Chwila na-Gości: Sidney Polak

Sidney Polak w rozmowie z Piotrem Sworakowskim dla Radia Złote Przeboje. Posłuchaj!

 

 

Piotr Sworakowski: W Radiu Złote Przeboje „Chwila na-Gości”, a gościem „Chwili na-Gości” jest Sidney Polak - przedstawiciel piosenki z tekstem. Dobrze mówię?


Sidney Polak: Tak. Dzień dobry, witam wszystkich bardzo serdecznie - Sidney Polak z tej strony.

 

PS: Czy ktoś ci jeszcze mówi po imieniu?


SP: Rodzina i znajomi, którzy znają mnie dłużej.

 

PS: Znajomi, którzy znają cię dłużej niż twoja kariera. Solowa kariera, bo w T.Love grałeś dużo wcześniej, prawda? A jak się przedstawiasz w rozmowach prywatnych, a nie na koncercie?


SP: Jak się poznaję prywatnie to oczywiście „Jarek”. Czasem mówię „Jarek, Sidney - mów jak chcesz”. Jak jest to poznanie bardziej w kontekście T.Love czy koncertu... Trudno mi odpowiedzieć, bo nie zwracam na to uwagi.

 

PS: Trudno mi uwierzyć - artysta speszony?


SP: Nie, ale czy Muniek mówi „Zygmunt” jak się przedstawia? No chyba nie. Mówi „Muniek”. Ja czasami mówię „Sydney”. To zależy od ilości wprowadzonych procentów. <śmiech>

 

PS: Jak to właściwie było z tym Sidneyem? Jak rozumiem to wyniknęło z waszej rozmowy o kinie.


SP: To było prozaiczne. Muniek na którymś koncercie zażartował, że na bębnach gra Sidney Polak. Teraz świętej pamięci Sidney Polak, reżyser. Wtedy ten amerykański reżyser jeszcze żył i tworzył, a to był taki żart sytuacyjny. Później podpisałem się tak na którejś płycie T.Love, chyba na „Al Capone”. Minęło kilka lat i gdy zacząłem robić swoją solową rzecz, swój projekt, to zacząłem się zastanawiać jak powinno to się nazywać.

 

PS: Zastanawiałeś się czy to nie byłby dobry pseudonim?


SP: Czy to nie byłby dobry pseudonim zważywszy, że miałem inny pomysł na początku, ale pomyślałem sobie, że to może być spore zaszufladkowanie. Chociaż zbierałem gratulacje za tę ksywę, zwłaszcza wśród hip-hopowców, darzyli ten pseudonim szacunkiem.

 

A ja chciałem się nazywać „DJ Alcoholique”.

 

Może to i by pasowało do pierwszej płyty, ale pomyślałem sobie, że jak tak pojadę to się mocno ograniczę, a nie wiadomo czy przez całe życie będę śpiewał w ten sposób. Wiedziałem, że pierwsza płyta będzie odbierana w ten sposób.

 

PS: Raczej taka piosenka biesiadna.


SP: Tak to wyszło, taka piosenka biesiadna. Młodzieżowa piosenka biesiadna.

 

PS: Wiadomo, że to się nie da tak prosto zaszufladkować, bo są tam również takie poważne teksty jak „Przemijamy”.


SP: Jak się zrobi refren ze słowami „bawmy się” to można mieć stu procentową pewność, że nikt się nie będzie przy tym bawił, bo to jest nic. Trzeba powiedzieć o czymś, co wprowadza w dobry nastój. A samo zawołanie „Bawmy się, tańczmy” nie powoduje tego, że ludzie wstają i zaczynają się bawić, tańczyć.

 

PS: Zwłaszcza jest tak z płytą, bo na koncercie jest trochę inna sytuacja - tam możesz liczyć na interakcję.


SP: Dokładnie tak, więc taka idea zaczęła mi przyświecać podczas pisania tekstów, by te piosenki jednak o czymś były. A później zdałem sobie sprawę, że im posiada się bardziej chropowaty warsztat wokalny tym bardziej trzeba uważać na to co się śpiewa.

 

PS: Chropowaty w sensie chrypki, skali?


SP: Nie, w sensie ogólnego podejścia. Ja się nigdy tak nie uczyłem śpiewać i nie mam takiego głosu. Tyle co szkoła muzyczna i takie klasyczne ćwiczenia wokalne. One jednak uśredniają tak, że później ci wszyscy wokaliści brzmią bardzo podobnie, a ja mam głos bardzo charakterystyczny. Oczywiście ćwiczę śpiewanie i nie jestem z tym tak na bakier jak kiedyś, ale cały czas uważam, że najważniejszy jest tekst.

 

PS: Piosenka z tekstem.


SP: Na przykład Robert Gawliński ma aksamitny głos i w zasadzie każda głupota w jego wykonaniu brzmi świetnie. Oczywiście nie mam nic do Roberta Gawlińskiego, bo bardzo go lubię prywatnie. Niektóre jego teksty bardzo mi się podobają, aczkolwiek ja jestem jego przeciwieństwem.

 

PS: On śpiewa, ma melodię, ty natomiast prezentujesz melorecytację.


SP: Melorecytacja. Szukam tej melodii, ale w moim wykonaniu melodie są jakby inaczej przyswajalne.

 

PS: To też jest pewna tradycja, zwłaszcza w muzyce reggae, gdzie jest Reggaemuffin - tekst jest bardziej recytowany właśnie. A ty przyznajesz się do muzyki reggae.


SP: Oczywiście. To wszystko wzięło się z tak zwanego toastingu czyli prehip-hopu jamajskiego.

 

PS: Wracając jeszcze do Sidneya Polaka. Podobno nie lubisz jego filmów?


SP: Ostatni jego film, który zrobił przed śmiercią to chyba „Tłumaczka”.

 

PS: Tak, było coś z tłumaczeniem. „Tłumacz” albo „Lektor”.


SP: Sidney Polak to nie jest ogólnie zły reżyser, ale jakimś mega fanem też nie jestem. Mam jego filmy, ale nic więcej.

 

PS: To był po prostu żart Muńka i tyle.


SP: To też odzwierciedla jakie ja miałem nastawienie na początku. Teraz to się trochę zmieniło. Sidney trochę się sprofesjonalizował.

 

PS: Z piosenki biesiadnej na drugiej płycie zacząłeś mówić o sobie, o swoim stylu życia.


SP: Przy drugiej płycie miałem taką ambicję, żeby powiedzieć coś naprawdę.

 

PS: Podobno zajęło ci to sporo czasu. Mówisz, że jakieś pięć lat.


SP: Zabrało mi to pięć lat i nie wiem czy dobrze mi wyszło. Te płyty są nieporównywalne. Są one dokumentem różnych okresów w moim życiu. Mogę powiedzieć, że nie wartościuję sowich dzieci tak samo, ale przy drugiej płycie tak się zawziąłem, by te teksty były bardziej przemyślane. Może to wyszło na niekorzyść, może na korzyść. Nie wiem.

 

Teraz z kolei znowu mam potrzebę wykrzyczenia czy wyśpiewania z siebie stanu lekko euforycznego.

 

Zauważyć to można w „Butelkach” czy w „Tequili” albo w innych starych piosenkach, że tak to się pije na wschodzie. Wcześniej oczywiście wymyśliłem sobie o czym one będą, ale tak szybko za pomocą alkoholowo-ziołowej ekspresji uzyskałem euforię, która pomogła mi bardzo szybko te piosenki zrobić. Przy drugiej płycie miałem więcej zastanawiania. Może to było związane z tym, że dałem sobie spokój z takim zabawowym trybem życia. Zdecydowanie ograniczyłem używki i wychodzenie gdzieś wieczorem.

 

PS: A co się stało?


SP: Różne rzeczy się na to złożyły.

 

PS: Złamane nogi?


SP: Złamana noga... Ogólnie organizm powiedział, że trzeba przystopować.

 

PS: Miałeś więcej czasu do wymyślania tekstów i to tym poskutkowało?


SP: Ustami lekarza po prostu. <śmiech> Organizm powiedział, że dziękuje już za piwo i za używki.

 

PS: To co cię teraz nakręca?


SP: Teraz z powrotem piwo i używki, bo wątroba się trochę zregenerowała. Dalej się regeneruje! <śmiech> Oczywiście żartuję. Jestem już zupełnie innym człowiekiem. Nie jestem już dwudziestolatkiem. Mam swoje przemyślenia, aczkolwiek daleko mi do człowieka, który jest na takim etapie życia, że się zastanawia.

 

PS: Taki totalny hedonizm i korzystanie z chwili, z okazji - to już nie to?


SP: To nie to, ale z drugiej strony nie jest to też taka totalna odpowiedzialność i myślenie jak taki dorosły, naprawdę dorosły.

 

PS: Na pewno czytałeś którąś część Harrego Pottera albo widziałeś film?


SP: Wszystkie.

 

PS: To jak to mówią „mugole”. Obce jest ci mugolstwo?


SP: Tak, zdecydowanie.

 

PS: Pracowałeś przy paru płytach T.Love, a także przy kilku innych zespołach. Która z tych współpracy była najdziwniejsza? Jak je wspominasz?


SP: Na koncie mam przede wszystkim jako bębniarz nagrane kilka czy nawet kilkanaście płyt T.Love. Do tego dwie swoje. Jako sideman nagrałem chyba tylko jedną piosenkę z Anitą Lipnicką do jakiegoś filmu też jako bębniarz. Dwie płyty zrealizowaliśmy z Maćkiem Majchrzakiem jako Incrowd. Pierwsze nagrania jeszcze za starych czasów to zespół Cytadela z kolegami z liceum. A tak to grałem się z Benedkiem w jego projektach w „Warsaw” przez chwilę.

 

Przypomniało mi się jaka była najdziwniejsza płyta, którą nagrałem. To była taka historia, że kolega Wasyl, właśnie wokalista Cytadeli, zadzwonił do mnie któregoś dnia i powiedział o swoim rozstaniu z perkusistą, ponieważ bardzo się pokłócili. A on chciał mnie zaprosić, po starej znajomości, na próbę do teraźniejszej Cytadeli. Oczywiście zgodziłem się.

 

PS: Po starej znajomości?


SP: Po starej znajomości. W ogóle bardzo fajna propozycja ni stąd ni zowąd. Na próbę poszedłem, a tam Wasyl mi mówi, że pogramy piosenki. Ale ja ich nie znałem. On jednak powiedział bym się w ogóle nie przejmował i że na pewno zaraz wszystko załapię. I tak zaczęliśmy. Zagraliśmy pierwszy numer, później kolejne. Wasyl otworzył butelkę, potem następne i generalnie taksówką wróciłem do domu, a sytuacja dla mnie była zamknięta. Następnego dnia siedzę w studiu, nawet nie pamiętając jak ta próba się skończyła, i nagle telefon - dzwoni Wasyl, że ma płytkę dla mnie. Ja się go pytam czy ja na niej gram? A on na to, że to co wczoraj graliśmy on zmiksował, jest już okładka i może mi podrzucić gotowy produkt. Wasyl rzeczywiście przyjechał do mnie do studia z tym krążkiem.

 

PS: To znaczy, że wypalił ją i skończył robić w nocy?


SP: Tak, dokładnie. Rano tylko wydrukował gdzieś okładkę, zrobił sto czy dwieście egzemplarzy i płyta była gotowa.

 

PS: Była licząca się w Zaiksie?


SP: Nie wiem czy w Zaiksie, czy zgłosił to czy nie, ja jestem muzykiem i nie mam pretensji do żadnych kompozycji, ale to chyba była najdziwniejsza płyta zrealizowana w moim życiu. Została zrobiona bez żadnych przygotowań, bez żadnych prób. Taki żywioł.

 

PS: Powiedz o współpracy z Anitą Lipnicką. Jak to się stało? To jednak też dwa różne światy.


SP: Naszym łącznikiem pomiędzy tymi dwoma światami była osoba Andrzeja Zeńczewskiego. Andrzej Zeńczewski - kolega i wielki przyjaciel Muńka. Szwagier Kolasko stwierdził, że wynajmie sekcję T.Love czyli poprosił mnie i Nazima o to byśmy zagrali piosenkę. Znaleźliśmy się w takiej sytuacji w teatrze Buffo. Wcześniej odbyliśmy ze trzy próby, bo to chodziło o jedną kompozycję. Ja jej nawet nie pamiętam, bo jej po prostu nie mam, ale ona gdzieś tam sobie egzystuje, musiałbym do niej dotrzeć.

 

To było bardzo fajne doświadczenie po kilkunastu latach słuchania w odsłuchu, jak to mówi Leszek Kamiński, skrzeczącego zawiniątka (bo tak się Leszek Kamiński wyraża o Muńku) nagle w słuchawkach pojawił się czysty, jasny głos kobiety, która naprawdę dość dobrze śpiewa z fajnym feelingiem. Aż ciarki przeszły po plecach i jakaś emocja się pojawiła.

 

Ostatnio nagraliśmy piosenkę z Hołdysem „Kuba”. Gra to cały T.Love ze Zbyszkiem. Ja też tam gram na bębnach. Wydaje mi się, że też zagraliśmy to z uczuciem.

 

PS: Jest to „Autobiografia bis” - takie chodzą opinie o utworze „Kuba”. Jest to doświadczenie pokolenia 68'.


SP: Tak, rzeczywiście. Tytułowy Kuba to jakiś kolega z lat dzieciństwa Zbyszka.

 

PS: Zdaje się było to trochę odczarowanie demonów Hołdysa.


SP: Ta piosenka wyszła fajnie.

 

PS: Bardzo fajnie.


SP: Ona jest taka hołdysowa.

 

PS: Ja czekam aż to będzie złoty przebój.


SP: Uczucie tam jest i ja to czuję w rytmie tego kawałka. Jestem z tego zadowolony, choć nie wszystko jest tam równo zagrane.

 

PS: Nie wiem czy rock'n'roll polega na tym, żeby równo grać.


SP: To zależy jaki i zależy w jakich radiach, gdzie jest puszczany. Są radia trochę bardziej zgridowane i są radia bardziej free.

 

PS: To ładne „zgridowane” i „free”. Fajne kategorie.


SP: Ja posługuję się taką trochę nową mową nagraniową.

 

PS: Zgridowane to znaczy trzymane w ryzach, a free czyli uchodzi więcej.


SP: Free czyli bez kuantyzacji.

 

PS: Sidney możesz opowiedzieć o swojej podróży do Londynu na nagrywanie płyty „Antyidol” T.Love. Jak to z tym było?


SP: Płyta „Antyidol” to była płyta chyba po płycie „Chłopaki nie płaczą”, której sprzedało się sporo, bo prawie sto tysięcy. Zresztą to były zupełnie inne czasy. Teledysk do „Chłopaki nie płaczą” był wyświetlony przed wydaniem Wiadomości.

 

PS: Rzecz niespotykana.


SP: Teraz jest to czas wart grube pieniądze i nikomu nawet nie śni się, żeby puszczać wtedy teledyski, ale kiedyś tak było. Ta piosenka obroniła się sama. Jednak mówię tu o innej sytuacji. Ta płyta okazała się sukcesem przez co my w rozmowach z Piotrem Kabajem i Tomkiem Kobciem byliśmy w stanie przekonać ich na danie nam sporego budżetu na nagranie płyty, tak by dali nam go  we władanie. Obydwoje stwierdziliśmy, że zrobimy taki eksperyment raz w życiu i zamiast za te pieniądze wynajmować studia w Warszawie to pojedziemy do Londynu. Na początku było losowanie czyim samochodem się tam udamy. Padło na mnie. Miałem wtedy Peugeota 406.

 

PS: Nówkę jakąś?


SP: Nie, nie. Żadna nówka. Miał już ze cztery lata, ale był jakoś dobrze utrzymany. Taksówkarska bryka więc miał dobre notowania. Taksówkarze wtedy jakoś często jeździli tym typem Peugeota. Pamiętam, że zapakowaliśmy się do tego samochodu w pięciu, ja prowadziłem, bo się wycwaniłem oczywiście. Najgrubszy po mnie Majchrzak siedział obok z przodu, a z tyłu Perkoz, Nazim i Muniek. Cały sprzęt został załadowany do przyczepki - wzmacniacze, gitary, bębny. Później okazało się, że przyczepka powinna być jeszcze jakoś zaklajstrowana. To były czasy granic więc trzeba to było zaklajstrować w urzędzie celnym, a to oznaczało całą masę załatwiania. Jeżdżenie do urzędu celnego, gdzie urzędnicy to zapinali. Gdy ogarnęliśmy przyczepę ruszyliśmy do Anglii bezpośrednio. Po czterdziestu kilometrach od Warszawy Muńkowi zdrętwiała noga i pyta czy my w takich warunkach mamy dojechać aż do Anglii? Do celu oczywiście dojechaliśmy z przystankiem w Amsterdamie.

 

PS: Czytałem o tym przystanku w Amsterdamie na twojej stronie. Czyli dojechaliście do Londynu z własnym sprzętem. Było w ogóle sens brać sprzęt? Czy to nie było takie wożenie drzewa do lasu?


SP: Oczywiście, że tak, bo wypożyczanie sprzętu wiąże się z kolejnymi kosztami. Poza tym to nasze i wszystko było wyćwiczone właśnie na tym, dlatego trzeba było wziąć to co się miało. To było nasze brzmienie, nasze bębny, gitary. Nils Simons bardzo fajny chłopak z którym mamy cały czas kontakt. W Londynie w zasadzie zawsze przychodzi na nasze koncerty, chociaż teraz już nie zajmuje się muzyką. Mamy ze sobą świetny przelot.

 

PS: Nils Simons czyli człowiek, który wam zrealizował płytę.


SP: Zrealizował płytę „Antyidol” w Londynie, a później poprosiliśmy go, żeby przyjechał do nas do Polski. Wtedy robiliśmy „Model zero jeden” na Tarchominie w naszej sali, która w tamtym czasie była świeżą miejscówką.

 

PS: A twoje pozastudyjne wrażenia z Londynu? Co wyniosłeś, co zapamiętałeś, zobaczyłeś?


SP: Teraz Londyn to nie jest żaden odlot, bo każdy był w Londynie po milion razy chyba. Miałem akurat to szczęście, że za moich młodych lat mając dwudziestkę na karku i wyjeżdżając zawsze miałem wrażenie, że jadę na koniec świata. Jak pojechałem samochodem zwiedzać Szkocję to wydawało mi się, że jadę gdzieś w ogóle na jakąś Islandię. A później po tych wszystkich przemianach związanych z wejściem do Unii i zniesieniem obostrzeń granicznych okazało się, że tam się jeździ na koncerty. Z T.Love w Anglii czy na wyspach gramy takie mini trasy - dajemy po trzy, cztery koncerty.

 

PS: Często jeździcie do Wielkiej Brytanii?


SP: Średnio raz w roku. Jeździmy także do Irlandii, bo ludzi jest naprawdę mnóstwo. Szkocja, Glasgow, Edynburg, Londyn, Dublin, nawet Belfast. Sporo Polaków tam naniosło.

 

PS: A czego chcą słuchać Polacy na emigracji? Chcą słuchać także waszych nowszych kawałków, czy ciągle „Warszawa” i te starsze numery? Nie wiem, bo byłem tylko raz w Londynie więc musisz mi wybaczyć to pytanie.


SP:

 

Emigracja angielska to jest w sumie emigracja młoda, więc oni doskonale pamiętają takie piosenki jak „Nie, nie, nie” czyli tak zwane średnie przeboje T.Love. Numer „Irish” poniekąd nawiązuje do miejsca. Jak się jedzie do Stanów to wydaje się, że jest to miejsce gdzie stacjonuje emigracja starsza i oni bardziej „Warszawa” czy „King”. Tam ma to większe powodzenie.

 

Taka jest moja obserwacja. Nie zapominajmy, że mamy dobę internetu i ci ludzie są blisko, jeśli tylko chcą. Zresztą mają tam swoje radia, nie tylko internetowe.

 

PS: Czyli mogą być na bieżąco jeśli tylko tego chcą.


SP: Jasne. To zależy tylko od nich.

 

PS: A dla ciebie internet jest ważną drogą komunikacji? Zauważyłem, że jesteś na Facebooku, MySpace i innych portalach. Czy to jest coś naturalnego?


SP: Tak ponieważ swoje fascynacje w dużym stopniu realizuję w internecie, a w zasadzie tylko. Przykładem niech będzie poszukiwanie nowej muzyki.

 

PS: Czego szukasz? Może nie w internecie, ale w muzyce?


SP: To idzie dwutorowo, ponieważ z jednej strony jestem pod wielkim wrażeniem powrotu do krwistego, brudnego, żywego rock'n'rolla w stylu chociażby Death Wather. Na Heinekenie ta grupa zrobiła na mnie kolosalne wrażenie, ale wcześniej też na mnie działała. To jest jedna strona takiego grania.

 

PS: Czyli Jack White generalnie.


SP: Jest muzyka, która opiera się niby na archetypowym graniu prostych riffów, ale to wszystko jest tak niesamowicie stylowe, że wcale nie jest prosto tak grać. Jest to z mojej strony dość zauważalne uwielbienie dla muzyki gitarowej, ale z drugiej strony deathstep czyli nowe możliwości brzmieniowe, które teraz się pojawiają z wewnątrz komputerowymi instrumentami. Deathstep - taki brudny „UK garaż” i wszystko co na tej bazie. Do tego ten nowy hip-hop, szczególnie angielski. Jest to tak zwany „grime”. Jest to nowy hip hop UK zapoczątkowany przez Marka Skinnera, który stoi na górze tego wysypiska raperów. Pod nim jest mnóstwo chłopaków z East London, którzy tam nadają.

 

PS: Skinnera wszyscy znamy, bo jako pierwszy wypłynął i jest ikoną stylu. Rozumiem, że ty szukasz głębiej.


SP: Teraz powoli wypływa Profesor Green jako przykład tego, jak biali potrafią zabrać czarnym ich muzykę. W zupełnie innym kontekście, ale dzieje się to samo co działo się w latach 50. w Stanach. Elvis Presley czerpał tylko przez kolor swojej skóry i to jedynie dzięki niemu miał szansę zostać pierwszym. Nie chcę porównywać Skinnera do Presleya, ale Willy, Scolger, Chipmunk ( bardzo zdolny szesnastolatek), Dezzee Rascal, któremu udało się z tej pierwszej fali wyskoczyć trochę ponad. Interesujących raperów w gruncie rzeczy jest tak około trzydziestu. Jest czego słuchać i jest kogo słuchać, bo muzyka pop w tym wszystkim też jest ciekawa.

 

PS: Mówiłeś o muzyce gitarowej, którą jesteś zafascynowany, powrotem do solowego rocka. Czyli zespół Kim Nowak na pewno nie jest ci obcy.


SP: Wiem, że jest to nowy projekt Fisza.

 

PS: Fisza i Emade.


SP: Ale płyty nie znam. Dlatego bardzo chętnie, jeśli chcecie zagrać, możemy posłuchać.

 

PS: Nie w tym radiu chyba. <śmiech>


SP: Jeśli chodzi o Kim Nowak to nie znam muzyki, ale nadrobię. Nie wiem czy też tak masz, ale ja mam ten problem, że już od pewnego czasu tego wszystkiego jest tak dużo, że...

 

PS: Nie wiadomo co wybrać.


SP: Mi trudno w ogóle znaleźć czas na to wszystko.

 

PS: Masz na myśli internet. Nie mówisz o tym, że idziesz do sklepu i patrzysz ile tam jest płyt, ale braknie czasu nawet, żeby przejrzeć to w internecie.


SP: Mam konto na amerykańskim i brytyjskim iTunes skąd legalnie kupuję muzykę. Już samo przejrzenie nowości w tych gatunkach, które mnie interesują czyli folk, reggae, hip-hop i rock'n'roll zajmuje mi masę czasu.

 

PS: Rock'n'roll jeśli chodzi o Death Wather i Jacka Whitea?


SP: Generalnie tak, ale jeśli wychodzi nowa płyta Kelis to też mnie ciekawi. Leżąc w łóżku i słuchając na przykład NASA chcę zobaczyć jak brzmi, co wymyślili, kogo najęli do pracy, żeby im płytę zrobił. Jak wychodzi solowy NAS czy z Damianem Marleyem „Distant Reletives” czy ostatnia płyta... Jestem bardzo ciekawy tego.

 

PS: Trudno to ogarnąć.


SP: A jeszcze jakaś książka, jakiś film na DVD nowy i nagle okazuje się, że są jeszcze swoje rzeczy.

 

PS: Sidney Polak gość „Chwili na-Gości” w Radiu Złote Przeboje. Czy masz jakieś kontakty z artystami tak zwanych krajów ościennych? Dajmy na to z ludźmi z Czech, z Ukrainy... Macie ze sobą jakieś kontakty?


SP: Poznaliśmy się. Ostatnio graliśmy koncert na granicy polsko-ukraińskiej z zespołem Mad Haeds XL. Władim, który tam śpiewa, razem z kolegami zrobili też taką bardziej folkową odsłonę i mnie to bardziej fascynuje. To się nazywa Ukrain-Ska czyli „Ukraińska”, tak na to mówią. To fajnie brzmi, jest naprawdę dobrze zagrane. Są to fajnie, rock'n'rollowo potraktowane, tradycyjne melodie ukraińskie. To samo kręci mnie w folklorze bałkańskim.

 

Mogę powiedzieć, że to co się w mojej piosence „Chorwat” przebija to taka szabelka. Na Ukrainie też to jest, ale ma zupełnie inny smak, jest bardziej słowiańskie i z zupełnie innym zaśpiewem. Nazwałbym to „huculscyzną” muzyczną czyli takie „hop do przodu”.

 

Mad Heads XL grają jakby rock'n'rolla. Można to przyrównać do tego jakby T.Love zrobił w rock'n'rollowej odsłonie polskie piosenki folkowe, a to nazywałoby się na przykład „Muniek z Ciechowa”. Spróbuję wytłumaczyć o co chodzi z tym „Ukraińska”. Warto znaleźć w sieci „Ukrain-Ska” albo Mad Head XL, bo to fajne muzykalne chłopaki.

 

PS: Wydaje mi się, że jesteśmy dość izolowani w tym czego chcemy i w tym czego szukamy. To znaczy Polacy szukają polskich rzeczy przede wszystkim, a nasze kontakty z sąsiadami kuleją. Tutaj myślę, że to o czym mówisz to chlubny wyjątek. Ukraińska scena rockowa i folkowa jest  nam jako tako znana, natomiast nie mamy pojęcia o chociażby reggaeowej scenie z Czech albo ze Słowacji, jeżeli w ogóle istnieje.


SP: Wydaje mi się, że istnieje tylko tu trzeba już naprawdę pogrzebać.

 

PS: Wydaje się po prostu, że jako sąsiedzi powinniśmy znać siebie dość dobrze i albo się lubić, albo nie, jednak wypadałoby się znać. Jednak okazuje się, że jest ściana - te góry, Tatry odgradzają nas kompletnie.


SP: Może to wynika też z tego, że dla Czechów język polski śmiesznie brzmi i odwrotnie. Nie wiem czy Polacy w takim komercyjnym radiu zdzierżyliby język ukraiński. Ja nie mam takich oporów, ponieważ generalnie jestem zmęczony językiem angielskim, chociaż lubię „grime” oczywiście. Ale jeśli słucham na przykład baile funku czyli: bierzesz podkład taki, który dla przykładu robi Mia, która śpiewa po angielsku chociaż jest ze Sri Lanki, robi to w Londynie. Ty bierzesz ten podkład i jedziesz z nim do Brazylii, tak jak zrobił Diplo. Jedzie do Rio, wkracza do slumsów Rio de Janeiro i siłą rzeczy te rytmy konfrontuje z tradycją brazylijską, do tego wkracza język portugalski. Dzięki temu dostajemy zupełnie innego smaku. Tak na prawdę powinno się dziać na Wschód. Jaki to problem wziąć deathstepowy rytm i pojechać na Ukrainę, a potem nagrać do tego jakiś biały śpiew ukraiński. Tego nikt nie robi. Teraz jadę do Kijowa za trzy, cztery dni to może coś pokombinuję.

 

PS: Na koncert?


SP: Nie, spotkam się tam z Władimem i może zrobimy jakąś piosenkę, gdzie on śpiewa po polsku, a ja po ukraińsku żeby się pokajać w swoich krajach bardziej. Chciałbym bardzo pograć trochę na Ukrainie.

 

PS: Tak się zapytałem o to, bo ostatnio na święcie „Miks kultura” na Ząbkowskiej zobaczyłem hip-hopowy zespół z Serbii i pomyślałem, że takie rzeczy powinny dziać się automatycznie. To, że oni do nas przyjeżdżają, nasi artyści jadą do nich - jest wspólnota językowa i wspólnota kulturowa.


SP: Wydaje mi się, że jest to wina ofensywy. Kiedyś nazwałem to „kulturalnym imperializmem zachodu”. Po prostu Zachód wciska nam swoje produkty, a my jesteśmy lekką prowincją. Wiadomo, że wszystkie najważniejsze kulturalne rzeczy dzieją się w Londynie i w Nowym Jorku.

 

PS: Chyba, że mówimy o fanach Sidneya Polaka czy T.Love, to wtedy najważniejsze rzeczy dzieją się nad Wisłą. Jedna rzecz w twojej działalności to nagrywanie płyt, a druga to koncerty. To są dość różne od siebie rzeczy. Czy można powiedzieć, że którąś z tych działalności wolisz? Granie na żywo czy w studiu?


SP: To są tak zupełnie różne przestrzenie działalności, że tak szczerze nie mogę powiedzieć, że wolę koncertować. Już od dwudziestu lat robię to nieprzerwanie. Najpierw przez dwanaście lat przy odsłonie bębnowej, a przez ostatnie osiem czy sześć jako Sidney. Koncerty są świetne. Ja mam to już wpisane w metabolizm. Bardzo ciężko jest mi usiedzieć na czterech literach. Jeśli coś nie dzieje się przez dwa tygodnie, to dla mnie jest to już coś dziwnego. Jest piątek i co? Platinum w piątek? Przecież to bzdura jakaś totalna. Platinium to jest Toruń albo Brzeg Dolny albo Pcim albo Okocim. Cokolwiek.

 

PS: Czyli nie chcesz tego porównywać. Powiedz mi w takim razie o swoich doświadczeniach koncertowych. Co sprawia, że lubisz koncerty? Co jest w nich takiego? Adrenalina? Ja ze swojej strony mogę powiedzieć, że idę na koncert po to, by zobaczyć artystę którego lubię, artystę, którego chcę posłuchać.


SP: A ja jadę na koncert po to, żeby zagrać muzykę dla ludzi, którzy mnie lubią albo nasz zespół T.Love. Którzy lubią Muńka czy w moim przypadku Sidneya i moją ekipę. To jest takie spotkanie. Znowu są to dwie przestrzenie.

 

T.Love to dużo bardziej popularny zespół niż Sidney, ale może być zarówno lepszy i gorszy koncert i T.Love, i Sidneya. Oczywiście więcej ludzi przychodzi na T.Love.

 

Mogę powiedzieć, że dla mnie w przypadku bębnów jest troszeczkę łatwiej. Jestem dłużej perkusistą niż wokalistą. Grając na bębnach kiedyś myślałem, że to jest takie bardzo odpowiedzialne zadanie. I ono jest odpowiedzialne, ale porównując to z wokalem to jednak wokal jest bardziej odpowiedzialny. Wokalista bardziej odpowiada za to jak ludzie się bawią, jest większym MS.

 

PS: Jest większym show-manem po prostu. Jesteś jak Phil Collins prawie - grałeś na bębnach, a potem zacząłeś śpiewać.


SP: Babcia tak mi kiedyś powiedziała „Jareczku, ty jesteś bardzo zdolny, bo przecież nie umieć śpiewać i śpiewać to jest dopiero umiejętność! Jak się umie śpiewać to co to znaczy śpiewać, ale żeby nie umieć śpiewać i śpiewać? Podziwiam cię. ”.

 

PS: Uznanie w oczach rodziny to rzecz cenna. <śmiech>


SP: Babcia jest bardzo mądra i mądrą rzecz powiedziała. Wziąłem to sobie do serca.

 

PS: I uczysz się śpiewać?


SP: Oczywiście, że się uczę.

 

PS: Jak udało ci się namówić do współpracy część Vavamuffin?


SP: W przypadku pierwszej płyty, zresztą w przypadku drugiej też, bo tam także nagrałem, mam w zanadrzu jeszcze piosenkę z Pavlo Pablo. Ja tak mam, że tak nagrywam. Dla Pavlo Pablo to są zamierzchłe czasy, bo on nagrywaliśmy trzy lata temu, a dla mnie trzy lata to tak jakby wczoraj. To się z wiekiem jednak trochę zmienia. A zaczęło się od tego, że poszedłem do klubu Punkt. To były czwartki czy środy reggaeowe w Punkcie. Krzaku, którego oczywiście poznałem, puszczał fajne rzeczy, ale nagle wyskakuje człowiek i okazuje się, że ktoś taki w Polsce w ogóle jest. Mówię tu teraz o roku 2002 kiedy się poznaliśmy.

 

PS: Ktoś taki czyli ktoś tak nawijający?


SP: Tak. Ktoś, kto uprawia taki reggae hip-hop, który toustuje i jest vavamuffinowym nadawaczem. Nagle wyskakuje Pavlo Pablo, za nim wyskakuje Ryba czyli Regenerator. Wtedy zdałem sobie sprawę, że w ogóle są tacy ludzie, bo ja o tym nie wiedziałem. Od razu po ich występie podbiłem do nich, przedstawiłem się, powiedziałem, że jestem w trakcie robienia projektu łączącego reggae, hip-hop i folk, a na moje zaplecze składa się sala prób T.Love. Oni się zainteresowali, a ja następnego dnia przywiozłem im swoją płytę z demo. Później zaprosiłem ich do studia, przyszli, odpaliłem mikrofony i w przeciągu dwóch godzin miałem nagrane dwie piosenki. Miałem też potem mnóstwo materiału, żeby to pociąć i zrobić z tego skity na swoją płytę. Pomogli rozegrać pierwszą płytę, w sensie rytmu. Są tam te skity z nimi i tak dalej.

 

PS: To też jest problem, żeby odpowiednio ułożyć rytm i nie znudzić słuchacza.


SP: Szczególnie jak ma się trochę nudny głos jak ja albo operuje się w sumie podobnymi do siebie melodiami czy podobnym frazowaniem.

 

PS: Odejdźmy teraz od muzyki Sidneya Polaka. Co sądzisz o solowej płycie Muńka?


SP: Ja uważam, że Janek Benedek to jest zdolny gitarzysta. Różne koleje losu między nami były, są i pewnie będą. Jeśli chodzi o Muńka to wychowałem się na poezji Muńka. Natomiast z tą płytą mam lekki problem, ponieważ ona mnie do końca nie przekonuje. Powiem szczerze, że to nie jest zazdrość ani to, że kolega z T.Love nie traktuje już tego zespołu jako swojego jedynego domu, ale mam tu na myśli też takie poboczne sytuacje. Jestem takim człowiekiem, który lubi stare rzeczy.

 

Biorę na przykład takie Dead Weather na tapetę, o których już kilka razy wspomnieliśmy. Jest to zespół, który posługuje się środkami przekazu, które są już znane i weszły do kanonu. Natomiast jest to tak jakoś zrobione, że na swój sposób jest także nowe, czuje się świeżość. W przypadku tej płyty ja nie mam poczucia świeżości i to jest jedyny mój problem.

 

Nie chcę tu krytykować, bo to są dobrze wymyślone kompozycje, teksty są zgrabne, hit „Święty” i tak dalej. No nie wiem... Mam nadzieję, że przyjdzie jeszcze kiedyś taki moment, że Muniek zaproponuje mi wyprodukowanie swojej solowej płyty. Nie wiem czy kiedykolwiek do czegoś takiego dojdzie, ale chciałbym, bo wtedy pokazałbym mu o co mi chodzi. Pokazałbym mu, że może cały czas być tym samym Muńkiem, a jednocześnie robić to inaczej. To nie chodzi o to, żeby on nagle zaczął śpiewać hip-hop czy śpiewał na bitach, nadawał czy rapował. Kompletnie nie. Nie chodzi, by drzewo przesadzać do innego ogrodu. Chodzi o to, żeby inaczej je podlać, czymś innym. <śmiech> Janek jest bardzo konserwatywny... Ciężko mi oceniać znajomych ludzi.

 

PS: Z jednym współpracujesz do teraz, a z drugim współpracowałeś kiedy był w T.Love.


SP: A później jeszcze w kilku jego zespołach. Znam Janka doskonale.

 

PS: Ale masz z nim jakiś problem. Czuję tu konflikt osobowości i to, że nie wybaczasz mu zapatrzenia w Stonesów na przykład. Mam rację czy nie bardzo? Ewidentnym jest, że Janek Benedek jest człowiekiem, który grę Kiffa Richarda, Rona Wooda stawia na pierwszym miejscu. To słychać za każdym jego uderzeniem w gitarę.


SP: Nie wiem jak się do tego ustosunkować. Może mam jakąś podskórną pretensję, że oni mnie nie zaprosili do tego, bym pomógł im w solowej płycie Muńka. Może to o to chodzi.

 

PS: Oj, coś uciekasz tutaj.


SP: Myślisz, że uciekam? A dobry bajer wymyśliłem? <śmiech> Chodzi o to, że jest mnóstwo przykładów zespołów nowoczesnych, które grają starą rzecz. Które za pomocą starych trików brzmią świeżo, a tutaj świeżego brzmienia po prostu trochę zabrakło. Można by było te same piosenki z tymi samymi tekstami i z tymi samymi riffami jakoś tak zrobić, żeby brzmiały troszeczkę świeżej. Po prostu świeżo. Ale cholera wie czy to komuś jest w ogóle potrzebne, bo może wtedy okazałyby się klapą? Z tego co wiem płyta jest przebojem, sprzedała się dobrze, jest złota. Może to takie trochę szukanie dziury w całym.

 

PS: Jak się jest szefem T.Love to może jednak warto poszukać czegoś nowego, skoro T.Love i tak już zapewnia byt. Czasami warto poeksperymentować, co zresztą sam robisz.


SP: Zdaje się, że oni mieli taki plan żeby zagrać płytę, która będzie po prostu popowa. Tak by była grana przez duże, komercyjne rozgłośnie radiowe. Tak mi się wydaje, chociaż oczywiście najlepiej byłoby o to spytać Muńka. Nie chcę mu tu robić koło pióra.

 

PS: Pytałem go o to i dlatego pytam czy słuchałeś tej płyty i co o niej sądzisz, bo masz jednak inne spojrzenie pracując z Muńkiem w zespole. Rozmawialiście o tej płycie?


SP: Niespecjalnie. Muniek ją przyniósł dopiero jak ją zrobił, już wydaną.

 

PS: Jak przebiega praca w T.Love? Jest tak, że Muniek jest szefem i to on ma ostatnie słowo czy poddaje zdanie jakiejś dyskusji?


SP: Uznajmy, że jest to taka demokracja z silnym prezydentem. On ma oczywiście głos decydujący, przeważający, ale to jest tak, że naprawdę bardzo wiele decyzji jest podejmowanych wspólnie, szczególnie artystycznych.

 

PS: Czyli to nie jest dyktatura?


SP: Potrafi na przykład wysłać maila, że wakacje są od tego terminu do tego i koniec, nie ma dyskusji. Ale to nie świadczy o jego jakimś zamordyzmie, to jest po prostu jego zespół. Z drugiej strony normalnie dyskutujemy jak piosenki mają brzmieć, szczególnie gdy są to nasze wspólne kompozycje. Teraz próby mamy codziennie, robimy kolejną płytę T.Love.

 

PS: Mieliśmy rozmawiać wczoraj, a rozmawiamy dzisiaj dlatego, bo miałeś próbę z T.Love.


SP: Dzisiaj tak samo.

 

PS: Kiedy szykuje się kolejna płyta?


SP: W 2012 roku dwupłytowy album. I gramy bluesa. Tytuł roboczy „Old is gold”.

 

PS: Wasze kompozycje?


SP: Oczywiście. Absolutnie autorska płyta. Tylko Muniek ma tak, że jeszcze dwa lata temu chodził w kowbojskim kapeluszu jak Johny Cach, a teraz chyba zaczął dużo słuchać BB Kinga i całego tego zastępu.

 

PS: Wszystkich Johnsonów i Walkerów.


SP: Ich jest więcej niż tych grajmowców z Londynu. Chce wydać taką płytę i w ten sposób się starzeć. Jak chce to okej.

 

PS: To znaczy, że Sidney Polak na razie pauzuje?


SP: Nie, no co ty. Ja pracuję codziennie.

 

PS: Czyli masz dwa razy więcej pracy teraz.


SP: Nie, po prostu jak coś wpadnie mi do głowy to zapisuję to, a gdy mam fazę wieczorem włączam sobie mikrofon i nagrywam wokal. Jakoś tak inspiruję się cały czas. Zrobiłem dużo nowej muzyki na trzeciego Sidneya. Zaczynam się powolutku zastanawiać jak ta płyta powinna wyglądać.

 

PS: Mówisz, że jesteś w nastroju bardziej euforycznym niż przy drugiej.


SP: Rzeczywiście jestem. Wszystkie rzeczy w moim prywatnym życiu, jakieś przeboje, pokończyły się. Już się ustabilizowałem, zaśpiewałem to co uważam w piosence „Blask”. Wszystko tak się ułożyło, że mogę powiedzieć o sobie „szczęśliwy”. Trochę rzeczy mi jeszcze ciąży, bo muszę magisterkę w tym roku napisać.

 

PS: Na forum na twojej stronie zauważyłem pytanie „Jakie Sidney Polak ma wykształcenie? Czy Sidney Polak ma skończone jakieś studia”? I Sidney Polak na końcu tej dyskusji odpowiedział „Właśnie kończę”.


SP: Studiuję stosowane nauki społeczne. Najpierw studiowałem socjologię na Karowej, później miałem sześć lat przerwy, potem wróciłem, ale już na zaoczne do stosowanych nauk społecznych. W tym roku muszę napisać magisterkę, bo te magisterskie tam się kończą. Jeśli teraz je oleję, to potem będą takie różnice programowe jakbym na nowo zaczynał studia. W zasadzie nie mam tylko zaliczonej demografii. Bardzo dobrze mi się udał ostatni egzamin z klasycznych teorii socjologicznych czyli od Parsonsa wzwyż. Dostałem czwórkę plus.

 

PS: Gratulacje.


SP: No i praca. Pracę piszę o T.Love, tak jak Muniek, ale inną niż on. Jest bardziej naukowa.

 

Tematem jest „Biografia zespołu z naciskiem na rozkład władzy w małej grupie społecznej”. Ale nie będzie tam żadnych rzeczy, które później można by sprzedać jako kolejną skandalizującą biografię.

 

Kiedyś ktoś przyniósł mi książkę pani, z której wynikało, że ona niby zna się na rock'n'rollu. A ja się załamałem czytając ją, więc myślę, że przydałaby się taka książka, nawet w postaci pracy magisterskiej - z taką obserwacją uczestniczącą i to długą.

 

PS: A czy rozmawiacie o takich rzeczach z Muńkiem? On też pisał o T.Love.


SP: Znam jego pracę, bo wyszła jako książka. Czyta się to bardzo fajnie, bo jest to po prostu opisanie tego wszystkiego.

 

PS: Pomaga ci to w tym co robisz?


SP: W sensie faktograficznym tak. Mam te książki przed sobą, gdy zapala mi się lampka w komputerze, że koniec śpiewania i zaczynamy pisać.

 

PS: Ile jest książek o T.Love?


SP: Trzy. Jedna Muńka z 1993 roku, która mówi o starym T.Love przede mną, nim ja doszedłem, do momentu piosenki „Warszawa” gdy stała się nr 1 w Trójce. Dwa lata temu wyszła oficjalna biografia „Potrzebuję wczoraj” i książka napisana przez panią Pateraz, która jest dołączona do agorowskiego koncertu „Najmniejszy koncert świata”.

 

PS: To chyba było rok temu.


SP: Rok temu zagrał Muniek.

 

PS: Bo było tak, że grał Muniek, T.Love i ty.


SP: Ja grałem w tej nowej odsłonie. Sidney zagrał jako Sidney i Muniek zagrał jako Muniek solowy. Natomiast ze cztery lata temu zagraliśmy koncert jako T.Love. I do tego była właśnie książeczka, która jest dość obszerna. W zasadzie to są te trzy pozycje.

 

PS: One ci pomagają w tworzeniu twojej pracy?


SP: Pomagają mi najbardziej moje stare notatniki. Bez notatnika to ciężko w takiej muzycznej pracy. Chociaż kilka lat przejechałem na iCall Macintosha.

 

PS: Wróćmy jeszcze na chwilę do „Najmniejszych koncertów świata”. Jak bardzo inne są od tych normalnych? Koncert polegał na tym, że z artysta grał w pierwszej edycji dla dziesięciu wybranych osób, a w drugiej edycji dla dwudziestu. Jak się gra kiedy każdego z publiczności możesz widzieć z osobna, podejść do niego i przybić mu piątkę?


SP: Gra się dobrze, chociaż generalnie jest stres, bo jakby nie patrzeć jest to cezura. Jest to żywe granie, którego nie da się później specjalnie popoprawiać. Można to przemiksować, poprawić jeden dźwięk, ale wokalu to już się nie da za bardzo. Jest to ten stres, że trzeba być w naprawdę dobrej formie, żeby zagrać z czadem. W tym sensie jest to trudne zadanie. Trafiają tam ludzie, którzy znają piosenki i z jakiś względów się tam dostali.

 

PS: Nie są to przypadkowi ludzie.


SP: Dzięki temu, że nie są to przypadkowi ludzie w przypadku Sidneya ten koncert odbył się w takiej rodzinnej atmosferze. Sam byłem zdziwiony, bo znali większość tekstów i bawili się ponadprzeciętnie.

 

PS: Dlaczego byłeś zdziwiony? W końcu twoje utwory polegają na tekście. Nie wierzysz w swoje powodzenie?


SP: To nie jest kokieteria. Niektórzy wiedzą co to jest, niektórzy nie. Niektórzy kojarzą mnie tylko z jednej piosenki „Otwieram wino”, inni dorzucają do tego jeszcze „Chmiczówkę” i to tyle. W przypadku drugiej płyty może ktoś tam słyszał „Deszcz”.

 

Generalnie to nie jest specjalnie popularny zespół, aczkolwiek radzimy sobie. Jesteśmy w trakcie budowania swojej publiczności. Jedziemy teraz na trasę koncertową po całej Polsce.

 

PS: Gdzie będziecie grać?


SP: Całą jesień będziemy grać, zagramy 22 koncerty jak wrócę z Ukrainy, bo na dniach jadę do Kijowa, później na Krym.

 

PS: Lekkie wakacje?


SP: Tak, teraz lekkie wakacje, bo cały okres normalnych wakacji graliśmy.

 

PS: Najlepszy czas do grania to przecież wakacje.


SP: Z Sidneyem zagraliśmy kilka bardzo fajnych koncertów nad morzem. Udało nam się zagrać w fajnych miejscach i miejscówkach nadmorskich z młodzieżą, także super.

 

PS: A w tych miejscach takich reggaeowych jak Ostróda, Bielawa też byliście?


SP: Nie.

 

PS: Ominęło cię to tak po prostu czy nie chciałeś?


SP: Ominęło mnie tak po prostu. To jest ten problem Sidneya, że Sidney nie jest tak sprofilowany - reggae, folk... Nie do końca. Stoję tak okrakiem na tych wszystkich gatunkach .

 

PS: To nikt nie uważa cię za swojego.


SP: Trochę tak jest. Gdybym ja jeszcze tak czuł, że muszę się zdeklarować jako rastafarianin.

 

PS: A to trzeba tak? Nie można pojechać i wystąpić na reggae festiwalu bez deklarowania się?


SP: Mniejsza o większość. Wydaje mi się, że za rok pojedziemy.

 

PS: Na pewno jest taki zestaw pytań, które dziennikarze zawsze ci zadają albo przynajmniej słyszysz je bardzo często. Którego z nich najbardziej nie lubisz?


SP: Zadałeś je wcześniej. <śmiech> Wszyscy pytają mnie dlaczego Sidney. Żartuję. Najczęstsze pytanie, które trafia mi się zawsze to „Czy otwieram wino ze swoją dziewczyną”. Ale ja cię nie podejrzewam o takie pytanie. Takie pytanie pojawia się zawsze, kiedy podchodzi taka dziewczynka z liceum szesnaście, siedemnaście lat, która zaczyna pracę w radiu internetowym czy coś takiego. To w ogóle jest bardzo fajny wiek i ja nie mam nic do tego.

 

PS: Fajny wiek i fajna koncepcja na życie.


SP: Fajna koncepcja, bo ja teraz też mogę się pochwalić, że nie znałem radia z tej drugiej strony.

 

PS: Do tego jeszcze dojdziemy, a teraz opowiedz mi o tym najgorszym pytaniu.


SP: To jest najgorsze pytanie „Czy otwieram wino ze swoją dziewczyną”.

 

PS: A ty wtedy odpowiadasz, że nie, że nie ze swoją?


SP: Odpowiadam, że otwieram ze swoją i z jej koleżankami. <śmiech> Później pada pytanie czy naraz, a ja, że naraz. <śmiech>

 

PS: Miałem pytanie o inną piosenkę. Czy zajmuje cię polityka, bo w „Deszczu” z pierwszej płyty dość mocno jedziesz po naszym kraju.


SP: Takie miałem przemyślenia. Ja generalnie, jako artysta, nie chcę się ujawniać ze swoimi politycznymi wyborami, chociaż mam je bardzo mocne, a ludzie, którzy mnie znają wiedzą kogo lubię, kogo nie. Kogo cenię, szanuję, a kogo nie szanuję. Uważam, że by mi to przeszkadzało gdybym przenosił to na grunt piosenki. Wydaje mi się, że żeby śpiewać o polityce to trzeba mieć jakiś plan, misję. Prędzej Muniek i Kazik to ludzie, którzy mogą się politycznie określać za każdym razem i nikt ich nie posądzi o żaden koniunkturalizm. Natomiast ja w swojej twórczości wolałbym nie zabierać głosu na ten temat.

 

PS: Chociaż nie da się uciec od polityki.


SP: Nie da się uciec. Wiele rzeczy mnie obecnie denerwuje i jestem bardzo krytyczny, natomiast nie chciałbym...

 

PS: Po prostu nie chcesz się jednoznacznie określić politycznie jako Sidney Polak?


SP: Odmawiam także wszelkim próbom wciągnięcia zespołu Sidney Polak w jakieś granie u kogoś w kampaniach. Chociaż raz mi się zdarzyło. Ale to dlatego, bo w klasie w ławce siedziałem z Tomkiem Sommerą, który jest naczelnym „Najwyższego czasu” i grałem u niego na weselu, bo mnie o to poprosił. Grałem, a przede mną kicał Korwin Mikke. Było super, przybiłem sobie z nim piątkę, okazał się po prostu przemiły prywatnie.

 

PS: Niejednego nauczył gry w brydża.


SP: Słyszałem waśnie, że jest mega brydżystą.

 

PS: Jest mega mózgiem, to prawda. Gościem „Chwili na-Gości” w Radiu Złote Przeboje był Sidney Polak. Bardzo dziękuję za wizytę w studiu i zapraszam jeszcze.


SP: To ja bardzo dziękuję.

SŁUCHAJ ZŁOTYCH PRZEBOJÓW!