wiedziałam, że to jest zespół z potencjałem. Śpiewaliśmy razem w chórze, znaliśmy się i lubimy się do tej pory. Na pierwszej płycie, gdzie miejsce miały wszystkie moje doświadczenia muzyczne w postaci utworów, nie mogłam wykluczyć towarzystwa zespołu Audiofeels, bo otarłam się o ich muzykę i wspólni coś razem robiliśmy.

 

P.S.: A śpiewasz jeszcze na koncertach czasami „Mały człowiek”?

 

K.W.: Śpiewam na koncertach zawsze tę piosenkę.

 

P.S.: I jak wypada bez nich?

 

K.W.: Rewelacyjnie! <śmiech> Muszę tu pochwalić moich chłopaków z zespołu, bo są to naprawdę zdolni ludzie, a razem tworzymy taką mieszankę wybuchową. Mało to przypomina pop. Jest kopnięcie i dużo energii. Wbrew pozorom i smutnemu tekstowi, że mały człowiek to w rzeczywistości bestia, to ten kawałek bardzo się sprawdza na koncertach.

 

P.S.: Porozmawiajmy o twoim zespole. Mówisz, ze mieszkasz z kilkoma facetami teraz jak nagrywacie płytę, znacie się dobrze ponieważ razem koncertujecie... To opisz mi każdego w kilku zdaniach.

 

K.W.: Jacek Rychły to wspaniały współzałożyciel metalowego zespoły Terminal, którego warto poszukać w necie. Nagrali płytę, niestety zniknęli... taka rzeczywistość. Jacek jest mocno dominujący. Właściwie sam się wyselekcjonował na kierownika muzycznego tego projektu, bo jest mocno inwazyjny. Ma bardzo dużo pomysłów, którymi nas zasypuje. I okazuje się później, że są świetne! Dlatego prowadzi swoją stronę, szkółkę gitary tak więc młodzi instrumentaliści - Jacek Rychły - szukajcie go w internecie!

 

Jest też drugi gitarzysta Łukasz Kaczmarek, który jest moim partnerem życiowym. Razem mieszkamy w Poznaniu.

 

Tak naprawdę bez Kaczego nie byłoby niczego.

 

Łukasz dba byśmy wszystko mieli pod ręką, byśmy mogli realizować nasze pomysły, a później je nagrywać. Taki kierownik produkcji. Teraz pracuje ze mną nad druga płytą i znosi wszystkie moje fochy bardzo cierpliwie.

 

Kacper Pietrzyk to basista, który dojeżdża do nas z Bliżyna koło Kielc. Jest niesamowitą duszą towarzystwa, cytuje chyba wszystkie filmiki z YouTube, a do tego jest bardzo zdolny. Choć gry na gitarze uczył się tak pobieżnie, ale ja to doceniam ponieważ czuje. Jest naturszczykiem. To trzeba cenić.

 

Są dwie gitary i bas. Jest klawiszowiec, Pasażer. Niezwykła postać. O nim można opowiadać! On uwielbia swój samochód, Opla Omegę. Pierwsze co mówi nowo poznanej osobie to opowieść o swoim samochodzie . <śmiech>

 

P.S.: Stąd ksywa Pasażer?

 

K.W.: Może nie, bo ksywa pojawiła się z tego, że jak równie szybko opowiada o swoim samochodzie tak równie szybko gra. Generalnie lubi wykończyć muzyczną fazę pasażem. Pasażami po prostu, długimi jak sięgają klawisze. Ale umie zagrać też romantycznie, a także bardzo szybko i z powerem. Zawsze przychodzi najlepiej przygotowany na próby, a później wszyscy od niego ściągają.

 

Szopa jest naszym perkusistą, który dojeżdża do nas 50 kilometrów z Szamotu. Ma fantastyczną córeczkę i równie przebojową żonę. Jak na bębniarza o dziwo jest spokojny, zdyscyplinowany, pokorny, konsekwentny, a do tego świetnie gra. Ale jak już siądzie za bębnami to staje się prawdziwym zwierzem scenicznym.

 

P.S.: Jest w zespole ktoś jeszcze?

 

K.W.: Instrumentalistów przedstawiłam już wszystkich. Wszystkich zresztą bardzo kocham. Sugerowałabym, że najpierw trzeba się lubić, a nie cenić za talent.

 

Spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu, musimy się znosić w busie, a ja też jestem trudnym człowiekiem, bo jestem człowiekiem impulsywnym, dlatego musimy umieć się znosić. Wybór ludzi zaczęłam po prostu od sympatii.

 

 

P.S.: To jest chyba w ogóle podstawa każdego związku żeby się lubić.

 

K.W.: Jest to też bardzo dobrze odbierane na koncertach, gdzie widać, że jesteśmy jakąś tam zwartą ekipą i bawimy się tym co robimy, bawimy się sobą. I teraz bardzo ważna osoba w moim zespole, Kasia Ruścińska. Z Kasią znam się od dziesięciu lat, odkąd przyjechałam do Poznania do studium piosenkarskiego, gdzie Kasia już się uczyła. Moim zdaniem nie powinna się już wtedy uczyć, bo zabiła nas wszystkich na roku swoim wokalem. Byliśmy w wielkim szoku, że ona w ogóle przychodzi się kształcić. Przyszła do szkoły pokształcić się na miarę aktorstwa, bo ta szkoła daje też takie możliwości. Taka szkoła uczy też myślenia o tym co się śpiewa, bo to, że ktoś ma umiejętności techniczne jeszcze nic nie znaczy, warto być przekonującym. Kasia Rościńska nagrała ze mną piosenkę „Mały człowiek” z zespołem Audiofeels. Do tego uczy angielskiego, uczyła chłopaków śpiewać, tak więc jest bardzo wszechstronna. Jest zawsze dyspozycyjna, śpiewała właściwie wszędzie w Wielkopolsce, a po Polsce też jeździ. Uprawia jazz, uprawia funky, niedługo dokończy też swoją płytę. W internecie grzmi o Kasi Rościńskiej, a ja też podpisuję się pod tą osobą, pod jej nazwiskiem.

 

Jest jeszcze jedna dziewczyna, Beata Andrzejewska, która pochodzi ze Szczecina. Niedawno przeprowadziła się do Poznania, a mi bardzo zależało, żeby ekipa moja była blisko mnie. Ogłosiłam razem z Anią na Facebooku casting na chórki. Okazuje się, że taki talent mieszka od niedawna w Poznaniu! Bardzo się ciesze, że jest Beata, bo jest bardzo zdolna. A przede wszystkim jest fajna.

 

P.S.: Natychmiast wykorzystałyście ten talent.

 

K.W.: Natychmiast. Praca wre!

 

P.S.: Otoczona przyjaciółmi zaczęłaś nagrywać druga płytę. Jaka ona jest? Jaka ma być? Czy taka jak singiel „Być może”, który ją promuje?

 

K.W.: Na pewno singiel może już zdradzić to co będzie się znajdować na płycie czyli żywe instrumenty, bogata harmonia, proste acz nie prymitywne teksty o kobiecie, o jej emocjach, z domieszką „żywości”. Żywych bębnów, żywych gitar. Stawiam na gitary. Jednak mam słabość do tych instrumentów.

 

P.S.: Po sześciu latach studiów wiadomo na czym to wszystko stoi. A powiedz mi czym będzie się różnić ta płyta od „Unisono”?

 

K.W.: Na pewno tym, że będzie to już zalążek koncertowy, gdzie jest większe kopnięcie. Ja też jestem trzy lata starsza od premiery „Unisono” więc mam to troszeczkę inaczej w głowie merytorycznie.

 

Muzycznie również jesteśmy już zgraną ekipą i wiemy czego chcemy.

 

Niektóre piosenki będą dążyć trochę do soulu, niektóre do takich bitów klubowych, a niektóre będą mocno rockowe. Wszystko to będzie uspójnione naszą burzą mózgów.

 

P.S.: Po wydaniu „Unisono” koncertowałaś. Dalej koncertujesz. Jak zmieniają się numery, które są na płycie w stosunku do tych, które gracie na żywo? Czy one się bardzo zmieniają czy raczej starasz się je zachować?

 

K.W.: Staram się zachować melodię. <śmiech> Płyta „Unisono” była właściwie w całości bardzo produkcyjna. Były to brzmienia, sample, wszystko pochodziło z komputera i nie ma co tego ukrywać. Jedynym żywym atutem tej płyty były gdzieś tam wtrącone gitary, bo naciskałam na to bardzo, i mój głos. I chórki, i Audiofeelsi. Na koncertach pogodzić tę produkcję z żywymi dwoma gitarami było naprawdę ciężko. Mieliśmy ogromną burzę mózgów żeby to wszystko ze sobą pogodzić. Oczywiście wspieramy się lupami i innymi dźwiękami, których instrumentalista nie jest w stanie zagrać, ale są to cykacze, grzechotki. Są to rzeczy, którymi można oszukać, ale nie można tego zagrać, ponieważ musiałabym mieć dodatkową osobę „przeszkadzajkowca”. Na co obecnie jeszcze mnie nie stać.

 

P.S.: Ładnie to nazwałaś „przeszkadzajkowiec”. Jest takie słowo „perkusjonista”, które jest równie ciekawe. <śmiech> Czyli idziesz w stronę żywego grania?

 

K.W.: Tak, idę w stronę żywego grania i coraz bardziej będę odbiegać od tego co robiłam pięć lat temu czyli od piosenek mocno produkcyjnych. Nie chcę się teraz pogrążyć, ale... od piosenek plastikowych.

 

P.S.: Nie, dlaczego. Takie czasy były.

 

K.W.: Teraz też są takie czasy, nawet są bardziej takie czasy. Teraz króluje dyskoteka, odważne brzmienie, piłeczki skaczące, sprężynki żeby tylko coś tam bzyczało.

 

P.S.: Porozmawiajmy o prawdziwej muzyce czyli o twojej nowej płycie.

 

K.W.: Dla mnie jest to na pewno prawdziwa muzyka, a czy tak będzie dla słuchacza to zobaczymy. Na pewno będzie to pop więc nie będzie to jakieś przemalowane, przekombinowane.

 

To na pewno będzie proste, bo ja lubię jednak coś co jest podane w bardzo określonej formie.

 

 

P.S.: Porozmawiajmy teraz o otoczeniu, o tak zwanym show biznesie. Zacznijmy od internetu., popularna rzecz w naszym kraju. Ściąganie z internetu muzyki. Jesteś za czy jesteś przeciw?

 

K.W.: Ja jestem za.

 

P.S.: Są ludzie, którzy są absolutnie przeciwni temu, traktują to jako absolutnie piractwo i jak w ogóle można na to pozwolić.

 

K.W.: Ja jestem za, by potencjalny odbiorca mojej muzyki mógł się przekonać, że nie kupuje kota w worku i ma do tego pełne prawo. Jednak jestem też przeciw, ponieważ nigdy w postaci mp3 bądź ściągniętego pliku nie usłyszy istoty piosenki, która jest nagrana na płytę audio. Chodzi mi o brzmienie. O całą oprawę graficzną. To wszystko jest spójne i oddaje całość tego produktu.

 

P.S.: No tak Kasiu, ale pracujesz na komputerach. Teraz już chyba nie nagrywa się na taśmach analogowych.

 

K.W.: Tak, ale jaki to ma związek?

 

P.S.: Związek ma taki, że to i tak wszystko jest cyfrowe więc jaka jest różnica jaki jest wyjściowy dźwięk?

 

K.W.:

 

Mp3 traci na wartości. Nie ma okładki, nie ma tej całej oprawy, tej otoczki która towarzyszy płycie.

 

Płytę można sobie otworzyć, dotknąć i nie ukrywajmy, że można jej dać pewną dawkę szacunku za to, że zapłaci się ileś złotych za wysiłek. My tez ponosimy ogromny koszt. Jest wiele osób w tym kraju, które sprzedają mieszkania by wydać płyty. Dlatego to powinno się w pewnym stopniu zwrócić. Ja nie mówię już o zarobku.

 

P.S.: Czyli mówisz, że jesteś za tym, żeby można sobie było odsłuchać w internecie.

 

K.W.: Można nawet mieć te pliki i biegać sobie przy nich czy ściągać na swoje malutkie urządzonka. Uważam jednak, ze płyta to jest płyta. Koneserzy wiedzą o czym mówię.

 

P.S.: Kayah kiedyś powiedziała, że jest to pewien rodzaj sztuki, całe wydawnictwo. I to jest chyba najlepsze określenie. Ja jestem takim typem faceta, który musi mieć płytę.

 

K.W.: Nad samą grafiką spędza się wiele długich dni. Przez wiele miesięcy przygotowuje się całą otoczkę muzyki, którą trzeba wizualizować w postaci sesji fotograficznej, w postaci tekstu, który jest tam zawarty. To wszystko oddaje tą jedną artystyczną całość.

 

P.S.: Kasiu czy jesteś jeszcze wokalistką orkiestry Adama Sztaby?

 

K.W.: Jestem.

 

P.S.: Często musisz jeździć z nimi na tournee?

 

K.W.: Nie, nie często. Jeśli tylko Adaś zadzwoni to jadę. Zawsze pyta o termin, a ja bardzo często mam dla niego termin po prostu.

 

P.S.: Powiedz jak się z nim współpracuje? Jak to jest?

 

K.W.: Adaś jest rewelacyjny, jest profesjonalny. Do tego jest wyrozumiały. Wszyscy wiedzą co mają robić, każdy dostaje swoją część utworu, nie ma bałaganu. Pracujemy na rewelacyjnym sprzęcie z fantastycznymi ludźmi, mam tu na myśli technikę. Zawsze te koncerty są dobrze przygotowane, a my jesteśmy szanowani, a to wszystko właściwie tylko dlatego, bo gramy muzykę, którą on zaaranżował.

 

P.S.: Adam ma wielki łeb jeżeli chodzi o aranżację, co było słychać na przykład na Smooth Festiwalu, gdzie wystąpiłaś u niego.

 

K.W.: Zgadza się. Z trym, że Adaś jest też mocno inwazyjny. Zawsze pyta nas jakie chcemy aranże i jest bardzo otwarty na nasze gusta.

 

P.S.: Czyli jest możliwość, by się na coś nie zgodzić, by coś przemyślał.

 

K.W.: Tak, oczywiście. On wszystko szanuje.

 

P.S.: A czy współpracowałaś kiedyś z kimś kto miał wyraźnie określone swoje wizje swojej muzyki i nie pozwalał nic zmieniać, mimo że według ciebie coś by było zrobione lepiej po twojemu.

 

K.W.: Ja się staram nie wtrącać do czyjejś wizji artystycznej. Bardzo często po prostu przychodzę do studia i pytam się jak ma być. Jeśli jakiś producent ma określoną wizję to mi mówi: zaśpiewaj głośno, zaśpiewaj delikatnie, tu ciszej i chciałbym żeby był power. Ja lubię usłyszeć taką konkretną informację i sama takich informacji udzielam w momencie kiedy kogoś zapraszam na swoją płytę. Mam pewien zarys tego jak miałoby to wyglądać, a profesjonalista po prostu się nie wtrąca i robi swoje. Ale się nazwałam mocno. <śmiech> Ale po prostu uważam, że to jest w porządku. Jest to też bardzo taktowne.

 

P.S.: Obracam się wokół twoich doświadczeń gdzie śpiewałaś w chórkach, gdy śpiewałaś u kogoś. Jak pamiętasz to z kim współpracowało ci się najlepiej?

 

K.W.: Z Adamem.

 

P.S.: Oprócz Adama, bo to już ustaliliśmy. Zresztą on wzajemnie wypowiada się na twój temat. Po prostu nie można złego słowa z niego wydobyć o tobie.

 

K.W.: W takim razie zespół rockowy Toto. Świetni chłopcy, rewelacyjne towarzystwo, fajny klimat. Nauczyłam się tam bardzo dużo. Stanęłam na froncie i zaczęłam przewodniczyć zespołowi rockowemu co nie zawsze dla takiej dwudziestoletniej dziewczyny było przyjemnym zadaniem, która bardzo się stresowała. Później był Mezo, więc ja tam też czułam się bardzo wygodnie. Wyskakiwałam sobie w refrenikach, potańczyłam w zwroteczkach, maskotka refrenistka schodziła i było mi bardzo wygodnie. To było bardzo wygodne. Ja tylko obserwowałam otoczenie co się dzieje z muzyką którą serwowaliśmy, i z publiką oraz z techniką. Gdzieś tam wdrażałam się w większy świat.

 

P.S.: Wracamy tu do twoich punktów rozwoju.

 

K.W.: Tak, tak. Później śpiewałam z Kayah. Wtedy zobaczyłam jak to jest przewodniczyć stadu ludzi. Może nie stadu, ale ogromnej grupie osób. Kayah nauczyła mnie pewności siebie oraz stanowczości. Jak postanowiła to tak miało być i nie było dyskusji. To było właściwie i dobre. Dzięki temu prosperuje jak prosperuje.

 

P.S.: Czyli nauczyłaś się wszystkiego obserwując innych. A czy obserwujesz też to co dzieje się na polskiej scenie muzycznej?

 

K.W.: Obserwuję. Na płycie „Unosono” zamieściłam piosenkę, która jest efektem tych wszystkich obserwacji. Nazywa się skromnie „Show biznes”. Jestem wkurzona na to wszystko co się dzieje. Dzisiaj w jakimś programie porannym była pani, która nawet nie powinna mieć podpisane pod swoim nazwiskiem „wokalistka”.

 

Moja Kaśka Rościńska i Beata Andrzejewska marnują się i śpiewają chałtury, nie obrażając, bo robią to świetnie i robią świetne koncerty. Ale powinny być po prostu na jej miejscu i mnie szlag trafia!

 

Jest mnóstwo takich instrumentalistów i wokalistów, a prawdziwych muzyków, którzy tworzą własną muzykę i mają coś do powiedzenia, a do tego potrafią się wyrazić artystycznie się nie zauważa. I tego po prostu nie mogę zdzierżyć. Tego co dzieje się na rynku muzycznym i tego jak podaje się ludziom zjełczałe masło do chleba.

 

P.S.: A jak się podaje?

 

K.W.: Wpycha się je gratisowo przez media.

 

P.S.: Mówisz, że w radiu prezentowani są artyści nie ci, którzy być powinni?

 

K.W.: Nie, nie zawsze. Jest wielu artystów, których cenię i szanuję. Ale jest nawał jakiegoś powrotu disco polo.

 

P.S.: To skąd to się bierze? Bo skądś się bierze. To nie jest tak, że radio wynajduje takie rzeczy.

 

K.W.: Jest to pewnie efekt statystyk.

 

Ludzie tak jak w modzie wracają do korzeni. Polacy, jak wiadomo, kochali kiedyś disco polo.

 

Mam wrażenie, że to oni są twórcami tej muzyki, bo sami ją sobie wykreowali. Stali się fanami, potworzyły się różne programy i stacje telewizyjne na temat tej muzyki. Teraz to wszystko zaczyna się niestety uwsteczniać. W momencie kiedy piosenka bardzo prosta wpada na rotację „A”, gdzie jest grana co dwie godziny, to siłą rzeczy ta piosenka zostaje słuchaczowi po prostu wtłoczona.

 

P.S.: A skąd ty wiesz co to jest rotacja „A”?

 

K.W.: Przecież rozmawiamy, ja się interesuję. Aczkolwiek nigdy nie naciskałam. Dostaję informacje jakieś tam, gdzieś tam.

 

P.S.: Zajmijmy się wisienkami na torcie. Skoro obserwujesz to co dzieje się w polskiej muzyce to oprócz tych strasznych dołów, które tak cię wkurzają, to są na pewno też rzeczy, które pozytywnie cię zaskakują.

 

K.W.: Oczywiście i jest to między innymi zespół The Positive. W ogóle właściwie prekursorzy muzyki funkującej to Poluzjanci z Kubą Badachem. Jest też moja ukochana Kayah, która mimo depresyjnych i mocno realistycznych tekstów nastraja mnie pozytywnie. Po usłyszeniu jej tekstów wierzę w muzykę polską. Jest dużo zespołów, dajmy na to Afromental, którego bardzo szanuję. Cenię ludzi, którzy piszą sami i wyrażają się we własny sposób.

 

P.S.: Oglądasz czasem telewizję? Oglądasz programy, które mają wyłonić nowych wykonawców jak „X-Factor”, „Must Be The Music”, „Bitwa na Głosy”?

 

K.W.: Telewizję oglądam bardzo rzadko. Tych programów nie widziałam, aczkolwiek czytałam recenzje. Za względu na słabość do Adama to zapewne wybrałabym „Must be the music”. Wiem na czym polegają te programy i moim zdaniem jednak „Must be the music” jest najlepszą formą przyciągnięcia widza, bo jest to jednak produkt polsatowski.

 

To wszystko nie polega na tym żeby wyciągnąć talenty z dołka, ale żeby zdobyć oglądalność i robić kasę.

 

Przez ten szereg castingów, gdzie nie przechodzą nawet ci zdolniejsi muzycy, którzy zostali w programie w tej pierwszej dziesiątce.

 

P.S.: Jest to kolejny program, który nie zwraca uwagi na wokalistów, pomimo obecności Adama Sztaby w jury.

 

K.W.: Oni muszą wybrać kogoś, kogo będą mogli ulepić. Kogoś potencjalnego.

 

P.S.: Czy uznajesz potrzebę takich programów?

 

K.W.: Takich programów jak „Must be the music”? Tak, uznaję, ponieważ nie było jeszcze takich programów, w których instrumentalista, zespoły albo świetni wokaliści spotykają się w jednym programie. Nie było chyba takiego programu dla instrumentalistów. Był?

 

P.S.: „Mam talent” taki chyba był.

 

K.W.: Ale w nim trzeba było konkurować z tancerzami, akrobatami i tym podobne. Jak można porównać gitarzystę, który gra niesamowite rzeczy do kogoś kto trzyma cały ciężar ciała jednym paluszku.

 

P.S.: Masz rację, zgadzam się. Myślałem, że mimo wszystko będziesz przeciw, a ty jednak nie do końca jesteś przeciwna.

 

K.W.: Ja jestem przeciw całemu merytorycznemu spojrzeniu na program. Jest to program o muzyce, a tak naprawdę wszyscy i tak szukają kogoś, kogo będą mogli sobie od nowa samemu ulepić, nie zważając na to ile muzyki w sobie ma.

 

P.S.: Ciebie na szczęście nie trzeba już lepić, bo sama się ulepiłaś i całkiem nieźle funkcjonujesz.

 

K.W.: Żeby było w ogóle śmiesznie to ja też poszłam do pierwszej edycji „Idola”. Ale zrezygnowałam na etapie podpisywania kolejnego szeregu umów, które były coraz grubsze i w których coraz bardziej nie mogłam robić swojego. Były po prostu ubezwłasnowolniające na maksa. Dlatego zrezygnowałam, bo wiedziałam, że to może mnie zabić.

 

P.S.: Teraz zadam ci pytanie, które być może wzbudzi więcej zastanowienia, bo ja nie znam na nie do końca odpowiedzi. Koncerty czy studio? Którą pracę wolisz?

 

K.W.: Koncerty.

 

P.S.: Tak myślałem. Dlaczego?

 

K.W.:

 

W studiu jestem spięta, mimo tego, że wszystko można poprawić.

 

Copy page, można podstroić, aczkolwiek bardzo tego unikam, żeby było jasne. W studio mogę sobie nagrywać o każdej porze dnia i nocy czy będę chora czy zdrowa to mam tę swobodę. A na koncercie dzieje się wola Boża i ja tam sprawdzam się najlepiej. Tremą jestem tak zmobilizowana, że daję z siebie tyle nie wierząc, że mam w sobie jeszcze takie pokłady energii, bo chodzi o głos. Taki koncert jest dla mnie mocno eksploatacyjny i wtedy czuję, że na koncertach wypadam może nie zjawiskowo, ale wyśmienicie jeśli chodzi o kondycję.

 

P.S.: Rozumiem, czyli dajesz radę. To kiedy płyta koncertowa?

 

K.W.: Myślałam o tym więc mnie nie ubiegłeś. <śmiech> Jak będzie więcej materiału to myślę, że po trzeciej płycie mogę nagrać takie rodzyneczki koncertowe na żywo.

 

P.S.: Wrócę do twojego króciutkiego występu w Bydgoszczy, gdzie śpiewałaś nie swoją piosenkę. Mogłabyś też trochę coverów nagrać, nie ubliżając nikomu.

 

K.W.: Mogłabym nagrać, ale to jest pójście na łatwiznę. Ja mam pełno pomysłów więc dlaczego miałabym iść w tę stronę.

 

P.S.: W takim razie nie było pytania.

 

K.W.: Oczywiście mogę przypomnieć piosenkę sprzed trzydziestu lat tylko po co skoro mogę napisać swoją?

 

P.S.: Ponieważ świetnie to zrobiłaś w Bydgoszczy.

 

K.W.: Ja wiem. Ja mogę tę piosenkę śpiewać na koncertach, tylko mam mnóstwo swojego materiału, o którym myślę, że jest nie gorszy. Ale jestem skromna. <śmiech>

 

P.S.: Cyba masz prawo by mówić szczerz co myślisz o swoim materiale. Po co udawać skromność skoro rzeczy są naprawdę dobre?

 

K.W.: Ja tak myślę i mocno w to wierzę.

 

P.S.: Wiem, że zajmuje cię płyta, zajmują cię koncerty, ale jak nie zajmuje cię muzyka to co cię zajmuje?

 

K.W.: Na pewno zajmują mnie moje zwierzątka, które mam w domku. Trzech fantastycznych panów. Chłopcy przepraszam, jak to poleci to nie chciałam tego powiedzieć! <śmiech> Co mnie zajmuje? Staram się żyć bardzo aktywnie, spotykać się z ludźmi i nadrabiać nieobecność jakimiś spotkaniami towarzyskimi. Bardzo często jestem na rolkach. Przede wszystkim ludzie, „ludziarze”.

 

Kręci się wokół mnie bardzo dużo ludzi, co do których nie chcę zaprzepaścić swojego wolnego czasu w domu przed telewizorem. To byłoby karygodne.

 

Ludzie dają mi energię, a ja biorę od nich to co najlepsze. Może dlatego się uśmiecham i to jest odpowiedź na pierwsze pytanie.

 

P.S.: To powiedziała zdaje się Agnieszka Osiecka, że woli minutę rozmowy z drugim człowiekiem niż godzinę z książką. Nie jestem pewien autorki tych słów, ale na pewno płeć żeńska je wypowiedziała.

 

K.W.: Książka nie. Książka jest już taką fantastyczną ucieczką od rzeczywistości. Wprowadza mnie w inny wymiar, tak że ja bym tego nie powiedziała. Ja wolę potrwonić czas z książką, ale jeśli miałabym wybierać między sprzątaniem domu a oglądaniem telewizji i nie robieniem niczego to tylko ludzie. Czasami trzeba się odizolować i wejść we własny awatar.

 

P.S.: A jaka była twoja ostatnia książka?

 

K.W.: Teraz przerabiam „Księgę mężczyzn” i „Księgę kobiet”. Wolność, miłość i tak dalej. Autor to mentor, który mocno pisze, a pisał trzydzieści lat temu, aczkolwiek wybiegł mocno w przyszłość, bo pisze o tym co się aktualnie ludziom w głowach dzieje. Bardzo polecam Osho. Teraz zaczęłam czytać „Klucz do sekretu”. Na pewno dobrą stroną tej książki jest to, że człowiek czytając ją stara się faktycznie być optymistą.

 

P.S.: Mobilizować się, żeby pozytywnie patrzeć na świat.

 

K.W.: Tak, stara się. Może mu się nie udać, ale stara się. Bardzo polecam „Klucz do sekretu”.

 

P.S.: Wracając do muzyki. Wydajesz swoją drugą płytę. Cała trasa promocyjna już jetst. Myślisz nad trzecim projektem. Nie pytam cię o ten trzeci projekt.

 

K.W.: Ja już wiem jaki on będzie. To będzie mocny projekt, taki rockowy bardzo. Mam w sobie jeszcze tyle pokładów energii, że muszę się wyładować jakoś. Myślę, ze muzyka rockowa pozwoli mi w końcu otworzyć paszczę jak należy.

 

P.S.: A mówią, że rock się skończył.

 

K.W.: Nie, nie skończył się. To będzie taki nowoczesny rock połączony z grovem i nowoczesnymi brzmieniami. Ale będzie dużo mocniej.

 

P.S.: Z kim chciałabyś jeszcze zaśpiewać lub współpracować? Może jako gitarzystka?

 

K.W.: Na pewno będę szukać wśród ludzi, którzy powinni mieć szansę zaistnieć. Nie wiem czy ja im to umożliwię, ale na pewno spróbuję. Piotr Dymała, świetny wokalista. Kasia Rościńska to wiadomo, Beata Andrzejewska - ci wszyscy moi których znam, a którzy zasługują na to.

 

P.S.: Których znasz i którzy powinni zamieszać na polskiej scenie. A ktoś z tych nazwisk przez duże „N”?

 

K.W.: Piotruś Cugowski jest dla mnie totalnym autorytetem wokalnym.

 

P.S.: Bylibyście naprawdę świetnym duetem! Takie dwa głosy z wykopem. Jeszcze ten projekt rockowy!

 

K.W.: Muszę naszykować piękną piosenkę dla niego. Z sentymentem! Piotruś nie słuchaj tego! <śmiech>

 

P.S.: Kasiu dziękuje ci, że zechciałaś odwiedzić Radio Złote Przeboje i poopowiadać o swojej muzyce. Zapraszam zawsze.

 

K.W.: Ja również dziękuję i z przyjemnością przyjdę.

 

P.S.: Kasia Wilk była gościem Radia Złote Przeboje i „Chwili na-Gości”.

SŁUCHAJ ZŁOTYCH PRZEBOJÓW!