Chwila na-Gości: Mrozu

05.04.2011 19:00
Mrozu w rozmowie z Agą Kasprzyk dla Radia Złote Przeboje. Posłuchaj!

 

 

A.K.: W Radiu Złote Przeboje „Chwila na-Gości”, a moim gościem jest dzisiaj Łukasz Mróz czyli Mrozu.

 

Ł.M.: Witam serdecznie, cześć.

 

A.K.: Wszyscy cię znają jako Mroza właśnie. Wokalista, producent, artysta, autor tekstów. Czego ty jeszcze nie robisz w muzyce?

 

Ł.M.: Artysta, plastyk... Nie, tutaj już troszkę przesadziłem. Przede wszystkim komponuję i produkuję muzykę. I od tego zaczynałem przygodę. Poza jakimiś epizodami w liceum, które nie były podobne do tego co robię teraz. Generalnie codziennie staram się robić coś w kierunku tego, żeby skomponować jakiś nowy utwór albo nad czymś popracować. Mam w swoim pokoiku domowe studio, tak więc codziennie tam siedzę i dłubię.

 

A.K.: Zostałeś sklasyfikowany przez świat dziennikarski jako pop - r&b. Zgadzasz się z taką etykietką czy jakoś byś ją rozszerzył, zawęził?

 

Ł.M.: Jeżeli chodzi o gatunek, który śpiewam to myślę, że jakaś prawda w tym jest na pewno. Jeżeli chodzi o to co robiłem pod kątem produkcji to jest to troszeczkę więcej niż pop i r&b, bo właśnie były tam brzmienia reggaeowe, dancehallowe, hip-hopowe. Ten kierunek i czarne brzmienia królowały u mnie na głośnikach i takie właśnie nutki wychodziły spod moich rąk.

 

A.K.: I cały czas wychodzą, umówmy się.

 

Ł.M.: Wychodzą.

 

A.K.: A kiedy Mrozu zaczął wiedzieć, że muzyka to będzie na pewno to czym będzie się zajmował? Kiedy domyśliłeś się, że muzyka będzie czymś co sprawia ci frajdę i z czego być może będziesz chciał żyć?

 

Ł.M.: Pamiętam, że zawsze kiedy widziałem jakiś instrument to on mnie ciekawił. Mówię tu już o takich początkach początków. Kiedy widziałem gdzieś jakieś klawisz, w domu były cymbałki czy gitara, to chciałem sprawdzić zawsze jak to brzmi, jak to działa i co można z tym zrobić.


Często wyobrażałem sobie, że gram coś wyjątkowego tak naprawę grając jakieś przypadkowe dźwięki.

 

Ale zawsze gdzieś tam we mnie siedziała potrzeba wydawania dźwięków z różnych rzeczy - to były takie początki za dzieciaka. Później był bujny okres grania w piłkę nożną.

 

A.K.: Czyli też grania poniekąd.

 

Ł.M.: Też granie, też uderzanie, ale tym razem w skórzaną piłeczkę. To był taki okres chłopięcy i uważam, że każdy chłopak powinien przejść przez sport.

 

A.K.: Dobrze jest mieć taki okres w swoim życiu.

 

Ł.M.: Tak jest. Troszkę pobiegać po murawie, potaplać się w błocie. Ja akurat byłem bramkarzem.

 

A.K.: Najlepsza fucha!

 

Ł.M.: Najlepsza fuszka. <śmiech> Nie nabiegam się, połapię piłkę i generalnie fajrancik na murawie. To był fajny okres. Później było liceum i to już był przełom kiedy spotkałem wokół siebie ludzi, którzy mnie inspirowali, byli kreatywni muzycznie, artystycznie. W liceum znalazłem swoją drogę. Może jeszcze byłem na rozdrożu pomiędzy aktorstwem, chociaż nie można tego nazwać jakimś wielkim aktorstwem, nie mniej były to już pewne zalążki pokazywania emocji na scenie.

 

A.K.: Na jakiej scenie? Opowiadaj tu ze szczegółami, a nie coś tam mrukniesz.

 

Ł.M.: To były takie młodzieżowe rzeczy. Młodzieżowe musicale, przedstawienia.

 

A.K.: A ty śpiewałeś tam?

 

Ł.M.: Śpiewałem Agnieszkę Osiecką. Była to fajna lekcja poezji i interpretacji takich tekstów. Tam przeżywałem pierwsze teksty i pierwsze zderzenia z publicznością. Pierwsze zderzenia z kabaretem, bo jednak my mieliśmy taką paczkę, która odstawała od tych wszystkich, którzy się mocno wczuwali.

 

A.K.: Czyli nie patetycznie?

 

Ł.M.: Nie patetycznie. Zawsze było to przerysowane, nawet jak śpiewaliśmy na festiwalu Agnieszki Osieckiej we Wrocławiu to też musieliśmy sobie zrobić z tego jaja. Byliśmy przebrani za jakiś starych ludzi, „Prawdziwych cyganów już nie ma, a dziś jestem już dziadkiem”. Takie jaja.

 

A.K.: Happening praktycznie zrobiliście.

 

Ł.M.: Nie wstydziliśmy się w liceum przebrać albo założyć dready i powygłupiać się. To było fajne. Tam teą pojawiły się pierwsze piosenki, które komponowaliśmy razem z moimi kolegami.

 

A.K.: Wstydzisz się dzisiaj tych piosenek?

 

Ł.M.: Nie, to było śmieszne, a teraz mamy super wspomnienia. Mój kolega wszystko ma na dysku twardym i czasami jak się spotykamy to puszczamy sobie te kawałki. Mówimy wtedy „Kurcze, jak na tamte czasy to niektóre teksty były mocno społeczne, zaangażowane, ambitne, a nie to co teraz - te dyskotekowe brzmienia”. <śmiech>

 

Wtedy podchodziliśmy do tego poważnie, czasem bardzo, chociaż zawsze z uśmiechem, bo ja jestem taką osobą, która ma optymistyczne nastawienie do życia i staram się jak wstaję mieć uśmiech na twarzy, chociaż oko jeszcze sklejone. Jednak trzeba jakoś fajnie podchodzić do życia.

 

A.K.: Schowaj sobie te nagrania, bo jak kiedyś zrobisz wielką karierę na zachodzie i na całym świecie i w tej galaktyce to wiesz ile one będą kosztowały? Stary! Kolejne 14 willi sobie za nie postawisz.

 

Ł.M.: Żeby mnie skompromitować. No tak, przydadzą się.

 

A.K.: Kiedy się zorientowałeś, że aktorstwo to jednak nie? Że wolisz music?

 

Ł.M.: To była klasa maturalna. Już wtedy widziałem ten wyścig kto się dostanie do szkoły teatralnej z mojej klasy. Mieliśmy taki fajny rocznik, gdzie dużo osób dostało się do szkół teatralnych. Teraz już pokończyli je moi koledzy, chociaż... ktoś jeszcze kończy, bo dostał się dwa lata później. Za to ten co dostał się później teraz występuje w teatrze muzycznym we Wrocławiu, w Capitolu, i gra główne role między innymi w „Heair” czy „Czarnoksiężniku z krainy Oz”. Z kolei mój kolega Krystian Sacharczuk już w drugiej klasie liceum pojechał na casting do teatru Buffo.

 

A.K.: Artystyczna klasa po prostu?

 

Ł.M.: Artystyczna i taka dość wyjątkowa. Każdy znalazł gdzieś tam swoją niszę. Ten kolega właśnie gra główną rolę w musicalu „Romeo i Julia”. Z kolei inni koledzy porozjeżdżali się, między innymi do Warszawy. Ja jestem z Wrocławia i tam moi znajomi kończyli szkoły. W mojej klasie panowała taka energia artystyczna. Wracając do pytania kiedy się zdecydowałem na muzykę... Ja złożyłem też papiery do szkoły teatralnej.

 

A.K.: Czyli próbowałeś?

 

Ł.M.: Tak, ale nie podszedłem do egzaminu. Nie wpłaciłem tych pieniędzy na egzamin, twierdząc, że i tak nie pokażę tego co jest we mnie najlepsze. Wtedy już zaczynał się we mnie rozkręcać ten temat muzyczny. Ktoś tam usłyszał moje bity we Wrocławiu. Taka nisza, tak zwany underground. Pierwsza piosenka dostała się gdzieś na składankę z jakiegoś konkursu. Wtedy poczułem, że może jest taka szansa. I co... i poszedłem na fizjoterapię.

 

A.K.: Tak, to ma z muzyką dużo wspólnego.

 

Ł.M.: Tam to masowanie, odbijanie, dźwięki, ultradźwięki.

 

A.K.: Zacząłeś się zajmować muzyką, a z tego hitu zna cię chyba cała Polska, bo od dwóch lat nuci „Świecisz jak miliony monet”. Ale mam w rękach twoją najnowszą płytę „Vabank”, która wyszła w październiku.

 

Ł.M.: Tak, 25 października bodajże.

 

A.K.: Bardzo ładne wydanie. Są tu takie twoje r&b'owe piosenki, prawda?

 

Ł.M.: Też.

 

A.K.: Jest też kilka takich, które starają się mieć taki głębszy przekaz. Piosenka „Ctrl, Alt, Delete” na pierwszy rzut oka wydaje się, że to jest komputerowym kawałkiem, ale chyba tak do końca komputerowa nie jest.

 

Ł.M.: Ta piosenka jest komputerowa w wydźwięku, takie ma brzmienie i generalnie stosowałem tam ile się da zwrotów technologicznych, cyfrowych. Puentą jest to, że żyjemy w takich czasach, gdzie zewsząd otacza nas technologia. W moim otoczeniu jest tak, że wszyscy pierwsze co robią po powrocie do domu to włączają komputer, który już stał się naszą drugą rzeczywistością. Facebook czy Nasza Klasa. Wszyscy żyją w portalach społecznościowych. Mamy tam swoje drugie oblicze. Ja osobiście nie mam teraz telewizora i potrafię sobie wszystko w internecie zleźć.

 

A.K.: Naprawdę nie masz telewizora? Czyli da się.

 

Ł.M.: Da się. Potrafię wszystkie informacje znaleźć w internecie, wiadomości etc. Jeżeli chcę coś obejrzeć, to są portale gdzie legalnie też można zobaczyć serial czy posłuchać muzyki. Radio też jest w internecie więc można korzystać. Ten kawałek jest o tym, że czasami jest tego za dużo i wolałbym od tego odpocząć.

 

Gdy wyjeżdżam na weekend to bardzo sobie chwalę to, że nie muszę siedzieć przed komputerem i raduję się życiem. Da się bez tego żyć.

 

Refren jest taki, że „ctrl, alt, delete” resetuję się i robię sobie przerwę. Izoluję się od świata, który jednak ułatwia nam życie i jest potrzebny, pomaga.

 

A.K.: I tak pewnie będzie teraz ten świat wyglądał niedługo, ale reset rzeczywiście jest potrzebny co jakiś czas. Czy to jest tak, że jak artysta robi płytę, to niektóre kawałki kocha i lubi, a o niektórych myśli „dopcham je sobie”? Masz jakieś swoje ulubione kawałki na tej płycie?

 

Ł.M.: Tu nie było tak zwanych „zapchaj dziur”.

 

A.K.: A co masz powiedzieć? <śmiech>

 

Ł.M.: Tutaj nie było takich sytuacji, ale ewidentnie jest coś takiego, że do niektórych kawałków ma się większy sentyment i wydaje mi się, że niektóre są ważniejsze. Jak tak patrzę to od raz przypomina mi się ostatni koncert we Wrocławiu, gdzie zaśpiewałem utwór „Globalnie” z Waldemarem Kasta. Jest to człowiek, który początkował hip-hop we Wrocławiu i razem z Góralem rozkręcali ten temat w mieście. Pamiętam jak byłem na jego koncercie, a to była pierwsza klasa liceum, kiedy cały klub szalał, to wtedy poczułem całą tą energię muzyki miejskiej. Teraz miałem okazję z nim zagrać. Wrocław jest miastem mostów i my zbudowaliśmy ten kolejny most między muzyką r&b i hip-hopem we Wrocławiu.

 

A.K.: Ale żeś to powiedział, człowieku!

 

Ł.M.: Mamy nawet to stwierdzenie w utworze. To jest dla mnie ważny numer, który bardzo fajnie wypada na koncertach. Jednak dla mnie fajnym wyznacznikiem tego czy numer jest dobry, są koncert. I ten zdecydowanie rządzi.

 

A.K.: Poza tym jest to chyba spełnienie marzeń? Chyba każdy jest potrafi sobie wyobrazić, że jesteśmy gdzieś i słyszymy coś co nam się podoba, a później z tym samym artystą jesteśmy na scenie i robimy to z nim. A propos koncertów - podobno jest tak, że ty jesteś bardziej studyjnym artysta niż koncertowym. Wolisz siedzieć w studiu i sobie dłubać w tych swoich bitach niż wychodzić do ludzi? Prawda to czy fałsz?

 

Ł.M.: Tak było do czasu, kiedy nie skroiłem sobie bandu. To i tak stało się na potrzeby festiwalu Top Trendy. Poznałem naprawdę zdolnych chłopaków, którzy już swoje zagrali. Są młodzi, ale grali już z topowymi artystami i oni czują dokładnie to co ja - muzykę w ten sam sposób. Koncerty z bandem to jest zupełnie inna filozofia, inna energia. Ja uwielbiam grać koncerty z zespołem. Przyznam, że po premierze sigla kiedy jeszcze nie miałem zespołu był taki okres, że jeździliśmy z didżejem po klubach z półplaybackiem i z chórkami. Tak jak grają hip-hopowcy, klubowe granie, sound system.

 

Ale jeżeli mówisz, że jestem studyjny i wolę posiedzieć w domu to absolutnie.

 

Tworzenie z bandem aranży, zmienianie, robienie tak zwanych „kopów”, przejeść... To jest czad. Muza, która powstaje w pokoju, nie tylko z samplami, czasem dogrywamy gitarę. Kiedy do tych lupów dodamy jeszcze bębny... Oczywiście zostawiamy jakieś smaczki z tych lupów, żeby były charakterystyczne rzeczy z utworów. Ale kiedy dodamy do tego instrumenty, żywy bas, klawisz, bębny to po prostu jest wtedy ściana dźwięku i wtedy czuje się pełnowartościowym artystą. Wydaje mi się, że każdy artysta powinien pokazywać się na żywo w stu procentach. Ja nigdy nie grałem z playbacku i nigdy na pewno nie będę chciał tego robić. Ostatnio jedna z telewizji śniadaniowych, gdzie zawsze jest taki przykaz żeby śpiewać z playbacku, a przynajmniej z półplaybacku. Uparłem się tym razem, by pokazać, że potrafimy. Przeforsowałem utwór „Wait up”, który był pierwszym singlem tej płyty. Zagraliśmy go akustycznie. Po tym występie wszyscy byli w szoku i mówili: „Kurcze chłopie, weź nagraj taką płytę”.

 

A.K.: Niektórzy chyba nie zgadzają się na półplayback i grają akustycznie. Jak słyszę, że artysta tworzy dla siebie, to chyba tak do końca nie jest, bo jednak robi to się dla kogoś, dla ludzi. Muzyka to są emocje, a największe emocje są na koncercie. Po to się chodzi na koncerty żeby te emocje poczuć. Ty też często nagrywasz z innymi wykonawcami, i to bardzo różnymi. Nagrywasz swoje kawałki, ale masz bardzo duży rozrzut. Jest tam Tede, Afromental, artyści zagraniczni... Młody chłopak, który tworzy muzykę, robi to po to, by podeprzeć się tymi artystami czy dlatego, że fajnie się z nimi bawi, a może dlatego, bo ich lubi gdyż się znacie? Czy dlatego bo wymyśliliście sobie, że będzie to dobry chwyt marketingowy.

 

Ł.M.: Na pewno nie wynika to z tego, że robimy coś pod publikę. „Zróbmy tak, bo to mi podpompuje popularność”, ale odwrotnie, podpompuje temu artyście. Zawsze wynika to z tego, że się znamy, z tego że się szanujemy i z tego, że mamy fajne flow i dobry przelot między sobą. Rozumiemy się muzycznie, dobrze się bawimy, jesteśmy dobrymi kolegami. Przyciąga nas muzyczna energia. Tak było w przypadku Tedego, a także w przypadku Afromental. Każdy kawałek ma swoją historię. Z Tede nagrywałem wcześniej. Ja muzykę hip-hopową, chociaż raperem nie jestem...

 

A.K.: Nigdy nie mówiłeś, że jesteś jakoś specjalnie.

 

Ł.M.: Nie jestem, ale niekompetentne brukowce mnie tym raperem określiły. Nie potrafią zrozumieć, że jest taki gatunek, gdzie są bity podobne do hip-hopowych i się śpiewa do tego. Muszę tu zdementować i będę to dementował, gdyż niektórzy odbiorcy, gdy to przeczytają, mogą pomyśleć, że za takiego się uważam. Ale tak nie jest.

 

Wracając do Tedego, który jest raperem - nie jest artystą folkowym, nie jest artystą metalowym, jest raperem i to całkiem niezłym, którego znam od wielu, wielu lat muzycznie. Znam jego utwory i płyty. Poznaliśmy się gdzieś we Wrocławiu. Okazało się, że on kupił moja płytę, przesłuchał i skumał, że to co robię ma sens i nie jest to na tej zasadzie, że wytwórnia znalazła jakiegoś gościa, dała mu piosenkę, ulepiła go z plastelinki, powiedziała „Stań tutaj, zaśpiewaj i będzie fajnie”. Ja jestem gościem, który ma pasję. Robię to co lubię i nawet mi to wychodzi. Było tak, że Tede wysłał mi trzy bity, ja jeden sobie wybrałem, napisałem refren, który wysłałem mu na maila. Wcześniej spędziliśmy razem jedną imprezę, razem z całą ekipa, w jednym z wrocławskich klubów.

 

A.K.: Oczywiście muzycznych...

 

Ł.M.: Oczywiście muzycznych i oczywiście bardzo grzecznie jak zwykle. <śmiech> Potem przyjechałem do niego do Warszawy do studia i nagraliśmy to co mieliśmy nagrać. Generalnie Tede jest bardzo pozytywną osobą z usposobienia. Ma duży dystans i ja też mam dystans do życia. Ma poczucie humoru, a ja lubię współpracować z takimi ludźmi. Nagrałem to co miałem nagrać, ale potem usłyszałem jeszcze parę bitów i mówię „O kurde, chłopie, to jest to”. Nagrałem na spontanie kolejny numer. Ten spontaniczny kawałek stał się singlem. Nazywa się „Pali się dach”. Następnego dnia zadzwonił do mnie Tede i powiedział, że to jest mega i musimy zrobić z tego singla. W muzyce wiele fajnych rzeczy dzieje się przypadkowo. Jak obserwuję sobie to jak pracuję, to często wpadam na jakieś pomysły albo znajduję jakieś brzmienie, które ciągnie cały aranż spontanicznie. Muzyka zawsze może zaskakiwać i to jest fajne w komponowaniu i tworzeniu, że nie wiadomo co się wydarzy.

 

A.K.: I łatwiej chyba o tę spontaniczność, gdy jest kilka osób, które się rozumieją. Wtedy dużo łatwiej jest wpaść na ten przypadek cudowny, gdy nagle się okazuje, że powstaje coś niesamowitego, hit który zaskakuje nawet tych, którzy go stworzyli.

 

Ł.M.: Tak było dokładnie w przypadku utworu „Miliony monet”, który nie był jakimś zamierzonym działaniem. To nie było tak, że usiedliśmy i powiedzieliśmy „Dobra, dzisiaj jest dzień, w którym napiszemy hit, który podbije całą Polskę. Jest 15:30, zaczynamy!”. Nie. Było zupełnie spontanicznie. Spotkaliśmy się na koniec wakacji w 2008 roku. Ten kawałek czekał na swój moment.

 

A.K.: Musiał czekać na swój moment!

 

Ł.M.: Musiał dojrzeć jak drożdże. <śmiech> Rok posiedział sobie na dysku twardym. Jak przyszedłem tu dzisiaj do was, to właśnie przypomniałem sobie, kiedy nagrałem pierwszą wersję tego utworu. Tutaj na dole mój kolega miał studio, Tomek Magiera.

 

A.K.: Przecież go pamiętamy. Teraz we Wrocławiu mieszka.

 

Ł.M.: No właśnie, wrócił na stare śmieci.

 

A.K.: Bardzo fajny facet!

 

Ł.M.: Jest to człowiek, który naprawdę mi pomógł. Było kilka wersji demówek - jedna w domu, druga tutaj i dopiero grube kilka miesięcy później powstała wersja finalna. Tutaj właśnie to nagraliśmy.

 

A.K.: Czyli Radio Złote Przeboje ma swój wkład w „Miliony monet”. My się teraz zgłosimy w tej sprawie, to nie jest tak wiesz. <śmiech>

 

Ł.M.: Poza anteną się dogadamy, jest trochę tego. <śmiech> Na swojej drodze trzeba spotkać przychylnych ludzi, którzy uwierzą w to co robisz. On wiedział, że ja robię bity, kojarzył mnie z jakiś kooperacji różnych. Współpracowałem też z jego kolegą PMXsem, który pracował w jego studiu we Wrocławiu, był realizatorem. Właśnie u tego PMXsa w domu wymyśliliśmy tę piosenkę. Był to normalny dzień, kiedy szykujemy się do wyjścia na miasto we Wrocławiu, kolejny wieczór przepełniony przygodami.

 

A.K.: Wrocławskie przygody są słynne.

 

Ł.M.: Wrocławskie przygody są najlepsze.

Polecam wszystkim Wrocław. Za każdym razem podkreślam to, że gdziekolwiek bym nie był w Polsce, a trochę jeżdżę, to Wrocław jest jednak faworytem.

 

I to nie tylko dlatego, że jest to mój lokalny patriotyzm, ale też z obiektywnych względów. To miasto zawsze mnie zaskakuje, zmienia się na plus. Jest po prostu piękne.

 

A.K.: Jest w ogóle zagłębiem muzycznym. Strasznie dużo fajnych muzyków stamtąd pochodzi, a także takie małe grupki współpracujące ze sobą. Pamiętam, że Tomek Magiera często jeździł do Wrocławia, gdzie zasiadał w jury w jakimś konkursie. I jemu się chciało. Chciało mu się jechać taki kawał, żeby pomóc młodym i powiedzieć im, którą drogą powinni iść. Żeby chociaż zobaczyć co oni robią.

 

Ł.M.: Tomek się zna. Ma na swoim koncie kilka płyt, które nazywają się „Kodeks”. Wszyscy fani hip-hopu na pewno znają te pozycje. Wracając do Waldka Kasty. Tomek jest odpowiedzialny za sukces zespołu Kasta. To on robił podkłady. Kiedy był ten bum na hip-hop to oni byli czołówką. Tomek bardzo mi pomógł i to Tomek sparował mnie z Hirkiem Wroną. Tak to wszystko się potoczyło. Wszędzie jest tam ta iskra przypadku, iskra szczęścia. Kiedy robimy coś spontanicznie, z pasją... Ja miałem ciśnienie, by zrobić polską piosenkę klubową w stylu r&b i zawsze chciałem to zrobić.

 

A.K.: Taką na światowym poziomie?

 

Ł.M.: Tak, właśnie taką na światowym poziomie. By brzmiała nie polsko, ale żeby miała polski tekst. W tym przypadku akurat poszło nam łatwo, ale nie jest to prosta sprawa żeby tak dobrać słowa, by nie było to oczywiste, by nie było „Kocham cię kochanie i jesteś fajna. Baby na parkiecie, i like you very bardzo”. Dlatego musieliśmy znaleźć jakiś patent i ten patent znaleźliśmy. Chociaż ten utwór wzbudza kontrowersje. Wiadomo, ktoś może stwierdzić, że jest zbyt lajtowo. Nie do końca rozumieją ten przekaz, bo jest to kawałek z dystansem mimo wszystko. Nie traktujmy tego tak bardzo serio, bo w klubie sprawdza się. Jest zainspirowany moimi doświadczeniami, moimi przygodami we Wrocławiu. I to jest fajne, że się pojawiło.

 

A.K.: Myślę, że teraz wszystkie fanki będą w zupełnie inny sposób słuchały tej piosenki. <śmiech>

 

Ł.M.: Tekst można interpretować jak się chce. Ja mam swoją interpretację tej piosenki. Ona nie jest grzeczna, ale jest to tak zakamuflowane by było niedosłownie. Śpiewa tu dżentelmen, który jest pasjonatem muzyki.

 

A.K.: Muzyki, z podkreśleniem muzyki. Powiem ci, że troszeczkę mnie rozczarowałeś, bo myślałam, że powiesz mi przepis na hiciora. Że robi się tak i tak, bierze się takie i takie osoby, zaczyna się od takiego bitu. A każdy artysta, który tu przychodzi mówi, że nie wie jak to się dzieje. Że to przypadek, że akurat ta piosenka. Czasem są takie piosenki, których artyści nie podejrzewali, że to właśnie ta piosenka stanie się hitem. A tu nagle bum! Staje się.

 

Ł.M.: Tak było w tym przypadku. Chociaż jakby się bardzo uprzeć... Widziałem taki filmik na YouTube gdzie wokalista i gitarzysta grają sobie. Pokazują kilkadziesiąt przebojów, które są zrobione na jakimś podziale harmonicznym, na jakiś akordach. Czyli jakby się tak bardzo uprzeć to jest taki przepis, że trzeba wykorzystać właśnie te składniki. Ale może to być też zgubne. To co się robi trzeba robić z serduchem, mieć wenę, która to pociągnie. Ważny też jest tekst. W Polsce jeżeli chcemy zrobić kawałek po polsku, to musimy mieć bardzo dobry tekst.

 

A.K.: Polski nie jest łatwy do pisania takich tekstów.

 

Ł.M.: No nie jest. Jest „sz”, „czy”, „r” więc my musieliśmy unikać takich stwierdzeń, gdzie byłoby dużo takich zgłosek. „Miliony monet” to jest mięciutko.

 

A.K.: A wiesz, że przez ciebie dziś przez całe rano śpiewałam tę piosenkę?

 

Ł.M.: Bardzo mi miło.

 

A.K.: Wpada w ucho niesamowicie. Pamiętam, że były wakacje kiedy ze znajomymi śpiewaliśmy to przez cały czas. Aż mówiliśmy „Dobra, już dzisiaj tego nie śpiewamy!”. <śmiech> Ja na to mówię „przyklejka”. Jest to piosenka, którą jak raz się usłyszy to się przylepia do ucha. A czy ty planujesz sobie jakąś karierę? Czy robisz to co ci się przydarzy i nie zastanawiasz się nad tym co będzie dalej?

 

Ł.M.: Nie do końca wiem co masz na myśli w tym planowaniu... Niemniej na pewno planuję dalej nagrywać i wydawać kolejne płyty.

 

A.K.: Chodzi mi o to czy zaplanowałeś sobie na przykład, że do jakiegoś konkretnego roku musisz zdobyć jakiś konkretny poziom popularności, bo swoją piosenkę musisz umieścić na liście Billboardu czy coś takiego.

 

Ł.M.: Chyba nie mam takich założeń. Liczę bardziej na to, że gdy coś napiszę to samo się obroni albo się nie obroni. Tak było w przypadku mojego pierwszego singla. Nikt mnie nie znał, a piosenka sama się obroniła. Potem musiałem pokazać, że to ja śpiewam, bo ludzie mogą mnie kojarzyć „Miliony monet”, a nie Mrozu, ale pewnie taką etykietę będę miał jeszcze przez kolejnych kilka lat.

 

A.K.: Niestety będziesz musiał się z tym pogodzić. Takie są konsekwencje robienia hitów. Trzeba cierpieć. <śmiech>

 

Ł.M.: Ja też liczę się z tym, że będę zawsze kojarzony z tą piosenką.

 

Nie jest łatwo przeskoczyć taki przebój, który jest bardzo charakterystyczny na tle przebojów polskich, które wychodzą cyklicznie. Są to fajne piosenki, ale nie są na tyle charakterystyczne, żeby były kojarzone przez lata. Wydaje mi się, że ten kawałek się obroni.

 

Wszedł na tyle w świadomość polską, czego się nie spodziewałem, że jest to hasło, które żyje własnym życiem, jakiś wygłup, można sobie zażartować. Można wykorzystać tę piosenkę w różny sposób i ona dzięki temu będzie żyła jeszcze troszeczkę. A ja w międzyczasie będę komponował i kooperował z innymi artystami. Takie jest moje założenie, że będę jechał dwutorowo, powolutku robił trzecią płytę na którą już powolutku mam patent. Zawsze trzeba mieć taki punkt wyjścia, punkt zaczepienia jak rozpocząć kolejne dzieło. A z drugiej strony będę robił też muzykę dla innych artystów. Tego trochę mi brakuje.

 

A.K.: Jesteś też producentem.

 

Ł.M.: Tak i tego mi brakuje. Jeżdżę teraz, koncertuję, przygotowuję płytę i nie mam czasu poza tym, że robie dla siebie, robić też dla innych na taka skalę jak wcześniej. Wcześniej miałem tylko jedno zajęcie czyli studia. Siedziałem w domu i codziennie powstawało coś nowego. Gdy przychodził ktoś do mnie i pytał czy mogę mu coś pokazać ja miałem listę tak dziesięciu podkładów i każdemu mogłem coś zaproponować. Potem niestety dysk twardy mi się przewrócił podczas pracy. Od tamtego czasu robię „waitup'y” i modę się częściej. <śmiech> Trochę brakuje mi tego, bym mógł siedzieć częściej w studiu i pracować. Chociaż teraz pracuję na własne konto. Wcześniej było tak, że robiłem muzykę, ale nie miałem z tego takiej satysfakcji. Zrobiłem coś, ale do końca nikt nie wiedział kto to zrobił. Potem jak wystrzeliłem, to ludzie nie mogli uwierzyć, że ten koleś robi taką nutę. Od razu to wzbudzało szacunek.

 

A.K.: To wykorzystaj to, że jesteś w radiu. Co takiego zrobiłeś, co nikt by się nie spodziewał, że to Mrozu?

 

Ł.M.: To jest raczej ten świat hip-hopowy. Nie wiem czy to jest muzyka słuchaczy Radia Złote Przeboje.

 

A.K.: Jesteśmy tutaj wszyscy po to, by się czegoś nauczyć, niczym się nie krępuj.

 

Ł.M.: Jest to zespół, który rozpoczynał hip-hop w Polsce - Molesta Ewenement. Pamiętam go jeszcze z kaset.

 

A.K.: Ja też go pamiętam z kaset.

 

Ł.M.: Jak byłem jeszcze nastolatkiem, to wtedy był szał. Hip-hop wchodził wtedy na Polski rynek. Udało mi się zrobić podkład, który stał się singlem ich płyty z zeszłego roku. Do tej piosenki zarapowali chłopaki ze składu Molesta oraz zaśpiewał Miodu z zespołu Jamal, a także Grizli z zespoły East West Rockers. Przyczyniłem się do fuzji polskiego świata reggae i polskiego świata rapu.

 

A.K.: Czyli Mrozu macał w tym swoje muzyczne paluchy. Zapamiętajcie!

 

Ł.M.: Dokładnie tak. Jest to bit zupełnie inny od tych, do których ja śpiewam, jest samplowany. Wszystko co robię jednak zgrywam i staram się robić to na instrumentach wirtualnych czy na moich syntezatorach, czy dogrywam sobie gitarki. Tam był to bit, który był robiony typowo po hip-hopowemu czyli sampel. Dogrywałem tam też chyba jakieś pianino. Jestem z tego bardzo zadowolony. Wracając do zespołu East West Rockers to chłopaki wzięli ode mnie bit, który stał się singlem ich drugiej płyty. Ten kawałek nazywa się „Łap oddech” i jest to tak zwany „burger klubowy”. Coś czego jeszcze nie było i takie też było moje założenie, by robić rzeczy, których nie ma, a wtedy one zwracają bardziej na siebie uwagę. Dzięki temu kawałkowi chłopaki mogli pojawić się znowu na Vivie, zwrócić na siebie uwagę. Ten utwór na YouTube ma już na pewno ponad milion odtworzeń.

 

A.K.: Fajne jest teraz to określenie, że jak coś jest popularne to trzeba powiedzieć ile ma odtworzeń na YouTube.

 

Ł.M.: Jest to kolejna rzecz, która sprawiła, że napisałem piosenkę „Ctrl, Alt, Delete”. Wyznacznik popularności to są odtworzenia na YouTube. Tak to teraz wygląda. Tak sobie myślałem, że będę bardzo usatysfakcjonowany, kiedy „Miliony monet” będą miały co najmniej milion odtworzeń. Wtedy będzie to znaczyło, że są popularne. A one mają już trzy i pół miliona. Tyle ma odsłuch czyli gdy piosenka weszła bez teledysku. Dwa i pół miliona ma sam teledysk.

 

A.K.: I one dalej żyją. Jak piosenka żyje po roku czasu to znaczy, że jeszcze trochę pożyje.

 

Ł.M.: Daje to nam pięć milionów, a tego bym się naprawdę nie spodziewał! Gdybym zsumował te wszystkie piosenki, w których brałem udział daje nam już parę milionów oglądalności, z czego jestem bardzo zadowolony. Trochę egzystowałem w tym świecie reggae. Nie wiem co ja widzę w tej Jamajce. Pewnie tą plażę i palmy. <śmiech>

 

A.K.: Na pewno chodzi o plaże i bezalkoholowe drinki z parasolką, bo o cóż innego może chodzić?

 

Ł.M.: Te dziewczyny tańczące dancehall imponują mi.

 

A.K.: Chodzi ci o technikę tańca?

 

Ł.M.: Tak. Bardzo fajny, sympatyczny taniec. Szczególnie jak zobaczą go mężczyźni... Działa na wyobraźnię i można się zastanowić o co chodzi tej dziewczynie. W tej muzyce egzystowałem - Jamal, East West Rockers, Natural Dread Killaz, Junior Sterss, Bob One. Wszyscy fani reggae w Polsce znają tych artystów, a ja miałem okazję z nimi współpracować. Zrobiłem z nimi fajne rzeczy, które miałem okazję usłyszeć w klubach przypadkiem. Piję sobie piwko przy barze i nagle leci ich kawałek, a ja mówię: „Kurde, to chyba mój bit”. Jest dobrze.

 

A.K.: To jest chyba naprawdę fajne uczucie, gdy wchodzisz do klubu i słyszysz swój kawałek.

 

Ł.M.: To daje satysfakcję i sprawia, że chce się to robić dalej, że warto i że się udaje. Jest to ta sfera reggaeowa. W hip-hopie miałem kilka kwiczoringów. Nagle nagrałem z Peją, nagrałem z Tede i znalazłem się między młotem a kowadłem. Potem oni mieli swój beef, zaczęli się żreć. Gdzieś tam zostałem w to trochę wkręcony.

 

A.K.: Niechcący opowiedziałeś się po jednej ze stron.

 

Ł.M.: To ze względu na to, że byłem w Warszawie i często siedziałem z Tede w studio. Między innymi dlatego potem nagrywaliśmy razem, też na płytę „Glam Rap”, bo dobrze się dogadujemy. Czuję jego podejście do życia, jego postawę i to jest spoko. Peję też bardzo szanuję. Słuchałem jego nagrań wcześniej. Miałem też okazję zagrać na koncercie, który promował płytę, na której się znalazłem. Zobaczyłem jak on porywa tłumy. Każdy z nich ma sowich fanów i jeżeli przez lata potrafią utrzymać i sprzedawać płyty to jest to sukces.

 

A.K.: Zwłaszcza w tej niszy muzycznej, w której oni siedzą.

 

Ł.M.: I to, że hip-hop zniknął z mediów to zupełnie nic nie znaczy. Hip-hop istnieje. Rządzi w internecie, rządzi na koncertach, na słuchawkach, płyty się sprzedają. Fani nie odeszli więc ta muzyka ma się całkiem dobrze.

 

A.K.: Odklej sobie naklejki r&b i pop, poprzyklejaj sobie inne, bo chyba jeszcze tylko muzyka klasyczna ci została, by w niej trochę zamieszać. Masz takie marzenie, żeby z jakimś artystą zrobić projekt? Nie musi być to polski artysta.

 

Ł.M.: Ja podziwiam takiego artystę jak Farrell Williams. Jest to człowiek, który dokonał pewnej rewolucji na rynku muzycznym. Zmienił hip-hop, pop, r&b. Do każdej muzyki dodał coś swojego. Widzę ewidentnie, ze inspirował się Michaelem, Reyem Charlesem, klasykami, geniuszami tamtych lat z tego gatunku. Jest to człowiek, który zawsze ma swoje oryginalne, nowatorskie podejście do muzyki. Ostatnio przesłuchałem najnowszą płytę Nerdów i jest tam kilka takich perełek - widać nową jakość, nową świeżość. On nagrywał z najlepszymi graczami sceny hip-hopowej. Współpracował też z Madonną. Z nim naprawdę chciałbym coś zrobić, bo też lubię sobie pokombinować w tę stronę bardziej brudną i bardziej freakową.

 

Klimaty Missy Elliot bardzo mi się podobają. Te jej teledyski nie za grzeczne i, nie bójmy się użyć tego słowa, porąbane rzeczy. Nagle znajduje się gdzieś między strachami na wróble czy unosi się, bo jest w kosmosie. Jeszcze ma takie patenty, że w połowie kawałka w teledysku wchodzi inny utwór, taki break down, wchodzi coś innego. Lubie takich freaków. To mi się bardzo podoba. To jest ta Missy Elliot z czasów, kiedy Timberland nie był znany z tego, że robi „Eee”. Bardzo mnie bolało, kiedy ktoś zapytany o to, kto to jest Timbaland mówił „To ten co w One Republic robi takie ”.

 

To jest problem Polaków, że nie do końca orientują się w tych gatunkach. Kiedy ja wychodzę z taką muzą, a ktoś nie jest osłuchany, to nie ma odniesienia. Nie rozumie podejścia do muzyki i do tekstów.

 

Kiedy stosuję jakieś stwierdzenia, to w Polsce może to kojarzyć się raczej z naszą muzyką folkową, ale w Stanach jest to zupełnie inaczej. Inaczej mentalnie. Analizowałem jak to wygląda w Ameryce i nie da się robić dokładnie tak jak oni. To co jest dobre w naszym kraju to to, że Polska stawia na teksty. Muszą być ambitne.

 

A.K.: Czy polskie piosenki muszą być po polsku?

 

Ł.M.: Jeżeli ktoś potrafi dobrze śpiewać po polsku, tak jak zespół Afromental, to dobrze to wychodzi. Jednak moc piosenki jest większa w Polsce kiedy ma polski tekst. Działa to bardziej na emocje, a przekaz jest wyraźniejszy. Ile jest piosenek w radio, które śpiewane są po angielsku i kompletnie nie kumamy o co w nich chodzi. Mogą lecieć tam niesamowite bzdury, a to się podoba i śpiewamy to. Tak na przykładzie Ushera, który miał utwór klubowy pod tytułem „Yeah”. Jest to kawałek, który ma w refrenie „Tak, tak, tak... Tak, tak, tak”. Słychać różnicę. Pisząc „Miliony monet” i generalnie robiąc r&b nie można dosłownie przekładać, albo inspirować się takimi tekstami, bo wyszłoby coś głupiego. My mamy coś takiego w Polsce i to się nazywa disco polo.

 

W Stanach disco polo robi się na innym poziomie, bo jednak tekstowo zahacza to o to co u nas się wydarzyło. Tylko u nich robi się to z mega jakością. Tam jest mega wokalista, super produkcja, świetne linie i harmonicznie przypomina to „soul”.

 

A.K.: Chcesz mi powiedzieć, że tam nawet disco polo jest lepsze?

 

Ł.M.: Nie no, takiego disco polo jak my to nikt nie ma. To docenili nawet Azjaci. Jeżeli ktoś nie wie to zespół Bayer Full robi karierę w Chinach.

 

A.K.: I już sprzedali tyle płyt co Michael Jackson. Może trochę mniej, ale ilości są porównywalne.

 

Ł.M.: I to „Majteczki w kropeczki”. Teraz do tego pwenie dojdzie kolejny dział, zrobiliby jakąś dzianinkę do płyty „Majteczki w kropeczki”. Wydaje mi się, że oni mają już spokój do końca życia, ich dzieci i wnuki.

 

A.K.: Spokojnym duchem zdaje się nie jesteś. Podkreślmy to jeszcze raz - jesteś artystą, który tworzy swoją muzykę od początku do końca. Tworzysz muzykę, aranże i teksty. Nie jesteś takim artystą, który śpiewa coś, bo managerowie stwierdzili, że fajnie byłoby ściągnąć jakiś zagraniczny kawałek, przerobić i będzie hit, tylko robisz wszystko swoje.

 

Ł.M.: Otóż to. Muszę tu podkreślić, że bardzo ważna jest rola realizatora miksu czyli gościa, który siedzi za gałkami i miksuje płytę. Nie da się już wszystkiego robić samemu. Tak samo jak jest w przypadku Timbalanda czy Farrella. Oni robią pomysły, przynoszą dźwięki, ale jest ten inżynier dźwięku - człowiek, który zajmuje się tylko i wyłącznie tym od początku do końca. To oni kręcą i to oni mają te magiczne urządzenia przez które przepuszczają dźwięk. One ocieplają, kompresują, dodają pogłosów. To kosztuje grubą kasę, by uzbierać na takie studio, które satysfakcjonowałoby muzyka. Naprawdę trzeba by zagrać kilka razy w Totka i trafić.

 

A.K.: Życzę ci w takim razie żebyś zagrał kilka razy w Totka i trafił. Albo nie. Traf za pierwszym razem! Mam dziś gest. Nie wiem czy zauważyłeś, że twoje marzenia tak się trochę spełniają w życiu. Spodobała mi się ta historia, że najpierw usłyszałeś w klubie faceta i spodobało ci się to co gra, a później zrobiłeś z nim piosenkę. Powiedziałeś nam o swoich muzycznych marzeniach. Nie wydaje ci się, że one też się spełnią? Taki ciąg. I tego ci życzę.

 

Ł.M.: Byłoby bardzo fanie. Warto konsekwentnie robić to co się kocha i rozwijać się. Nie można stać w miejscu, spocząć na laurach. Ja cały czas kombinuję, inwestuję w instrumenty, doszukuję się jakiś nowych patentów.

 

Dlatego lubię sobie manewrować i lawirować między stylami, bo każdy styl może czegoś nauczyć. W każdym stylu stosuje się inne zabiegi czy to produkcyjne czy to harmoniczne.

 

Kiedy uczymy się muzyki słuchając jej, ja już mam troszeczkę takie zboczenie zawodowe jak słucham jakieś piosenki, to nie tylko pod kontem czy mi się podoba, ale też co zostało tam wykorzystane i jak ujęte. Mówi się, że w muzyce było już wszystko, jednak zawsze możemy zrobić nowe brzmienie, nową jakość i można kombinować pod to, by słuchaczom się spodobało i by przykuwało ucho.

 

A.K.: Efekty tych kombinacji na płycie Mroza „Vabank”. Płyta pojawiła się w tym roku w październiku. Pojawiła się też w Radiu Złote Przeboje dla naszych słuchaczy. Bardzo ci dziękuję za wizytę w Radiu Złote Przeboje. Życzę powodzenia i mam nadzieje, że następnym razem przyjdziesz jako gwiazda, o którą będę musiała bardzo prosić, by zechciała do mnie przyjść, a ty mi powiesz „Ty, pamiętam cię”. <śmiech>

 

Ł.M.: Z przyjemnością wrócę i sympatycznie sobie z tobą porozmawiam po raz kolejny.

 

A.K.: Wszystkiego dobrego.

 

Ł.M.: Pozdrawiam.

Więcej o:

SŁUCHAJ ZŁOTYCH PRZEBOJÓW!