Chwila na-Gości: John Porter

John Porter w rozmowie z Piotrem Sworakowskim dla Radia Złote Przeboje. Posłuchaj!

 

 

Piotr Sworakowski: Gościem dzisiejszej „Chwili na-Gości” jest John Porter.

 

John Porter: Witam.

 

P.S.: Jesteś w Polsce od 35 lat.

 

J.P.: Prawdopodobnie. <śmiech>

 

P.S.: Ale żeby nagrać swoją najnowsza płytę „Back in town” wyjechałeś do Londynu.

 

J.P.: Tak. To była kolejna przerwa. Pojechałem do Londynu ponieważ to było właściwe miejsce do nagrywania takiego materiału, o który mi chodziło.

 

P.S.: Z tego co wiem w Polsce nie mogłeś znaleźć odpowiedniego sprzętu i odpowiednich ludzi.

 

J.P.: Lepiej jest mówić, że nie mogłem znaleźć odpowiedniego klimatu. Przede wszystkim rzeczywiście w tamtym studiu było bardzo dobre wyposażenie analogowe i działające, a nie tylko tyle, że jest. Tam byli bardzo doświadczeni muzycy, którzy grają bardziej offowo. Mają doświadczenie grając takie dziwne rzeczy. I tu zaczyna się problem w Polsce, przynajmniej dla mnie, żeby znaleźć ludzi do nagrywania, którzy mają jakieś doświadczenie w graniu muzyki, której na co dzień się nie gra. Za bardzo nie ma takiego nurtu muzycznego.

 

P.S.: Mówimy o twojej nowej płycie „Back in town”. Słuchałem tej płyty i szczerze mówiąc mi ona bardzo odpowiada, ponieważ bardzo lubię to co grasz. Zawsze chętnie słucham tego co stworzysz. Ale nie widzę tam jakiś strasznych zakrętów muzycznych ani brzmieniowych.

 

J.P.: Tak się mówi. Ja to widzę, kiedy przygotowuję zespół do koncertu. Nie jest takie proste mieć to brzmienie. Trzeba pamiętać, że nagrywaliśmy jak dla nich normalnie tempo. Ale ponieważ to było na żywo to brzmienie było niemal od razu.

 

To nie było szukanie dźwięku, tak jak to się mówi, przez pół dnia albo strojenie bębnów przez tydzień.

 

Są to takie koszmary, które można spotkać w Polsce. Normalne ustawienie bębnów w polskim studiu trwa co najmniej jeden dzień. Co najmniej! A tam takie rzeczy trwają godzinę, półtorej. Nie jest to brak umiejętności, ale po prostu doświadczenie. Wiedza co i jak robić.

 

Fajnie też, że mówisz, iż nie słyszysz nic nadzwyczajnego, bo tak ma być. Ale z drugiej strony na tym polega cała tajemnica muzyki, że nie ma nic nadzwyczajnego. Jak na przykład taki Nick Cave. Jest gitara akustyczna, są bębny i co z tego? Nic nadzwyczajnego. Ale w sumie jest tam coś nadzwyczajnego.

 

P.S.: Jest to brzmienie o które chodzi.

 

J.P.: Wszystko się tam klei.

 

P.S.: Może dlatego, bo Londyn jest tym miejscem, gdzie spotykają się wszystkie nurty muzyczne z całego świata. Może dlatego łatwiej znaleźć tam muzyków.

 

J.P.: Mają to po prostu na co dzień. Mam bębniarza, który napisał do mnie maila przedwczoraj, że relaksuje się po wspaniałym koncercie, który zagrali z Marianne Faithfull w Paryżu. Gdzie ja znajdę takiego faceta? Ja nie mówię, że on jest lepszy czy gorszy. On ma po prostu to doświadczenie. Koncerty gra z nami Krzysztof Poliński i to jest wspaniały bębniarz, który ma bardzo podobny styl do tego, który gra na płycie. Tylko niestety Krzysztof nie miał takiego doświadczenia. Plus to, że Krzysztof nie mieszka w Londynie, mieszka w Otwocku. Pozdrawiam cię! <śmiech> Jest to świetny bębniarz z dobrymi pomysłami, ale musiałem brać muzyków razem. Nie będę brać jeszcze polskich muzyków z Polski żeby nagrywać w Londynie. To byłaby mała paranoja.

 

P.S.: Chociaż były takie polskie zespoły, które wyjeżdżały do Londynu nagrać swoje utwory, pewnie z tego samego powodu.

 

J.P.: A zespół to już jest coś zupełnie innego mimo wszystko. Zespół ma wspólną przygodę i wspólne koszty.

 

P.S.: Wspólną przygodę i wspólny koszt też przeżywałeś. Z Porter Bandem, a wcześniej jeszcze z Maanamem. Odnośnie Maanamu: wkurzyłeś się raz, że oni nie dojechali na koncert...

 

J.P.: Jak patrzę na to teraz przez pryzmat lat to wydaje mi się to takim nieporozumieniem. Będąc młodym, ambitnym i głupim myślałem, że oni nie chcą. Oni z kolei też byli zdenerwowani twierdząc, że nie dostali telegramu i dlatego nie dojechali. Oni myśleli, że ja wiem o tym, a ja oczywiście nie maiłem wiedzy na ten temat. Ale poszło tak jak poszło i myślę, że nikt nie ma tu czego żałować.

 

P.S.: Dzięki temu trafiłeś do Wrocławia, a tam spotkałeś trzech muzyków, z którymi stworzyłeś genialna płytę „Helicopters”.

 

J.P.: Oni też genialnie tworzyli czyli nikt nie ma czego żałować. W końcu powstały dwie wspaniałe kapele więc jest okej.

 

P.S.: W sumie wyszło na dobre, polskiej muzyce zwłaszcza. Zresztą z Maanamem spotkaliście się potem w Lubaniu na muzycznym campingu, gdzie Porter Band po raz pierwszy występował, Maanam też.

 

J.P.: Ich tam chyba jeszcze nie było. Jeszcze nie, za wcześnie było. Był to nasz pierwszy prawdziwy występ.

 

P.S.: „Helicopters” długo czekało na swoje wydanie?

 

J.P.: Nie, wydanie było błyskawiczne.

 

P.S.: Był to ewenement w PRL-u.

 

J.P.: Człowiek wtedy właściwie nigdy nie wiedział jak długo ma czekać. W Polsce była loteria czyja płyta wychodzi. Nie wiem jakim cudem tak bardzo spodobała im się nasza płyta i błyskawicznie wyszła. Tak jak na zachodzie! Bardzo szybko nagrywaliśmy i lada dzień płyty już były w sklepach.

 

P.S.: Los się odwrócił przy okazji drugiej płyty „Mobilizacja”.

 

J.P.: Trudno oczekiwać, że mając stan wojenny i nazywając płytę „Mobilizacja” od razu zostanie ona wydana. <śmiech>

 

P.S.: Ale w końcu została wydana.

 

J.P.: Tak, ale z dwuletnim opóźnieniem. Ta płyta miała też mocne elementy punkowe.

 

Gdyby wyszła akurat w tym momencie, w którym chcieliśmy ją wydać, to zrobiłaby większe wrażenie. Ale i tak dobrze poszło.

 

P.S.: Pamiętam, że słuchałem tej płyty na jakiejś kasecie zupełnie zdartej. Nie jestem pewien czy nie na oficjalnej, jak to się wtedy ładnie mówiło.

 

J.P.: Wydali też kasetę, ale była tam okładka zastępcza. Tak zwany „my white album”. Czekolada zastępcza, okładka zastępcza. Wiadomo, Polska.

 

P.S.: No właśnie. Przecież ty John przyjechałeś tu z tak zwanego wolnego świata.

 

J.P.: To prawda, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w Polsce czegoś nie wolno i istnieje pewnego rodzaju łudzenie. Jak człowiek jest młody to zawsze ma tendencję do chodzenia, myślenia. Interesuje cię lewa strona polityczna i socjologiczna. Wszyscy pisarze i artyści mieli swój „filowy” moment. Ja też miałem swój filowy moment. A jak już się z tym spotkałeś, to od razu znikałeś, bo już na dzień dobry wiedziałeś jakie są realia i jak to naprawdę wygląda. Jednak nie można odmówić, bo byli wspaniali ludzie. Ludzie byli inaczej sformułowani pod względem otoczenia, gdy istniał system wówczas panujący.

 

P.S.: Zwłaszcza duchowo.

 

J.P.: Teraz ważne jest jaką metkę masz, a nie jaki jest twój stan wewnętrzny.

 

P.S.: Może nie zawsze jednak.

 

J.P.: Oczywiście mówię ogólnie. To idzie w tę stronę. Słyszy się, że w szkole prywatnej dziewczyny biją się, bo ktoś nie ma takiej metki jak trzeba. Znane są takie historyjki.

 

P.S.: Na mojej ulubionej twojej płycie „Magic moments”, która zaczyna się od twoich słów „Teraz będziemy grać nowe piosenki, bo te bez sensu wydawać nowa płytę ze starymi piosenkami”. A tutaj na nowej płycie wprawdzie nie są to stare numery, ale wracasz do porter-bendowych brzmień.

 

J.P.: Nie zgadzam się z tym. Ja nie słyszę tam nic porter-bendowego w tym. Słyszę Porter, ale nie słyszę Porter Band zupełnie. Porter Band miał inne brzmienie według mnie oczywiście.

 

P.S.: Na pewno było ostrzejsze niż to.

 

J.P.: Nie wiem czy ostrzejsze tylko jest tu inna filozofia. Filozofia by nie było za dużo tego. Chociaż było tak i w starym Porter Band, gdzie nie było za dużo, bo nie było takich możliwości. Nagrania na pierwszej płycie „Helicopters” były dość prymitywne bym powiedział. Chociaż każdy starał się jak mógł.

 

Teraz mając wszystko do dyspozycji płyta bardziej skupiona jest na brzmieniu.

 

Oczywiście bardzo ważne jest też jak to wszystko brzmi, jest to piekielnie ważne. Odrzucę swoje sugestie, ale niech każdy trzyma swoje opinie.

 

P.S.: Rzeczywiście trzeba było aż 11 lat żebyś zebrał dobry materiał na płytę?

 

J.P.: Byłem zajęty! <śmiech> Mimo wszystko w ciągu tych jedenastu lat nagrałem trzy płyty z Anitą, zrobiliśmy sobie dziecko... To wszystko zajmuje czas. Oprócz tego też niedobrze jest być fabryką piosenki. Lepiej poczekać chociaż trochę i zrobić coś fajnego. Tak samo jak Anita wydała swoja solową płytę. Nie chcieliśmy nic robić tylko dlatego, bo trzeba to robić. Bardzo ostrożnie selekcjonowałem piosenki i często wyrzucałem piosenkę, gdyż nie było to to. Nie chciałem wydać płyty, która ma jedenaście piosenek. Chciałem wydać coś co ma jakieś płynności, ciąg, sens. Coś co ma od początku do końca klimat. Jest dla mnie niezwykle ważne, ze dźwięki są jakie są na tej płycie. Ta muzyka ma różną formę, kształt i kolory. Właśnie to chciałem przekazać i będę to robił. Będę dalej szedł w tę stronę.

 

P.S.: Tytuł „Back in town”. Mniej więcej wiem dlaczego wybrałeś ten tytuł, ale chciałbym żebyś o tym opowiedział. Mi ten tytuł skojarzył się z Thin Lizzy „The boys are back in town”. Jest to bardzo rozrywkowy numer.

 

J.P.: A rozumiem! The boys are back in town Trochę jest tak. Tu też jest trochę łobuzerii jak u świętej pamięci Thin Lizzy. Coś w tym jest. Takie kojarzenie z Clintem Eastwoodem, cała ta ikonologia i filozofia tego, że wracamy i teraz dopiero zobaczycie na co nas stać, co możemy zrobić. Okładka płyty też jest nieprzypadkowa. To, że jest na niej zdjęcie gdy mam sześć lat, a z drugiej strony moja podobizna w wieku sześćdziesięciu lat. Powrót do miasta po ponad pół wieku. Gdzie jestem dzisiaj, teraz.

 

P.S.: Jeżeli powiedziałeś już o okładce, na której jesteś sobą cały czas, ale jednak w różnym wieku to oczy są te same. Są po prostu bez zmian.

 

J.P.: Są po operacji teraz więc dziś jest trochę lepiej. <śmiech>

 

P.S.: Chodzi mi o wyraz tych oczu, nie o zewnętrzny wygląd. Cały czas czai się tam takie zamyślenie... Co to jest? Co siedzi w Johnie Porterze?

 

J.P.: Czy ja wiem... To lepiej innych ludzi o to pytać. Siedzi na pewno wiele rzeczy i ludzi. Na pewno siedzi tam jeden demon, święty niewiele. Zamyślony... Tak, trochę tak. Masz rację w tym. Trochę romantyk. I dużo humory angielskiego w tym.

 

P.S.: Tego ci pewnie brakuje tutaj?

 

J.P.: Nie ponieważ dostaję regularnie dawkę tego od znajomych z Anglii.

 

P.S.: Teraz jest telewizja satelitarna więc można wszystko nadrobić.

 

J.P.: Masz rację. Może nie wszystko, ale dużo. Sporo tego jest więc nie brakuje. Ale brakuje mi używania tego języka na co dzień. Ironia jest taka, że Polacy bardzo lubią angielski humor, ale jak używam go bezpośrednio to nie widzą jak to rozumieć - czy się z nich nabijam, czy jest to dowcip czy po prostu jestem chamski.

 

P.S.: Co dla ciebie jest najważniejsze w muzyce? Mówiłeś, że brzmienie, ale chyba nie tylko?

 

J.P.: Myślę, że najważniejsza jest piosenka. Umówmy się, to są piosenki. Nie róbmy jakiejś wielkiej filozofii.

 

Najważniejszy jest przekaz piosenki czyli atmosfera, a to może być na samej harmonijce ustnej, gitarze akustycznej czy elektrycznej. Szczerość przede wszystkim. W  Polsce uważa się, że piosenka powstała bo powstała, a nie dlatego, bo jest tam jakiś ukryty przekaz.

 

P.S.: Nie chodzi o konto w banku.

 

J.P.: Właśnie.

 

P.S.: Tak się zastanawiam, że wszyscy recenzenci twoich płyt, i to na przestrzeni lat podkreślali, że jesteś bardzo szczery w tym co robisz. Że wolisz raczej stanąć w poprzek tego co się dzieje na rynku niż pójść za głosem rynku, za czymś co spowoduje, że będziesz miał większe konto. Jest w tym coś takiego co cię określa jednak. To ty wytyczasz kierunki.

 

J.P.: Nie bałem się głodować nieraz. Po prostu uważam, że trzeba robić swoje. Jestem bardzo pewien w tym co robię. Broń Boże nie w taki arogancki sposób. Po jakimś czasie trzeba nabrać tej pewności, że to co robisz robisz dobrze. Kiedy już to masz to to robisz. A czy ktoś będzie myślał czy to jest dobre czy nie w pewnym momencie staje się dla ciebie obojętne, ponieważ wierzysz w to co robisz.

 

Czasem trzeba stanąć, a nie ruszać się bez przerwy.

 

To koło nie zawsze wraca do ciebie albo robi to bardzo wolno. Raz wraca raz nie. Trudno. Ale swoje trzeba robić. Nigdy nie potrafiłem robić inaczej niż myślę. Nawet z Anitą te kilka ruchów medialnych było, ale sama muzyka powstała w bardzo szczery sposób. Tak, że jest fajnie, róbmy to! A nie, że można coś na tym zarobić. Pluję na takie podejście. Uważam, że jest kiepskie, bo z takich rzeczy powstają najgorsze piosenki, których później musisz słuchać na co dzień niestety. I to dotyczy nie tylko zagranicznych wykonawców, ale też polskich.

 

P.S.: Nie jesteś typem rock'n'rollowca, że nocą pracujesz, a w dzień śpisz.


J.P.: Mam od wielu lat dzieci. Jestem nietypowym rock'n'rollowcem, który lubi szaleć w dzień, a w nocy spać żeby mieć siłę na najbliższy dzień. Ale przede wszystkim muszę mieć siłę na robienie tego co kocham robić czyli na muzykę. Codziennie gram na gitarze, zawsze, bez wyjątku. Muszę to robić, to jest mój narkotyk. Wracając do tematu. „Psychedelikatesy” to jest bardzo przygnębiające doświadczenie. Widziałem, że nie mam właściwych muzyków do nagrywania tego. Studio działało tak sobie. Nie było wiadomo czy płyta zostanie wydana czy nie. Na szczęście została wydana przez świętej pamięci Metal Mind. To wszystko dzięki niemu, bo bez niego ta płyta pewnie i tak by poszła, ale byłoby bardzo ciężko Muzycy nie bardzo wiedzieli jak to grać, inni jak to nagrywać. To jest kanał. Ale nie raz spotykają nas takie rzeczy w karierze.

 

P.S.: Czyli kontrast zupełny od tego co działo się przy „Back in town”?


J.P.: Zupełnie. To chyba było najłatwiejsze nagranie płyty w moim życiu! Nie wiem dlaczego, ale tak to jest po prostu. W tym przypadku miałem konkretnie przygotowany materiał łącznie ze wszystkimi efektami. Nie do końca w takiej postaci znalazły się one na płycie, ale pojechałem do Londynu, powiedziałem: „To jest moje demo”. Phil Brown mówi mi, że jest bardzo dobrze, konkretnie i już mogę to wydać jako płytę. Puścił muzyków raz czy dwa przed nagraniem piosenki, później weszliśmy do studia, zaczęliśmy nagrywać i tak poszło. Naprawdę bardzo fajnie. I na setkę na ogół.

 

P.S.: No właśnie. Phil Brown to człowiek, który współpracował z wieloma artystami. Wymienia się Boba Marleya, Portishead i wielu innych. Jest to człowiek, który wie czego chce i on pewnie także pomógł w tym nagrywaniu płyty. W końcu nie nagrywa się albumu w dwa tygodnie nie wiedząc czego się chce od płyty.


J.P.: O to właśnie chodzi. Ale jeżeli się chce + Phil Brown pracujący tylko analogowo, który doskonale wie czego chce artysta. Wie też jakie są czasy. Na zachodzie, gdzie studia niestety plajtują odkąd wytwórnie nie chcą ich utrzymywać. Ludzie teraz są przygotowywani do nagrywania na komputerze w domu. Tam mogą wydać produkt ponieważ zdają sobie sprawę, ze czas to pieniądz. Ten czas jest coraz droższy. Dlatego trzeba robić coś jak najszybciej nie tracąc przy tym na jakości. Pamiętam jak prosiłem Phila, bym mógł nagrywać u niego. On zapytał mnie ile mam pieniędzy, a ja podałem mu sumę. Odpowiedział, że za dwa dni wyśle mi kosztorys. I rzeczywiście tak było.

 

Po dwóch dniach dostałem kosztorys i propozycję, że jeśli dasz trochę więcej to może tak być. I tak wykonaliśmy plan od początku.

 

To też jest niezwykła wygoda w pracy, gdy ktoś dba o wszystkie szczegóły. A na koniec z dumą pokazuje mi projekt, który udało nam się osiągnąć. A jakby tego było mało to jeszcze zaoszczędziliśmy 300 funtów! Kwestia organizacji, jasny kierunek muzyczny co robisz i wtedy nie ma takiej meliny i tak zwanego szukania dźwięków.

 

P.S.: John Porter - człowiek, który wie czego chce od muzyki i od swoich płyt jest gościem „Chwili na-Gości” i Radia Złote Przeboje. John nie ma szukania, ale też rzadko się zdarza, że artyści nagrywają większość płyty na setkę.


J.P.: Już odchodzi się od tego sposobu nagrywania. Kiedyś był na to wielki bum. Tak się kiedyś nagrywało, rejestrowało i cześć.

 

P.S.: Elvis Presley tak nagrywał.


J.P.: To jest fascynujące, bo masz ten moment być albo nie być. Wyobraź sobie jak to było kiedy musiała zagrać cała orkiestra na przykład u Franka Sinatry.

 

Wszyscy musieli być w „punkcie” cały czas. To jest wspaniałe. Tylko tu już trzeba mieć szkołę - trzeba umieć śpiewać i grać. <śmiech> Tego trzeba na setkę.

 

P.S.: Czuję tutaj lekkie przytyki do tego co dzieje się w telewizji.


J.P.: Nie może być tak cały czas, że poprawiasz albo robisz tak zwane „kompli” czyli komplikacje wokalnie albo strojenie. Albo idzie tak albo nie ma.

 

P.S.: Śpiewasz potem jakiś koncert i wtedy wychodzi wszystko.


J.P.: Tak, to wiadomo. Jest też taki wynalazek, który każdy wokalista może mieć pod stopą. Polega na tym, że automatycznie stroi głos do mikrofonu w trakcie koncertu.

 

P.S.: Oszustwo jest natychmiastowe w czasie rzeczywistym.


J.P.: Do tego może mieć harmonię na swój głos. Ale po co to wszystko.

 

P.S.: I tak liczą się piosenki i szczerość.


J.P.: Piosenka jest najważniejsza, ale wiedzieć jak to śpiewać też jest bardzo ważne.

 

P.S.: Wolisz pracować w studiu czy grać koncerty?


J.P.: Ja uwielbiam nagrywać i uwielbiam koncerty. Jeżeli chodzi o wybór, to koncerty właśnie. Niektórzy uważają, że jestem scenicznym zwierzęciem. Mogę przeżyć niemal całe życie na scenie. Dla mnie jest to wielkie przeżycie być na scenie, móc zagrać i zaśpiewać.

 

P.S.: Teraz koncertujesz i solo i z zespołem.


J.P.: Tak, ja mogę wszystko robić. <śmiech>

 

P.S.: Jesteś uniwersalny!


J.P.: Mam kilka ofert - mogę grać z Anitą, mogę grać sam, mogę grać z zespołem.

 

P.S.: Która część tej działalności jest najbardziej obciążająca?


J.P.: W pewnym sensie chyba solo. Jak siedzisz sam z gitarą naprzeciw publiczności. Uwielbiam to. Jest to bardziej męczące fizyczne. Jak jest zespół to wiadomo, też dajesz z siebie wszystko, ale solo jesteś zdany na samego siebie. Nie ma mowy o tym, że możesz wykonać krok w bok i patrzeć jak ktoś gra jakąś solówkę. Musisz być cały czas na chodzie i coś tam robić. Publiczność musi zwracać na ciebie uwagę. Z drugiej strony to jest bardzo fajne, bo jest to bardziej intymne w przekazywaniu swojego materiału.

 

P.S.: Moja ulubiona twoja płyta jest płytą koncertową. Nazywa się „Magic moments” sprzed wielu, wielu lat. Uważam, że jest to jedna z najlepszych, paradoksalnie, polskich płyt koncertowych.


J.P.: Pierwszy unplugged.

 

P.S.: Pierwszy unplugged. Wyprzedziłeś czasy. Dopiero dziesięć lat później zaczęły się ukazywać te serie MTV.


J.P.: Tak, ale mnie nigdy nie zaprosili. <śmiech>

 

P.S.: Ciekawe dlaczego?


J.P.: Do polskiej serii unplugged też mnie nie zaprosili. Może dlatego, bo nie śpiewam po polsku.

 

P.S.: Twoje piosenki jak się kwalifikuje z Zaiksie? Zagraniczna czy polska?


J.P.: Zaiks ma w ogóle bardzo śmiesznie, ponieważ muzyk jest poważny, poetycki, literacki, a reszta to wszystko jedno. Ogólnie jest zaklasyfikowany jako muzyk rozrywkowy. <śmiech>

 

P.S.: Czyli jesteś muzykiem rozrywkowym. To też ładnie. John, do niedawna prowadziłeś swoją działalność dwu i trzytorowo czyli Porter Band, Porter solo i Lipnicka-Porter. Czy to rodwojenie i roztropjenie będziesz chciał kontynuować czy jednak zawężysz swoją działalność do jednego kierunku i to nim będziesz podążał? Mówiłeś, ze jesteś zafascynowany odzwierciedleniem życia w muzyce.


J.P.: Prawdę mówiąc ja wszystko lubię robić i nie czuję takiego ciśnienia czasowego, że muszę tylko to robić. Jest fajnie, chociaż może nie robię zbyt wiele na raz. Ale kiedy robi się kilka rzeczy jednocześnie to otrzymuje się takie szerokie spojrzenie na całość. Wtedy nieoczekiwanie może stać się to inspiracją. Ja jestem otwarty na wszystko co robię.

 

P.S.: Z tego co pamiętam zawsze byłeś. W mrocznych latach 80. śpiewałeś z Maciejem Zębatym Choena.


J.P.: To była fajna przygoda. Myślę, że bardziej niż muzycznie była to współpraca koleżeńska z Maciejem. Fascynujący człowiek, który umie prowadzić swoje rzeczy w bardzo ciekawy sposób, co jest bardzo ciekawe. Może brzmi to dziś idiotycznie, jak banał, ale był to też jakiś wkład w opozycję. Robiąc to i śpiewając jeszcze Choena, ale nie tylko, człowiek czuł, ze wkłada coś od siebie do opozycji. To była niesamowita frekwencja publiczności na koncercie.

 

P.S.: Polacy wreszcie zrozumieli Choena jak Zębaty zaczął go śpiewać.


J.P.: Polakom były potrzebne te wewnętrzne refleksje na tamte czasy. Nie tylko na czas wojenny tak zwany rock'n'roll.

 

P.S.: Nie boisz się tego, że teraz gdy śpiewasz po angielsku publiczność może, nie tyle co nie rozumieć, ale być zbyt leniwa by chcieć zrozumieć co Porter śpiewa po angielsku.


J.P.: Niektórzy tak, niektórzy nie. Ale ci, którzy mogą mówić, że „A, bo Porter śpiewa po angielsku” chyba i tak i tak nie chcieliby mnie słuchać.

 

P.S.: Czy zależy ci na takiej publiczności?

J.P.: To jest kiepskie podejście jeżeli człowiek ma leniwe podejście do czegokolwiek, to nic z tego nie będzie i tak, wszystko jedno co to jest.

 

P.S.: Przypomniało mi się takie zdanie, które usłyszałem w radiu zresztą. Dawno temu spotkanie pisarza Andrzeja Szczypiorskiego z publicznością. Na takie spotkania z autorem w tamtych czasach chodzili różni ludzie. Jedna z osób na widowni wstaje i mówi: „Wie pan co, ja jestem prosty człowiek”, na co Szczypiorski przerywa i mówi: „To weź się pan skomplikuj”.


J.P.: Najlepiej jest być prostym człowiekiem w tym sensie, że jesteś bardzo otwarty i bardzo czysty w tym co robisz i myślisz.

 

P.S.: Gitara jest dla ciebie szczególnym instrumentem.

J.P.: Bystra obserwacja. Zwłaszcza, że nie gram na niczym innym. <śmiech>

 

P.S.: Powiem ci dlaczego. Maciej Zębaty zapamiętał pierwsze spotkanie z tobą właśnie a propos gitary. Siedziałeś pod ścianą i grałeś na gitarze. Anita Lipnicka powiedziała, że uwiodłeś ją gitarą.

J.P.: Narzędzie erotyczne. <śmiech>

 

P.S.: Jeszcze tego nie wiem!


J.P.: Nie wiem, to oni powiedzieli, nie ja. Ja nie mogę o sobie mówić takich rzeczy.

 

P.S.: Niby instrument, którym zarabiasz na życie.


J.P.: To jest dla mnie jak część ciała.

Codziennie gram i to jest jakby moje ciało. Jest to kolejna ręka czy noga.

 

To jest tak, że zamiast się upić czy przedawkować kiedy jest mi źle, albo nawet jeśli jest dobrze, sięgam po gitarę. Gitara to najlepszy przyjaciel i najlepsza kochanka jaką miałem w życiu. To bez porównania. Dało mi to bardzo dużo.

 

P.S.: Pewnie jednak są takie chwile, kiedy odkładasz muzykę na bok Czy zawsze gdzieś tam jest?


J.P.: Już nie mogę tego wyłączyć. Nie wiem jak to jest, ale w najskrajniejszych sytuacjach, mimo wszystko, gdzieś tam zawsze działa coś.

 

P.S.: Czyli nawet jak oglądasz piłkę nożną w telewizji to ten hymn kibica gdzieś ci tam gra?


J.P.: W pewnym sensie tak.

 

P.S.: A komu kibicujesz?


J.P.: Od siódmego roku życia Manchester United. Nie pochodzę z Manchesteru. Wiem, że jest to najbardziej znienawidzona drużyna na świecie, dlatego musze usprawiedliwić dlaczego ich lubię.

 

P.S.: Znienawidzony? Naprawdę?


J.P.: Gdy miałem siedem lat byłem w internacie w Anglii. Wtedy też były niestety te straszne katastrofy z drużyną Manchesteru w 1957 roku w Monachium. Jako małe dziecko to mnie bardzo uderzyło. Nie byłem w domu, nie miałem wtedy rodziców. Czasami człowiek chce się przylepić do czegoś co ma jakieś znaczenie. Przylepiłem się do tego, płakałem, a ledwo wiedziałem wtedy co to jest piłka nożna, chociaż już trochę kopałem. Przeżyłem to bardzo głęboko. Pomyślałem, że to jest drużyna dla mnie. Przywiązałem się do niej emocjonalnie od tego momentu. Od tamtej chwili wiernie kibicuję Manchester United.

 

P.S.: To co powiesz o tym, że Ronaldo poszedł do Hiszpanii?


J.P.: Trudno. Już minął jego czas. Chciał tam pojechać to pojechał. Jednak wydaje mi się, że zdecydował się na to, bo  fizycznie stało się dla niego trochę uciążliwe bycie w premier league. Trochę markował. Wchodził na boisko, dostał od razu. Jest to trochę człowiek zarozumiały. Oglądając go w hiszpańskiej lidze nie zachowuje się aż tak. Może trochę będąc właśnie w hiszpańskiej drużynie, jest nowy. Ale nie kneblują go tam tak, jak to zrobili w Anglii. Tu aż boleśnie było patrzeć jak go zaatakowali.

 

P.S.: Obserwujesz trochę losy zawodników, którzy już nie grają w Manchesterze?


J.P.: Oczywiście. Ronaldo jest wielką postacią historii Manchester United. Nie można udawać, że go nigdy nie było i nigdy nie będzie.

 

P.S.: Nie do końca o to mi chodzi. Po prostu najważniejsi są dalej ludzie, a nie klub.


J.P.: Klub na pierwszym miejscu. Wiadomo. Umówmy się, że jest to klub z ogromną historią. Jest bardzo romantyczny, nawet bardziej romantyczny od Barcelony w pewnym sensie, ponieważ w latach 50. i 60. wygrali chyba osiem razy puchar europejski, jak to się wtedy nazywał. Jest to wyjątkowa drużyna. Pamiętam jeden z finałów, gdzie oni walnęli jakiś niemiecki film i to była magia co działo się na boisku.

 

P.S.: Czyli muzykę da się jakoś tam zneutralizować. Prawdziwi kibic John porter w „Chwili na-Gości”.


J.P.: Ale nie kibol!

 

P.S.: Kibol absolutnie nie, nawet nie jest blisko.


John jesteś uważany w naszym kraju za prekursora. Jesteś w naszym kraju od 35 lat. Tak jak ty zaczynasz grać, tak później dopiero grają inni. Powiedz czego słucha prekursor?


J.P.: Nie wiem czy mogę się zgodzić z tym określeniem.

 

P.S.: Zgodziliśmy się co do unplugged. Nie mieliśmy szansy zgodzić się co do „Helicopters”, ale jest to taka podstawa rocka lat 80.


J.P.: Prawdopodobnie, ale nie wiem. To zależy kto pisze i kto mówi. Mimo wszystko nie śpiewając po polsku jednak działało to przeciw mnie. Z drugiej strony nie mogę zaakceptować argumentu, ze jeżeli mieszkam w danym kraju to od razu muszę doskonale śpiewać w tym języku. Byłbyś zaskoczony ile razy człowiek spotyka się z taką krytyką: „Chłopie jak to? To nie umiesz śpiewać po polsku”? No nie, nie umiem.

 

Czego ja słucham? Słucham bardzo wielu rzeczy.

 

Słucham twoich starych śmieci czyli lata dzieciństwa czyli The Who, The Kings, The Beatles, The Rolling Stones, West Corse, amerykańskich zespołów jak Love, uwielbiam zespół Spirit, Jimi Hendrix z wcześniejszych. Słuchałem Nicka Cavea do pewnego momentu. Drugiej płyty jakoś nie mogę Nie wiem o co chodzi. Coś jest nie tak.

 

P.S.: Czy nie uważasz, że jest trochę nużąca?


J.P.: Dla mnie trochę tak. Dla mnie jest ona trochę oszukana. Jest całe to brzmienie, ale nic nie czuję pod tym. Nie w tym sensie, że on ma śpiewać piękne ballady do końca życia, ale tam jest coś pustego w tym wszystkim. Jednak jest to moja opinia. Wielu ludzi na pewno to lubi, a mi po prostu to nie pasuje. Ale nie daj Boże dlatego, bo on spróbował takiego sposobu grania, tylko uważam, ze może inni ludzie lepiej to robią.

 

Kto jeszcze 16 Horsepower, ale ich już niestety nie ma. Wspaniały zespół. Lubię gościa, który kiedyś był Red Hand Painters czyli funky moon. Ostatnia płyta Niliam bardzo mi się podobała, chociaż uważam, że kompozycyjnie trochę słabsze, ale sam sposób nagrywania jak on sam gra na gitarze elektrycznej. To jest niesamowite. Słucham różnych rzeczy.

 

P.S.: Z tego co słyszę jednak akustycznie.


J.P.: Kiedyś słuchałem bardzo dużo elektrycznie.  Miałem taki okres, że słuchałem takiego zespołu jak Tool, Dech Tones. Były to takie resztki Nirwany, których słuchało się przed nimi albo po nich. Zespół Pixsis też był. Bardzo mnie fascynuje połączenie elektryczne z akustycznym. Nie musi być koniecznie tylko akustycznie.

 

P.S.: A Radiohead? Bo oni właśnie tak celowali.


J.P.: Rediohead nie. Moja partnerka Anita szaleje za nimi, ale mnie to w ogóle nie rusza. Zupełnie, sorry. Pierwsze parę płyt mi się podobało, ale jak już to poszło zupełnie w stronę elektroniczną to odpada. „Kid A” poszło już za daleko. Oczywiście fajnie, że ludzie to robią i to jest bardzo odważne.

 

Wszystko już było. Ile razy słuchasz czegoś, nagle słyszysz gitarę i wiesz - The Cure.

 

P.S.: Często masz takie skojarzenia kiedy słyszysz nowych wydawnictw?

J.P.: Tak, ale tak ma być. To jest błędne koło, a my mimo wszystko szukamy jak się wyrazić, ale to już było. Nie ma już nic oryginalnego w muzyce. Nic. Ale jest sposób jak to robić jeszcze raz.

 

P.S. Technologie się zmieniają.


J.P.: Zmienia się też sposób słuchania, sposób przekazania, a także sposób odbierania.

 

P.S.: A jak ważny jest dla ciebie internet? Pytam faceta, który nagrał swoja płytę na taśmie. Trochę szerszej niż zwykła, ale na taśmie. Internet, nowe technologie, komputery - co z nimi?


J.P.: Internet jest dla mnie po prostu wysłaniem e-maila, czasami sprawdzeniem Facebooka, ale rzadko, bo Facebook to jest kanał na maksa. Znam ludzi, którzy są od niego uzależnieni. Samo pojęcie „you have a new friend request”. Niektórzy mają miliony „frinds”, nie wychodzą z pokoju! Sorry. Przyjaciół poznaje się przez okazje, ludzkie otoczenie, a nie przez ekran. Ja wiem, że są to takie czasy. Ale piszesz do nich tylko przez Skype czy czat. Mimo wszystko to jest już nie dla mnie. Jestem innym pokoleniem. Wolę jak to jest. Już nawet sms'y i telefon komórkowy to coś dziwnego dla mojej osoby. Kiedyś czekałeś aż wrócisz do domu i opowiesz jak tam było, a dziś wszyscy wszystko wiedzą przez internet co u ciebie. To jest okropne. Jest to inne pokolenie. Było pokolenie klawiszowe, misiowe, teraz będzie dotykowe Pad. W jednej z komedii angielskich widziałem jak jeden z bohaterów przedrzeźniał te wszystkie iPod, iPad, iPhone, powiedział „iBack. Możesz mieć miliony głupich piosenek w twojej głowie”. <śmiech>

 

P.S.: Ja wiem dlaczego ci tak nie pasuje internet i telefony komórkowe. To funkcja „barda” człowieka, który opowiada historie bardzo się zmienia.


J.P.: No tak, bo jest to już powoli zmierzanie do kresu istnienia. Niedługo przestanie istnieć tak zwane przekazywanie oralnie. To zamiera i to jest bardzo przykre. Słychać to w nowoczesnej muzyce, w tym o czym ci ludzie śpiewają. Łapią jakieś hasło, powtarzają to i nic poza tym. Stają się bardzo kosmiczni, kosmetyczni, puści, metalowi. Puste, puste

 

P.S.: Puszka bez środka. Opakowanie tylko.


J.P.: Pusta rura. <śmiech>

 

P.S.: John Porter - człowiek z pełna rurą. <śmiech>


Mieszkasz w naszym kraju 35 lat. Obserwujesz te wszystkie zmiany okiem człowieka z zewnątrz mimo wszystko.  Czy coś zostało z tamtej fascynacji jak tu przyjechałeś? Czy w ogóle wszystko totalnie się zmieniło i są nowe?


J.P.: Każdy naród ma swój temperament, spojrzenie na świat i tak dalej. Jeżdżąc po ulicy widać, że Polak nie stracił tego temperamentu. Kiedyś musiałem zdobyć paszport brytyjski. Została zmieniona ambasada i szukając nowego adresu zobaczyłem informację dla podróżnych do Polski. Było tam napisane, by jeśli to możliwe unikać jechania po Polsce samochodem, bo są tam chyba najgorsze we Wschodniej Europie drogi i kierowcy.

 

P.S.: Może nie narzekajmy już tak bardzo, no ale ci nasi kierowcy...


J.P.: I drogi!

 

P.S.: A to są jakieś? <śmiech>


J.P.: Jeżeli są to gdzie ten asfalt? <śmiech>

 

P.S.: Kierowcy i drogi to temat rzeka.


J.P.: Mimo wszystko temperament polski jest romantyczny.

 

Jest jakiś romantyzm w tym wszystkim. Polak potrafi być tolerancyjny.

 

Ktoś kiedyś powiedział „Gdyby gen. Jaruzelski pomyślał, odwrócił się do narodu i powiedział : <>, to wszyscy by powiedzieli: <>”.  I to jest taki naród. Ale niestety ten nie zrobił tego. Polak potrafi tak robić, a ja to bardzo lubię. Można do Polaków docierać pod tym względem. Tak jest w miastach, ale nie wiem jak jest w mniej spopularyzowanych rejonach. Tam oczywiście istnieją dosyć przerażające poglądy polityczne i nie tylko. To nawet nie są poglądy polityczne.

 

P.S.: Stereotypy. Niestety wszystkie narody z tego powodu cierpią. Nie wyróżniamy się jakoś specjalnie pod tym względem, ale masz rację.


J.P.: Wiele rzeczy jest mimo wszystko pozytywnych. Żyjemy w takim świecie, gdzie niestety idziemy po równi pochyłej. Nawet sama natura ma dość człowieka, jak mamy okazję to widzieć. Jest bardzo wiele fajnych rzeczy w Polsce, bardzo lubię ten kraj. Jak jestem w Anglii to każdy Anglik też narzeka i przeklina swój kraj, swój rząd. To jest normalna rzecz na co dzień.

 

P.S.: Wróciłbym do czasów, kiedy nie żyłeś z muzyki, ale musiałeś dawać korepetycje z angielskiego.


J.P.: Był taki moment, bo nie chciałem cały czas wydawać swoich oszczędności. To był śmieszny okres. Był to też niebezpieczny okres, gdyż byłem wtedy bardzo młody i przystojny. <śmiech> A te korepetycje na ogół chciały same dziewczyny. Człowiek musiał być bardzo subtelny i stanowczy. Była to straszna zasadzka miłosna! Ale jakoś mi się udało.

 

P.S.: Czy one wtedy wiedziały kto to jest John Porter?


J.P.: Wtedy? Nie, no skąd. Na początku nie, ale później jak założyłem zespół to musiałem sobie dać spokój z tym.

 

P.S.: Zasadzki miłosne dla takiego Brytyjczyka, który znalazł się za żelazną kurtyną. Mówisz, że śmieszne były te czasy, ale też niebezpieczne. Dlaczego niebezpieczne? Czy właśnie z powodów matrymonialnych?


J.P.: To zawsze jest niebezpieczne, bo człowiek do końca nie wie jak się ląduje i gdzie się ląduje. W pewnym sensie to były bardzo bezpieczne czasy ponieważ na ulicach panował, oprócz tak zwanego „trójkąta bermudzkiego” w Pradze w Warszawie, porządek. Niebezpiecznie było gdy człowiek miał inne poglądy. Gdy się spotkało z ludźmi to nie raz bardzo skomplikowany był sposób podróżowania. Na przykład jak dojechać do pewnego mieszkania, by się spotkać z ludźmi. Na początku było to dziwne i był strach. Ale później się przyzwyczaiłem do tego jak mnie wołali do komendy i mówili, że nie wolno czegoś.

 

P.S.: No tak, bo oni nie mogli ci nic zrobić, tylko ostrzec.


J.P.: Oni robili coś ludziom, którzy już naprawdę konkretnie występowali przeciw władzy. Gdy ktoś podpisywał jakieś manifesty czy coś w tym rodzaju, to było niemal pewne, że wyląduje bez pracy, bez widoku i paszportu. Kasowali cię ze społeczeństwa. Ale najczęściej była to taka zabawa w kota i myszy z policją.

 

P.S.: Przeczytałem takie zdanie: „Przypomnijmy, ze John Porter największe triumfy święcił z Anitą Lipnicką”. Czy to prawda? Komercyjnie pewnie tak, bo sprzedaliście najwięcej płyt w twojej karierze. No ale akustycznie, oprócz „Helicopters”.


J.P.: To był okres kiedy muzyk nie zarobił za bardzo. Muzycy wydawali, ale zarabiał ktoś inny.

 

P.S.: No właśnie czyli komercyjnie.


J.P.: To nie jest komercyjnie. Komercyjnie to znaczy handlowy, gdy człowiek zarobi większe pieniądze. Powiedziałbym, że produkt był komercyjny.

 

P.S.: O to mi właśnie chodziło. John, uspokój się.


J.P.: Ja nie jestem zdenerwowany.

 

P.S.: Chodziło mi właśnie o tę handlowa stronę. Ale czy artystycznie ten okres też zaliczyłbyś do udanych? Pewnie tak, ale czy do najbardziej udanych w swojej karierze?


J.P.: Ja bym powiedział, że niektóre rzeczy tak. Zwłaszcza drugą płytę, którą uważam za jedną z najbardziej udanych. Ma taką wspaniałą jakość, jest tak fajnie nagrywana. Ta płyta podoba mi się bardziej od pierwszej. Choć na pierwszej też jest kilka perełek, o których bym nie powiedział, że pisze tak genialne teksty, że tak nieskromnie powiem. Teraz czytam te teksty i śmieję się „Kurcze, skąd oni są, że tak fajnie im to wyszło”. Myślę, ze są lepsze niż kiedykolwiek.

 

P.S.: Masz nadzieję powtórzyć taki sukces w przyszłości?


J.P.: Powtórzyć może nie, ponieważ to co się wydarzyło jeszcze przed wydaniem pierwszej płyty można zaliczyć jako „modny smak myślący”.

 

Więcej osób kupowało te płyty niż lubiło. W tym sensie, że to było fajne, my jako modna para i tak dalej.

 

P.S.: Byliście gorąca parą show biznesu.


J.P.: Tak, ale chwilową. Tak zwane pięć, piętnaście minut. Myślę, że gdybyśmy wydali płytę teraz to by to już tak nie poszło. Nie wykluczam, że wydamy jeszcze wspólny album, tylko trzeba poszukać jakiejś innej formy muzycznej. Ale nie dance! <śmiech> Nic takiego.

 

P.S. Bardzo ci dziękuję za rozmowę i zapraszam zawsze.


J.P.: Ja również dziękuję.

SŁUCHAJ ZŁOTYCH PRZEBOJÓW!