Chwila na-Gości: Gabriel Fleszar

14.04.2011 16:00
Gabriel Fleszar, Facebook

Gabriel Fleszar, Facebook

Gabriel Fleszar w rozmowie z Agnieszką Kasprzyk dla Radia Złote Przeboje. Posłuchaj!

 

 

 

Agnieszka Kasprzyk: Dzisiaj moim gościem jest Gabriel Fleszar. Dzień Dobry.



Gabriel Fleszar: Dzień Dobry.



A.G.: "Kroplą deszczu" – ta piosenka to twoje przekleństwo, czy zbawienie?



G.F.: Mówią, że każdy kij ma dwa końce, niektóre mają nawet trzy, dlatego znalazłbym jakieś trzecie określenie. Można powiedzieć, że to przekleństwo, można również, że zbawienie, ale wolałbym poszukać złotego środka. Z jednej strony jestem kojarzony tylko z tą piosenką, aczkolwiek miałem jeszcze kilka bardziej znanych kompozycji na antenie ogólnopolskiej. Z drugiej strony wielu wykonawców marzy chociaż o jednej takiej piosence, z którą są kojarzeni i która będzie grana dziesięć lat od premiery, bo już w sumie minęło 11 lat od debiutu "Kropli deszczu". Myślę, że nie mam na co narzekać tak naprawdę – ciągle czuję się młodym człowiekiem, mam 31 lat i po tej bliższej przygodzie z show-biznesem parę lat temu, ciągle mam wrażenie jakbym był na początku mojej drogi. Ciągle jakoś tam jestem kojarzony, to pomaga mi funkcjonować i grać koncerty jako Gabriel Fleszar – ciągle jestem gdzieś zapraszany. Nie, nie narzekam i nie powiedziałbym, że ta piosenka jest dla mnie przekleństwem.



A.G.: Jak wyglądał sam początek twojej kariery? Nazywasz się Gabriel Amadeusz Fleszar – twoi rodzice byli muzycznie ukierunkowani?



G.F.: Amadeusz miał być moim pierwszym imieniem, rzeczywiście był to pomysł taty, który kończył szkołę muzyczną drugiego stopnia w klasie skrzypiec, od dawna porzuconych na rzecz fortepianu, który zawsze był w domu i do teraz tam stoi. Kiedy bywam w domu rodzinnym, bardzo chętnie do niego zasiadam, gdyż taka klawiatura to nie to samo, co
instrument klawiszowy. Ostatnimi czasy w domu bywam coraz częściej niż w ciągu paru ostatnich lat. Otworzyłem pewien nowy rozdział w moim życiu muzyka. Skomponowałem muzykę do spektaklu teatralnego, który był zrobiony przez legnicki teatr i miał premierę w styczniu tego roku w Legnicy. Do tej pory zagraliśmy ok. 27 spektakli. Samo przedstawienie jest bardzo duże, bo występuje w nim 19 osób. Nazywa się "Praca pospolita, czyli tacy sami.". Można tam usłyszeć moją muzykę oraz śpiew. Podczas przedstawienia gram na żywo, czasami tylko i wyłącznie na gitarze, czasami miksując to z tym, co nagrałem wcześniej.



A.G.: Jesteś od dosyć dawna związany z lednicką sceną. Chyba równocześnie z profesjonalnym muzykowaniem rozpoczęło się zainteresowanie teatrem?



G.F.: Tak, w tej chwili bardzo się cieszę, że ten kontakt został ponownie nawiązany. Z drugiej strony jest to dla mnie wspaniały pretekst, by częściej bywać w Lednicy, bo do tej pory mogłem tam być góra 4-5 razy w roku. W tej chwili gramy te spektakle co miesiąc, więc jestem często.



A.G.: Jako dziecko grałeś na fortepianie, a chodziłeś do szkoły muzycznej?



G.F.: Szkołę muzyczną liznąłem tylko przez jeden rok na kontrabasie. Poszedłem tam tylko dlatego, gdyż uczęszczałem na zajęcia chóru muzycznego w państwowym liceum muzycznym. Chodziłem tam, nie będąc uczniem liceum muzycznego. Moi znajomi z zespołu byli uczniami tej szkoły, a ja lubiłem słyszeć na żywo współbrzmienie wielu głosów, dlatego chodziłem na takie zajęcia. Po roku uczęszczania i koncertowania z tym chórem, dyrygent zaproponował mi pójście do szkoły muzycznej. Miałem wtedy 17 lat, a kontrabas był jedynym instrumentem, na który można było w tym wieku pójść. Byłem wtedy świeżo po wakacjach, na których widziałem w sopockiej Operze Leśnej w knajpce pod scenką podczas festiwalu, pana, który przygrywał sobie na kontrabasie i do tego śpiewał. Bardzo fajnie mu to wychodziło, więc pomyślałem, że mógłbym połączyć jedno z drugim i robić coś podobnego, co on.

Po wielu, wielu latach poznałem tego człowieka. Opowiadałem mu tę historię, nie wiedząc, że on jest tym muzykiem. Ten pan dalej się tym trudni – śpiewa stare przeboje, występuje na różnego typu eventach. Poznałem go i on mówi: "Słuchaj, to byłem ja.". To był bardzo fajny moment.



A.G.: Często zdarza się w tej audycji, że opowiadają mi muzycy, jak to kiedyś ktoś ich zainspirował do tego, aby zacząć grać lub usłyszeli kogoś w klubie, myśląc: "Kurcze, chciałbym kiedyś tak, jak on...". Okazywało się, że później w swojej karierze gdzieś spotykali tę osobę, której rzeczywiście tak, jak ty, czasami nie pamiętali, tylko zrobiła na nich potężne wrażenie. Nie byłeś dzieckiem, które było zmuszane do muzyki, bo kontrabas to twój wybór.



G.F.: Tak. To był dosyć późny wybór. W wieku dwunastu lat poprosiłem rodziców o gitarę akustyczną, jako prezent urodzinowy i wtedy wsiąknąłem już na dobre.



A.G.: Miałeś też różnorakie zespoły – Freeport, Veto. To było tak, że chłopaki z liceum skrzyknęli się, że podbiją świat – jak to wyglądało?


G.F.: Veto tworzyli uczniowie liceum muzycznego, oprócz mnie – samouka. Posiadaliśmy dosyć szerokie instrumentarium – była trąbka, wiolonczela, dwie gitary elektryczne, instrumenty klawiszowe. Był to zespół pop-rockowy. Mieliśmy bardzo dobrą wokalistkę, która zresztą później dostała wyróżnienie w Szansie na sukces w pierwszym programie z Czesławem Niemenem, śpiewając "Dziwny jest ten świat". Marta Smuk, która poszła w ślady siostry i trafiła do teatru muzycznego w Gdyni, później wiem, że występowała w warszawskiej Romie. W tej chwili nie wiem, co się z nią dzieje – pozdrawiam Martę serdecznie. Bardzo miło wspominam te czasy, kiedy graliśmy w Veto. Freeport było kapelą z zupełnie innej bajki, grająca muzykę alternatywną. Tam grałem na klawiszach. Z Freeportem wygraliśmy festiwal muzyki gotyckiej Castle Party w Grodźcu w 1996 roku. Była to ostatnia edycja tego festiwalu w Grodźcu. Rok później, w Bolkowie, występowaliśmy już jako laureaci poprzedniej edycji.



A.G.: Jak to się stało, że nagrałeś swoją pierwszą płytę?



G.F.: Od piętnastego roku życia grałem i śpiewałem na ulicy, co robię do tej pory, co prawda już bardziej okazjonalnie.



A.G.: Tzn. przysiadasz sobie pod pomnikiem z gitarą i masz karteczkę: 'zbieram na bułki'?



G.F.: Karteczki nigdy nie mam, ponieważ sam otwarty futerał jest jednoznaczny i mówi: jeżeli ci się podoba, to możesz rzucić. Wybieram miejsca, które mają dobrą akustykę, ponieważ sprawia mi  satysfakcję, gdy słyszę, że dobrze brzmi to, co wykonuję. Zazwyczaj są to przejścia podziemne albo miejsca, które mają fajną akustykę. Nie przypadkowe, nie przy ulicy.



A.G.: Kiedy ostatni raz tak grałeś?



G.F.: W zeszłym roku albo w tym roku udało mi się zagrać. Co roku bywam w Kołobrzegu i zawszę przez parę lat taką tradycję kultywowałem. Nie jestem pewien, czy w tym roku grałem na ulicy. Na pewno grałem w zeszłym roku, bo pamiętam. Było to podczas wakacji, poza granicami Polski.

Szczerze mówiąc, gdy mówię sobie: "O kurcze, w tym roku nie grałem na ulicy.", zastanawiam się, czy na przykład się nie starzeję. (śmiech) Powinno mi się chcieć, bo bardzo to lubię – to jest jak narkotyk i daje niezapomniane wrażenia.



A.G.: Ludzie na ulicy rozpoznają cię jako Gabriela Fleszara?


G.F.: Zdarza się, chociaż moje dłuższe w tym momencie włosy ukrywają mnie w pewnym stopniu, aczkolwiek niektórzy kojarzą twarz tak dobrze, że nawet po tylu latach mówią, że nie zmieniłem się tak bardzo. Nie wykonuję nigdy tych piosenek, z których jestem znany. Wykonuję covery, piosenki innych wykonawców, ponieważ gdy tam staję, chcę być traktowany jak każdy muzyk uliczny, a nie jak ktoś znany. Gdy miałem 15 lat to zagrałem pierwszy raz, czasami dzień w dzień po 7-8 godzin, to była bardzo dobra szkoła wokalna. Ludzie mówili – nie marnuj się, zrób coś z tym, idź gdzieś dalej. Spróbowałem swojej szansy w Szansie na sukces. Powiedzieli mi, że mam się przygotować z repertuaru zespołu "Piersi". Przygotowałem się z tego, co byłem w stanie, aczkolwiek Piersi nigdy nie był moim ulubionym zespołem, jeżeli chodzi o muzykę – bardziej ma dla mnie wymiar kabaretowy. Natomiast nikt się do mnie nie odezwał i dokładnie rok później po tych eliminacjach do Szansy pojawiły się ogłoszenia w polskich mediach, szczególnie w Rowerze Błażeja, ówczesnym programie młodzieżowym, że firma fonograficzna organizuje przesłuchania – przyjedź, zaśpiewaj i wygraj. Tak się stało. Im byłem dalej, tym bardziej się dziwiłem, że ciągle przechodzę z etapu na etap, gdyż w przesłuchaniach wzięło udział ok. 300 chłopaków. Szukano wokalisty,  ponieważ uznano, że jest mnóstwo śpiewających pań, a poza Piaskiem, praktycznie nie ma żadnego innego wokalisty. Firma fonograficzna z premedytacją szukała chłopaka. Dałem się znaleźć, w wyniku czego podpisałem wieloletni kontrakt i nagrałem te trzy płyty, które mam do tej pory na koncie.



A.G.: Na ile te płyty były pomysłem wytwórni, a na ile mogłeś tam przemycić swoje koncepty? Czy też  w ogóle to były twoje pomysły, od początku do końca? Byłeś strasznie młodym chłopakiem, którego można było wykorzystać, coś mu wmówić. Jesteś dziś zadowolony z tego wszystkiego?



G.F.: Mimo młodego wieku, wydaje mi się, że byłem poprzez swoje doświadczenia bardziej ukształtowaną jednostką niż powinienem być, niż przeciętny dwudziestolatek. Nie musiałem specjalniej do niczego się naginać, na pewno miałem wpływ na to, co się pojawiło na moich płytach. Natomiast wiedziałem też w jaki wchodzę układ – układ był jasny i mówił, że na każdej mojej płycie mogę mieć dwie autorskie piosenki. Na jednej płycie miałem nawet troszeczkę więcej, co było wyrazem dobrej woli ze strony tych ludzi, którzy o tym decydowali. O tym, jak ta muzyka się prezentowała, to że była gitarowa – to już był mój wpływ, bardzo do tego dążyłem, bardzo na to naciskałem. Nie chciałem żeby to była muzyka popowa, tylko żeby miała bardziej zabarwienie gitarowe.

Powiem szczerze, że gdyby nie to, to piosenka "Kroplą deszczu" miałaby zupełnie inną postać. Nie byłaby to piosenka zagrana gitarowo. Tę piosenkę śpiewało 20 facetów już na etapie przesłuchań, aczkolwiek była w zupełnie innej aranżacji – brzmiała zupełnie inaczej. Cieszę się, że taki młodziaszek jak ja miał nosa, jak coś podać, żeby się podobało.



A.G.: Te płyty pokazywały, że ty też się zmieniałeś – pierwsza była bardziej popowa, ostatnia  to kroczki bardziej w kierunku rocka.



G.F.: Zdecydowanie trzecia była najbardziej rockowa. Wg. mnie była to moja najlepsza płyta, z najbardziej dojrzałymi kompozycjami i tekstami, natomiast jej potencjał komercyjny nie został wykorzystany. Być może stało się tak dlatego, ponieważ ja nie do końca miałem wpływ na to, kto i w jakim stopniu mnie promuje. Na pierwszego singla została wybrana piosenka "Kto panem - kto sługą", która została uznana przez wszystkich jako dobry wstępniak do promocji płyty. Wszyscy jednak też zdawali sobie sprawę, że nie jest to piosenka taka, jak "Kroplą deszczu", która sprawi, że ludzie pójdą i kupią dzięki niej płytę. Poza tym wstępem, istniał jeszcze program "Przeboje jedynki", w którym za pierwszym razem zająłem 3. miejsce, przeszedłem do następnego miesiąca i wtedy zajęliśmy 1. miejsce. Te początki były fajne, obiecujące, natomiast okazało się, że nic za tym nie poszło. Nie było żadnego następnego singla, który byłby skierowany do promocji, mimo że potencjalne single na tej płycie były. W sumie, jeżeli miałbym zaprezentować się komuś muzycznie z tamtych lat, to wybierałbym większość piosenek jednak z trzeciej płyty. Czy tego żałuję, czy nie – nie wiem, szczerze mówiąc. Rzeczywiście wg. mnie nie mam na co narzekać – jestem w gronie niewielkiej grupy artystów, którzy nie muszą robić nic innego poza muzyką, żeby się utrzymywać.



A.G.: Czy z tej muzyki da się żyć, nie robiąc skandali?



G.F.: Jak widać, tak. Otworzyłem ten nowy rozdział z muzyką teatralną.  Wcześniej generalnie też coś robiłem – pisałem muzykę na zlecenie, grałem swoje koncerty. Oprócz koncertów, mam jeszcze projekt akustyczny, który jest projektem pubowym – granie typowo klubowe, gdzie razem z drugim gitarzystą, wykorzystując efekty gitarowe, staramy się czarować publiczność. Za punkt wyjścia bierzemy piosenki innych wykonawców, covery, robiąc to, co nam się żywnie podoba. Niektóre wersje piosenek, które ludzie znają, są kojarzone tylko po tekście, ponieważ melodia, harmonia, wszystko inne jest zmienione. Potrafimy z krótkiego numeru zrobić 15-20 minutowy utwór. Możemy zagrać, co nam się żywnie podoba, możemy się powygłupiać, możemy się pośmiać.



A.G.: Wchodzicie w interakcje z publicznością wtedy, bo to muszą być mniejsze koncerty, dla bywalców.



G.F.: Jak najbardziej trzeba w te interakcje wchodzić. Co prawda, Kostek, z którym gram, bardzo zdolny gitarzysta, jest w tym lepszy. Ja ciągle staram się od niego uczyć, nie mniej takie granie również ma wzięcie i cieszy się powodzeniem. Udzielam się na wielu polach, aczkolwiek myślę sobie, że mógłbym robić więcej, bo ciężko samego siebie zmobilizować. Potencjał, który posiadam, mógłby być wykorzystywany pełniej, ale jest to bardziej problem
personalny, nie mówimy o jakiś mechanizmach rynkowych – człowiek jest leniwy z natury i lubi sobie poleżeć do góry brzuchem. (śmiech)



A.G.: Jesteś osobą, która gra dopiero, gdy musi?



G.F.: Nie, nie - grać uwielbiam. W momencie, gdy mam jakąś dłuższą przerwę, to bardzo za tym tęsknię. Generalnie, staram się to robić w domu. Cały czas coś powstaje, coś jest komponowane – spotykam się na próbach. Moje zajęcia muzyczne, o których powiedziałem, są tymi zajęciami, z którymi wyszedłem do słuchaczy, natomiast jest jeszcze parę projektów, które dopiero się szykują.



A.G.: Muzycy zawsze coś sobie kombinują na boku, ale mówią o tym dopiero, gdy wiedzą, że coś z tego będzie.



G.F.: Dokładnie, takich projektów jest wiele – zobaczymy co z tego będzie. Jest też piosenka, dzięki której się dzisiaj spotykamy. Piosenka, którą nagrałem z legnickim zespołem KTO TO. Zespół istnieje od wielu lat – pamiętam, że w czasach młodości bywałem na ich koncertach. Zapamiętałem ich świetną piosenkę – "Malinowe autobusy". Okazało się, że w Legnicy, w przyszłym roku, będą organizowane międzynarodowe zawody w łucznictwie. Organizatorzy zawodów skierowali się do KTO TO, by skomponowali piosenkę na tę mistrzostwa. Zespół zaprosił mnie do zaśpiewania kompozycji, nad którą wspólnie pracowaliśmy. Piosenka jest od dawna gotowa. Prawdopodobnie zespół wyśle ją na Eurowizję.



A.G.: Będziesz śpiewał na Eurowizji?



G.F.: Nie wiem, czy się dostaniemy. Nie ma to dla mnie aż tak dużego znaczenia, natomiast myślę, że będziemy wykorzystywali wszelkie możliwości, by przypomnieć się, zaprezentować się ludziom. Piosenka jest na tyle uniwersalna, że może być odczytywana zupełnie bez kontekstu tych mistrzostw.



A.G.: W Legnicy podobno jest tradycja, w myśl której muzycy zbierają się na jam session, nawet nie umawiając się wcześniej. Rzeczywiście istnieje taki zwyczaj? Bierzesz udział w takich spotkaniach?



G.F.: Powiem tak – my staramy się umawiać. (śmiech) Są oczywiście knajpy, gdzie wiadomo, że w danym dniu jest ten jam i przychodzą naprawdę zdolni ludzie. Bywało, że sam byłem w szoku a propos tego, co sam  z siebie mogę dać w porozumieniu z innymi muzykami.

Moje towarzystwo, moja paczka, troszeczkę rozjechała się po świecie. W głównej mierze są to teraz tzw. Londyńczycy. Kiedy wracają do Legnicy, głównie na Boże Narodzenie i sylwestra, w tej luce pomiędzy świętami organizujemy sobie takie jamy, które czasami mają w sobie taką moc i potęgę, że mówimy sobie: "Musimy się zjechać w przyszłe wakacje, co najmniej na tydzień, dwa tygodnie i musimy nagrać jakiś materiał. Musimy to zrobić, bo to świetne!".

Nie wiem jak jest w innych miastach na Dolnym Śląsku, my w Legnicy mamy taką tradycję i bardzo to lubimy. Grając swoje koncerty, jako Gabriel Fleszar, 50% tego, co gramy jest improwizacją. Grając trzy setny koncert trzeba coś robić, żeby to się nie nudziło, żeby nie było rutyną. Fajnie jest móc potem powiedzieć – słuchajcie, tę piosenkę przez ostatnie 50 razy graliśmy inaczej. Nie można się bać, nawet jeżeli zdarzy się w tej improwizacji jakaś wpadka, to jest to cena tego - naturalne, że tak może być. Ludzie widzą, że nie jest to dźwięk puszczany z komputera, ale żywa muzyka. Z drugiej strony, widzą też ludzi, którzy bawią się tym, co robią na scenie i to najbardziej im się podoba. Te emocje, które tam widzę – one mogą zarazić człowieka.



A.G.: W tym momencie wpływają na siebie nawzajem wykonawcy i odbiorcy. Tak powstaje ta wyjątkowa energia.



G.F.: Dokładnie – ten przepływ jest bardzo ważny.

 

A.G.: Ty jesteś artystą, który woli płytę nagrywać w studiu, po cichutku, czy raczej woli zagrać koncert?


G.F.: Można lubić i banana i pomarańcze, bez mówienia, co się lubi bardziej. W momencie, gdy zacząłem pisać muzykę i sam ją realizować, zaczęło mnie bardzo pociągać, że to ja wpływam na to, jak ona brzmi i decyduję o jej ostatecznym kształcie. Z drugiej strony, wiem, że interakcje z innymi ludźmi są niezwykle istotne i potrafią bardzo ubarwić to, co ty sam zrobiłbyś nie tyle gorzej, co inaczej. Jest to kwestia indywidualnego wyboru. Ja lubię się sprawdzać zarówno na polu indywidualnym, jak i zespołowym. Nawet gdy mam zupełnie autorski pomysł i przynoszę go na próbę, to nie wiem, co się wydarzy, oddając ten materiał w ręce muzyków – nie wiem, jaka będzie postać końcowa. Są dwa wyjścia – czasami jesteś zachwycony, wyszło to o niebo lepiej, niż mógłbyś się spodziewać. Czasami ten efekt jest gorszy. Mówią, że lepsze jest wrogiem dobrego.



A.G.: Najgorzej tak ulepszać w nieskończoność?



G.F.: Jest to pewne niebezpieczeństwo, rzeczywiście, że siedzisz nad tym kawałkiem i dłubiesz. Podczas gdy z tymi siłami twórczymi, które angażujesz mógłbyś zrobić inny numer, który byłby lepszy. Są to kwestie bardzo indywidualne – kto jak tworzy, komponuje, nagrywa.

Na fali rocka powraca teraz moda nagrywania na tzw. setkę – wszyscy stoją w tym samym pomieszczeniu i grają równocześnie. Ma to swój urok i wydobywa to pewną chemię, której brakuje przy osobnym nagrywaniu ścieżek. Lubię na pewno granie organiczne, granie żywe, natomiast nie jestem określony w jednym kierunku.



A.G.: Czyli jesteś otwarty na eksperymenty?



G.F.: Tak, jestem na początku swojej drogi i bardzo się z tego cieszę.



A.G.: Koncert to bardziej radość czy stres?

 

G.F.: Stres nigdy, raczej spory wysiłek, bo dzięki tym improwizacjom z dwunastu piosenek robią się nam dwie godzin grania i tyle mniej więcej od paru lat trwają moje koncerty, mimo że w umowie po godzinie-piętnaście moglibyśmy powiedzieć: dziękujemy, do widzenia. Robimy to dla swojej frajdy, przyjemności, a jeśli jeszcze do tego publiczność ma z tego przyjemność, to tym bardziej się cieszymy. Ten stres, trema, być może pojawiają się przed samym koncertem, kiedy wiem, że to już za chwilę, ale od razu mijają po wejściu na scenę.



A.G.: Fajnie, bo robisz to, co kochasz, to, co sprawia ci radość. Komfortowa sytuacja.



G.F.: Tak jak powiedziałem, nie mam na co narzekać. (śmiech)



A.G.: Jesteś takim muzykiem, który słucha tej samej muzyki od lat. Czy też cały czas szukasz czegoś muzycznie?

 

G.F.: Szukam cały czas, poznaję, aczkolwiek od paru lat coraz mniej znajduję takich rzeczy, które mnie pociągają. Jednak te największe wrażenia, to są rzeczy, które znalazłem wcześniej. Może jest to kwestia wrażliwości, tego że robimy się coraz bardziej wybredni – znamy więcej, więcej wymagamy od muzyki. Być może kwestia wieku – kiedyś muzyka padała na podatniejszy grunt i robiło to większe wrażenie. Natomiast nie mogę powiedzieć, jakiej muzyki słucham, jeżeli chodzi o określony gatunek.



A.G.: Wymień swoich ulubionych wykonawców.



G.F.: Udało mi się wystąpić na scenie z Bobbym McFerrinem. Spełniłem jedno ze swoich marzeń, bo chciałem z nim zaśpiewać. Na koncercie Bobby powiedział: "Oh, I have a second microfon here. Who wants to sing with me?". Spoglądam na swoją dziewczynę, która była ze mną na koncercie, a ona mnie wypycha, żebym poszedł na scenę. Wykonaliśmy razem krótką improwizację. Niestety nie można było rejestrować koncertu, więc nie wiem, czy ktoś go nagrywał. Na początku Bobby zapytał się mnie: "Who are you?". To było pytanie, kim jesteś, jak odpowiedzieć na pytanie – kim jesteś? Odpowiedziałem w końcu: "My name is Gabriel". "Ok Gabriel, what you want to do?". Ja mówię: "Just improvisation.". "Ok. You start first.". W takim wypadku musiałem zacząć. Bobby jest jednym z moich guru, uwielbiam oglądać jego występy.



A.G.: To fantastyczna historia. Z kim jeszcze chciałbyś zaśpiewać?



G.F.: To nie było jeszcze takie wykonanie, albo porozumienie, jakie osiągają z nim Ci wykonawcy, którzy rzeczywiście są zaproszeni do niego na scenę, żeby rzeczywiście coś razem poimprowizować. To są ludzie z tłumu, którzy są wyrwani na chwilę. Oprócz wielkich umiejętności i wrażliwości Bobbiego McFreena to jest to, co najbardziej mi się podoba u niego, to że improwizuje na żywo na scenie i potrafi stworzyć coś, czego wcześniej nie
było, a później zostaje i jest słuchane wielokrotnie przez wielu ludzi. Tak było w Warszawie, kiedy występował z polskim trio akordeonowym – Motion Trio. Chłopaki zagrali z nim świetny kawałek, gdzie Bobby od pierwszych sekund improwizował. Ten utwór istnieje do tej pory w ich dyskografii i myślę, że się tym szczycą. To nie jest tak, że ja się zastanawiam, z kim chciałbym jeszcze zaśpiewać. Na pewno od wielu lat cenię Petera Gabriela i uważam, że im
jest starszy, tym jest lepszy. Jeżeli miałbym okazję... Jest wielu polskich wykonawców, których szanuję. Jak wielu fanów, czekam na powrót Edyty Bartosiewicz.



A.G.: Ona ma chyba syndrom, o którym wspominałeś – lepsze jest wrogiem dobrego. Od kilku lat nie może nagrać płyty, dlatego że cały czas stara się w coś niej ulepszać i na tym ulepszaniu trzy lata upłynęły.



G.F.: Z drugiej strony, przez piosenki, które zrobiła do tej pory, pozostanie pewną legendą i kimś bardzo znaczącym dla polskiej muzyki.



A.G.: Jej płyta ma się ukazać w styczniu.



G.F.: Mam nadzieję, że tak będzie. Wykonuję piosenki Edyty Bartosiewicz w trakcie naszych akustycznych koncertów. Zawsze była mi bliska, zawsze podziwiałem w niej to, że sama komponuje, sama pisze, sama układa patenty gitarowe, które później gra. Z drugiej strony, jeżeli chodzi o muzykę, lubię jazz. Ostatnio najbardziej lubię skandynawskie trio Esbjörn Svensson Trio. Esbjörn Svensson, szwedzki muzyk, pianista, który dwa lata temu, w wieku 43 lat, zmarł podczas nurkowania. Jest to więc postać tragiczna, ponieważ ze swoim trio nagrali około 10 płyt i każda była na prawdę świetna, każdej słucha się niesamowicie. Więcej albumów nie będzie, ale mamy to, co mamy. Lubię muzykę gitarową, mocniejszą, ale zawsze melodyjną. Cieszę się, że nowinki donoszą, iż mój ulubiony zespół -  A perfect circle, gdzie śpiewa wokalista znany z popularniejszego zespołu Tool, schodzi się i znowu będzie coś nagrywać. Ostatnio zafascynowała mnie też muzyka elektroniczna – polskie zespoły typu Oszibarack, Loco Star, z damskimi wokalami i fajnymi przestrzeniami wykreowanymi przez elektronikę. Tego jest dużo – mógłbym sięgać po wiele rzeczy i mówić o nich.

Słuchanie daje dużo satysfakcji, ale trzeba też znaleźć jakiś złoty środek, bo jeżeli tworzysz
muzykę, trzeba jednak ją robić, a nie tylko jej słuchać. Nie jest to czasami takie proste, mimo tego, że jakaś wizja istnieje, trzeba poświęcić sporo czasu, żeby ją zrealizować. Niektóre z kawałków, które napisałem 7-8 lat temu, udało mi się zrealizować dopiero niedawno. Jest to ciekawe, gdyż piosenka, która istniała przez wiele lat tylko w głowie, nagle po takim czasie zyskuje jakiś ostateczny kształt, co jest np. uzależnione od dostępności narzędzi, którymi się dysponuje. Gdybyśmy nagrywali tą piosenkę 5 lat temu, to brzmiałaby zupełnie inaczej.



A.G.: Są jakieś twoje piosenki, które teraz zrobiłbyś zupełnie inaczej.



G.F.: Pewnie tak, ale być może nie tak, że zupełnie inaczej. W 2007 roku znalazłem wydawcę i sponsora na płytę, która była prawie na ukończeniu, Mieliśmy zrobionych 8 kawałków, pozostałe dwa były szlifowane. Wtedy sytuacja nabrała niekorzystnego obrotu i okazało się, że nie ma tego wydawcy oraz sponsora. Zostałem z materiałem, z którym nie bardzo było wiadomo, co zrobić. Była to dziwna, lekko patowa sytuacja. Generalnie była to płyta autorska, gdyż wszystkie kompozycje były moje. Gdy teraz tego słucham to, tak, słyszę, że teraz pewne rzeczy zrobilibyśmy inaczej, chociażby ze względu na dostępność pewnych środków wyrazu, jeżeli mogę użyć takiego określenia. Z drugiej strony, bardzo fajnie jest, tak jak było z  "Kroplą...", aczkolwiek, w tej chwili mówię o troszeczkę mniej
komercyjnym wymiarze moich piosenek, gdy znajdujesz taki patent na zagranie kawałka, że słuchasz go po latach i stwierdzasz, że jest zagrany tak, jak miał być zagrany.



A.G.: Gdy zagrasz tę piosenkę na koncercie, to coś zmienisz, ale trzon zostanie ten sam. Myślisz o nagraniu swojej płyty. Od początku do końca?



G.F.: Oczywiście. Mam w tej chwili nową piosenkę, którą zaprezentowałem do tej pory tylko na Facebooku. Utwór ma dziwną historię, bo został napisany podczas dziewięciogodzinnej podróży pociągiem z Tarnowa do Poznania. W Tarnowie występowałem z Wojtkiem Plichem, który jest wokalistą i gitarzystą. Wojtek Plich, znany kiedyś z zespołu Zio, zaprosił mnie do siebie. To on był tym facetem, który wymyślił patent gitarowy do piosenki "Magiczne słowa". W tej chwili Wojtek występuje chyba z Anią Wyszkoni. To on jest autorem piosenki "Czy ten pan i ta pani, są w sobie zakochani", którą Ani oddał. Wracając od niego do Poznania napisałem piosenkę pod wpływem uczucia, którą niecały tydzień później zagrałem ze swoim zespołem w sytuacji, kiedy oni jej nigdy wcześniej nie słyszeli, na koncercie.



A.G.: To jak ją zagrałeś?



G.F.: Po prostu. To jest piosenka, która ma w sumie trzy, cztery akordy. Gram z tymi muzyki – oni mnie znają.


A.G.: Wyczuwacie się. Poza tym, w przypadku większości piosenek, gdy się usłyszy parę taktów, to można domyślić się, co tam może być.



G.F.: To są muzycy przyzwyczajeni do improwizacji. Temat nie był trudny, zagraliśmy z marszu. Bardzo fajnie to wyszło, zrobiło wrażenie na tej osobie, na której miało zrobić. Od tej pory, na każdym koncercie, graliśmy tę piosenkę, za każdym razem inaczej, bo ona nie miała ostatecznego kształtu, nie była nigdzie uwieczniona. Chłopcy z mojej kapeli namówili mnie do nagrania tego. Tak właśnie zrobiliśmy.



A.G.: Tytuł tej piosenki?



G.F.: "Właśnie tak"



A.G.: Czyli już teraz możemy zapamiętać, że jest to piosenka, która powstała w pociągu, gdyż, być może, nie jedna pani będzie do tej piosenki wzdychać.



G.F.: Właśnie tak. (śmiech)



A.G.: Piosenka fajna do zapowiadania w radiu. (śmiech) Myślisz, że przy dzisiejszych warunkach polskiego show biznesu jest sens jeszcze nagrywać płyty. Czy to nie jest tak, że trzeba nagrywać pojedyncze perełki, wrzucać je do Internetu i żyć z koncertów?



G.F.: Wg. mnie płyty trzeba nagrywać, ponieważ jest to szersza i bardziej zamknięta wypowiedź artystyczna. Jest to pewna wizja muzyczna. Nie mówię, że trzeba je wydawać w dotychczasowej formie, natomiast powinien być to jednak dłuższy materiał. Jedna z moich ulubionych kapel gitarowych, pochodząca z Angli, Oceansize, ma w składzie aż trzy gitary elektryczne. Jest dwóch regularnych gitarzystów i wokalista, który, gdy może, również gra na gitarze. Bardzo melodyjny, pokręcony i połamany zespół, równocześnie bardzo liryczny. Byłem na ich występie w Londynie – jeden z najlepszych koncertów rockowych, na którym byłem w życiu. Ci panowie wydali swoją debiutancką płytę, która, można powiedzieć, była koncertowym albumem i dzięki temu swojemu debiutowi, dzięki tej płycie, mogli jeździć i grać na całym świecie. Tak dobra była ta muzyka - bez żadnych barier, granic. To był materiał, który prezentował wizję na tyle spójną i dojrzałą, że znaleźli odbiorców na całym świecie i mogli jeździć i grać od razu wszędzie. Nie jest to muzyka komercyjna, którą moglibyśmy usłyszeć na MTV lub innych telewizjach muzycznych. Jest to muzyka, która trafiła do odbiorcy rockowego. Dzięki takiej muzyce można realizować swoje marzenia. Jednym z moich marzeń jest również to, by dzięki muzyce zwiedzać świat i mieć okazję do zagrania dla różnej publiczności. Takim tropem warto podążać.



A.G.: W jakich krajach byłeś na koncertach?



G.F.: Byłem w Stanach Zjednoczonych trzykrotnie. Występowałem w Holandii, z okazji spotkania się ludzi, którzy są związani z portalem SellaBand. To była pierwsza światowa inicjatywa, gdzie Holendrzy wymyślili portal, na którym wykonawcy zbierają budżet na swoje płyty. Budżet, który pochodzi od ludzi (Internautów). W Polsce też mamy taką inicjatywę, nazywa się bodajże MegaTotal. Polegało to na tym, że trzeba było zebrać 50 tysięcy dolarów, by nagrać swoją płytę. Bodajże drugą lub trzecią osobą, która zebrała tę kwotę była Polka. Jakaś dziewczyna, która śpiewała balladę i grała na fortepianie.



A.G.: Pieniądze wpłacają Internauci, którzy mogą usłyszeć w sieci te piosenki i stwierdzić, że im się podobają i chcą taką płytę usłyszeć.



G.F.: W zależności od tego ile pieniędzy wpłacą, taki mają później procentowy udział w sprzedaży tej płyty. W tej chwili pojawiają się doniesienia, że inicjatywa lekko się sypie. Paru wykonawców wydało w ramach tego portalu płytę. Gitarzysta, z którym grałem, Kostek Andreev, był obecny na tym portalu i wystawił tam kilka swoich kompozycji.  W związku z tym pojechaliśmy do Holandii – ja jako jego chórek i gitarzysta. Nie było to więc z powodu mojego wydania płyty w Polsce. Grało się fajnie, luźnie. Przekrój muzyczny wykonawców, którzy tam występowali był dosyć szeroki. Większość jednak była sprofilowana na muzykę rockową. W ramach SellaBand, powstało Collaboration Project. Są to piosenki, które nagrywali ludzie z różnych państw, każdy dokładając od siebie inny element – gitarę, wokale, klawisze. Zostałem również zaproszony przez Kostka, by zaśpiewać na jego solowej płycie, która skupia tych wykonawców, których poznał dzięki SellaBand. Będą to jego solowe kompozycje, natomiast z różnymi zaproszonymi wokalistami i wokalistkami – ok. 9 osób wystąpi na tej płycie. Cały czas coś tam się dzieje.



A.G.: Dzięki Internetowi świat muzyki stał się mały – łatwiej wam razem grać i się odnajdywać.


G.F.: Wrócę do poprzedniego pytania. Nikt nie każe i chyba nie jest już miernikiem żadnego sukcesu, czy sprzeda się tej płyty 10 tysięcy czy 15, 30. Fajnie jest móc zaprezentować coś ludziom jeszcze w tym tradycyjnym opakowaniu. Skoro jest popyt, skoro są ludzie, którzy chcą mieć takie coś w postaci materialnej.

W jakimś czasopiśmie przeczytałem, że przyjemniej jest położyć coś pod choinkę, niż wysłać komuś mailem trzy piosenki, które nam się podobają. Z drugiej strony dochodzi do tego grafika, coś, co można dodać osobno. Do trzeciej płyty był dołączany mini tomik moich wierszy. Są to dodatkowe rzeczy, które mogą wzbogacić wydawnictwo.



A.G: Radiowcy chyba mają takie zboczenie, że muszą mieć płytę, którą mogą włączyć, słuchać i jednocześnie czytać książeczkę. Powiedziałeś, że z jednej strony są nowe formy promocji siebie, a z drugiej warto trzymać się tradycyjnych nośników. Spodobało mi się, gdy powiedziałeś, że płyta musi być pewnym konceptem, który powstaje przez dłuższy czas i jest wyrazem tego, co się z tymi muzykami dzieje. Jedna piosenka wrzucona w sieci nie spełni tego zadania. Na razie nie wróżymy płytom szybkiej śmierci. Uważasz, że z płyt da się żyć, będąc muzykiem, czy trzeba szukać innych ścieżek?



G.F.: Powiem tak, z moich płyt zyskałem niewiele profitów. Zawsze żyłem z koncertowania i mam nadzieję, że tak zostanie.



A.G: Jesteś przyzwyczajony do sytuacji, że na płyty nie masz co liczyć, że muzyk musi potrafić znaleźć i zarobić coś w innych działach, ale też muzycznych. Ty robisz muzykę do teatru, tutaj z jednym zespołem podgrywasz, tu z drugim. Jest to takie szukanie form.



G.F.: Być może moje myślenie nie jest myśleniem ekonomicznym i marketingowym. Fajnie jest mieć ten komfort, o którym mówię i który do tej pory mam, a przecież od tylu lat nie wydałem nic nowego. Nie udzielam się specjalnie w mediach, czasami pojadę na jakiś program, ale naprawdę  rzadko się to zdarza. Sam nie pcham się do tego mainstreamu. Okazuje się, że nie trzeba tańczyć na lodzie, żeby starczyło. Nie mam jakiś nie wiadomo jakich wymagań i oczekiwań. Być może powinienem pomyśleć o sobie bardziej w charakterze produktu, bardziej marketingowo. Szukać nowych sposobów promocji, zarabiania itd.



A.G: Nie robisz tego, bo nie umiesz, czy nie chcesz?



G.F.: Być może to przede mną. Ktoś powiedział: muzyk powinien grać, a resztę powierzyć komuś zaufanemu, kto będzie się stricte zajmował tą działką. Muzyk powinien być od tego, by pokazywać emocje na scenie.



A.G: Grasz bardzo dużo koncertów różnego rodzaju. Zdarzają Ci się jakieś przygody? Może spadłeś ze sceny? Rzeczywiście nie pamięta się, gdzie się jest i gdzie się gra?



G.F.: Rzeczywiście nie pamięta się i nie zwraca się po pewnym czasie na to uwagi – 5 minut przed wyjściem na scenę pytasz, gdzie jesteśmy.

Rzeczywiście tak jest, gdy gra się dużo. Mój pierwszy sezon koncertowy był dosyć ostry, bo dałem wtedy 84 występy. Bywały 2-3 koncerty jednego dnia. Wszystko śpiewane "na żywca". Momentami było ciężko i ciężko było to spamiętać – w drugim sezonie ponad 50 koncertów. Później też na poziomie kilkudziesięciu w kolejnych latach utrzymywałem się, także ciężko zapamiętać.

Do tego dochodzą koncerty akustyczne, na które też trzeba pojechać gdzieś dalej. W pewnym momencie traci się rachubę – czy ja tu już grałem, czy nie. Raz zdarzyło mi się pomylić. Powiedziałem "Witam..." i tu nazwa miasta z poprzedniego dnia. Szybko się poprawiłem, nie udawałem, że nic się nie stało. Koncert był bardzo fajny, więc ludzie specjalnie się nie obrazili za to. Raz, można by powiedzieć, złamałem scenę. (śmiech) To była scenka tak naprawdę. Graliśmy w małej miejscowości pod Poznaniem, Kozie Głowy. Przyjeżdżamy i okazuje się, że generalnie gramy gdzieś na jakimś osiedlu, a scenka jest naprawdę mała, gdzieś 3 na 4 metry. Dla całej kapeli rockowej jest to mała powierzchnia. Wtedy jeszcze miałem taki patent, że w "Kropli deszczu", po pierwszym refrenie, razem z gitarzystą trzy razy sobie podskakiwaliśmy. Za trzecim razem spadłem jakieś 0,5 metra w dół. Scena całkiem się nie zwaliła, ale kwadrat, na którym skakałem puścił w kilku miejscach. Na szczęście nic mi się nie stało.



A.G: Czego ci życzyć?



G.F.: Zdrowia, szczęścia...



A.G: Pomyślności, wydania płyty.



G.F.: (śmiech) Tak. Żebym się dalej realizował.



A.G I żebyś dalej grał. Tego ci życzę. Gościem w chwili na-Gości był Gabriel Fleszar w Radiu Złote Przeboje. Bardzo dziękuję.



G.F.: Dziękuję.

Więcej o:

SŁUCHAJ ZŁOTYCH PRZEBOJÓW!