Chwila na-Gości: Renata Przemyk

Renata Przemyk w rozmowie z Wojtkiem Babiarczykiem dla Radia Złote Przeboje. Posłuchaj!

 

 

Wojtek Babiarczyk: „Chwila na-Gości” w Radiu Złote Przeboje. Wojtek Babiarczyk z tej strony, kłaniam się nisko. Obok mnie niezwykły gość. Renata Przemyk w  studiu Radia Złote Przeboje. Witam.


Renata Przemyk: Dzień dobry, witam pięknie.

 

WB: Tym bardziej cieszę się na to spotkanie Renato, bo pochodzimy z tego samego pięknego miasta Bielsko-Białej.


RP: Dowiedziałam się o tym przed samym programem. W dodatku mieszkaliśmy niezwykle blisko siebie.

 

WB: Prawie okno w okno.


RP: Dokładnie blok w blok.

 

WB: Szkoda, że nie miałem wtedy lornetki, ale to już rozmowa na całkiem inny temat. Renato zacznijmy od pytania jak to wszystko się zaczęło? Z tego co wyczytałem z twojej wielkiej muzycznej historii wynika, że zaczęłaś od śpiewania w kościele. Czy to prawda?


RP: To wtedy było jedyne grono, które nie mogło mi odmówić. <śmiech> Tym bardziej, że wszyscy byliśmy po tej samej stronie, co też było dość miłym uczuciem, które początkującemu zapewnia dość duży komfort. Zaczęło się od kolęd. Rzeczywiście fajnie było poczuć siłę tych mocnych głosów. Dzięki naszemu znakomitemu panu organiście byliśmy takim rozśpiewanym kościołem, który oprócz tego, że przygrywał do mszy to jeszcze uczył szkoły muzyczne. Był naprawdę super zawodowcem. Tam panowała fantastyczna akustyka. To była wielka przyjemność poczuć siłę głosu w takim miejscu. Poza tym ja zawsze miałam skłonność do mistycyzmu, a tam dużo pozytywnych rzeczy łączyło się w jedno. Potrafiłam jeszcze pogłębić tę przyjemność śpiewania i zrobić z niej dodatkowy użytek. Faktycznie od tego się zaczęło.

 

WB: Chętnie chodziłaś na te spotkania czy ktoś cię wysyłał na nie?


RP: Wszystkie związki, zwłaszcza związane ze śpiewaniem.

 

WB: Niezależnie czy to było w kościele?


RP: Od kościoła się zaczęło. Potem stworzyliśmy grupę pomocową, ale nie zaniedbując broń Boże śpiewania, które sprawiało nam ogromną przyjemność. Graliśmy na nietrącącym na popularności instrumencie zwanym gitarą. Próbowaliśmy nawet wnosić wzmacniacze do kościoła. Potem były gitary elektryczne. Chcieliśmy sobie dodać w ten sposób nie tylko siły wewnętrznej, ale też zewnętrznej.

 

Była to pierwsza bariera postawiona nam w kościele. Proboszcz wtedy już nie był tak wyrozumiały. Forma jednak trochę go przerosła.

 

Ale wszystko dzieje się po coś. Od tamtej pory rozwijam swoją duchowość również o techniki przeróżne, nie tylko modlitewne. Dowiedziałam się, że bardzo ważna jest forma, ale też to, że wszystko co nas spotyka dzieje się po coś. Trzeba nam było postawić zaporę byśmy zaczęli szukać dodatkowych form wyrazu. Nagle jakby spod ziemi pojawił się zespół, który słyszał mnie na jakiejś grupie oazowej. Jakiś kolega koledze coś powiedział. I tak z dnia na dzień okazało się, że śpiewam w trzech zespołach. Całe szczęście, że zapanowałam nad swoją edukacją licealną i ogarnęłam temat. Zaczęło mi to sprawiać coraz większą frajdę. Zobaczyłam, że to co robię w ogóle komuś się podoba. Jest to taki etap, w którym człowiek orientuje się czy coś potrafi, że głos rzeczywiście fajnie brzmi, że śpiewa na tyle wyraźnie, że publiczność go rozumie. Interesowało mnie czy ktoś się uśmiecha gdy śpiewam, a może ktoś zainteresuje się trochę bardziej? To był fajny czas rozwoju na wielu polach. Pole muzyczne było chyba faktycznie zagospodarowane najbardziej.

 

WB: W szkole średniej zaczęłaś grywać w różnych zespołach. To był chyba taki okres w twoim życiu bardziej rock'n'rollowy. Czy mogę tak śmiało powiedzieć? A może był to okres bardziej rockowy?


RP: Każdy z tych zespołów był nieco inny. Gdzieś tam pozostał ten nurt. Słowo „religijny” może nie oddaje tego w pełni, ale pisaliśmy muzykę do poezji Twardowskiego. Zdarzały się też przeboje Phila Collinsa, do których pisaliśmy własne teksty natchnione. Był zespół rockowy, rockowo-jazzowy. Dla licealisty, zwłaszcza na tym początkowym etapie, ma to ogromne znaczenie. Zawsze interesowało mnie, oprócz tego jak śpiewam, co śpiewam. To mi zostało do dziś. Muzycznie było to na etapie poszukiwań bardzo szeroko zakrojonych. Każdy z tych zespołów reprezentował nieco inne poglądy i gusta muzyczne. Na początku dla mnie bardzo ciekawe było też poszukiwanie i sprawdzanie się w różnych rejonach. Potrzebowałam trochę czasu, żeby wybrać nie jeden gatunek, ale kilka tych ulubionych.

 

WB: Kto był twoim idolem muzycznym w tamtym okresie? Wyczytałem, że Tom Waits. Czy to prawda?

 

RP: To był już początek studiów.

 

WB: A liceum?


RP: Niespecjalnie miałam idoli. Nie przypominam sobie Właściwie nie powinnam się przyznawać, bo może to być źle odczytane, ale nigdy nie zbierałam autografów, nie zbierałam plakatów. Plakaty były mi wtedy potrzebne, bo miałam odrapaną ścianę. <śmiech>

 

WB: Chyba każdy w tym okresie potrzebował ich do tego.

 

RP: Miałam starszego brata, który wypełniał tę lukę i czasem do domu coś przynosił, plakat z jakimś gitarzystą, choć nie zawsze wiedziałam jakiego zespołu. Podobali mi się faceci z długimi włosami, dlatego zwykle były to rockowe zespoły.

 

WB: Europa? Kiss? Czy trochę za ostro?


RP: Kiss nie. Jeszcze nie stosowałam wtedy makijażu. <śmiech> Malowniczo to wszystko wyglądało, to prawda. Byłam i nadal jestem bardzo ciekawa świata, nowości. To miało aspekt bardziej poznawczy i rozwój szeroko pojęty. Wtedy nie wiedziałam dokładnie czego chcę i jaki gatunek mnie konkretnie interesuje. Bardziej wiedziałam czego nie chcę. Nie ciągnęło mnie nigdy na przykład do Mrągowa. Chyba, że nad jeziora.

 

WB: Z Warszawy bardzo blisko do Mrągowa, z Bielska-Białej trochę dalej i była to całodniowa wyprawa. Zajmijmy się teraz dużo bardziej przyjemnym tematem czyli czasem, kiedy zaczęłaś się stawać popularna. To były studia, poznałaś zespół Jochozna.


RP: Nie do końca tak było, bo ten zespół powstał przy moim udziale. Druga jego połową i założycielem był Sławek Wolski. Spotkaliśmy się na studenckim festiwalu piosenki, podczas którego zdobyłam wyróżnienie. Sławek stwierdził, że założymy zespół i za rok wygramy. To był jeden z tych planów, który wydawał mi się bardzo szalony i bardzo mało realny, ale dałam się porwać temu entuzjazmowi. Okazało się później, że ta wizja-wróżba spełniła się, a potem zaczęło się dziać z rozpędem.

 

WB: To był 1989 rok kiedy wygraliście konkurs piosenki studenckiej, Grand Prix. Pamiętasz ten okres?


RP: Pamiętam. To był przełomowy moment w moim życiu. Była tam jeszcze nagroda dziennikarzy. Była też akceptacja słuchaczy. Pojawiły się kolejne propozycje. W tym samym roku byliśmy też na festiwalu w Opolu. I tam wystąpiliśmy nie w debiutach, a w kabaretonie. Uznaliśmy, że tak będzie śmiesznie. Następnego roku była propozycja występu w Sopocie, gdzie dostałam brązowy mikrofon dla solistki. W następnym roku udało nam się wygrać w Opolu, a w 1992 zdobyliśmy Bursztynową Płytę za indywidualność.

 

To poszło takim rozpędem, że trudno nie być oszołomionym, ale też trudno nie przyjąć do wiadomości tego, że być może jest to droga, którą chcę podążać w życiu. Potrzebowałam takiego mocnego zapewnienia. Ja wtedy robiłam studia filologiczne i wydawało mi się, że praca tłumacza gdzieś w zaciszu własnego kąta z nienormowanym czasem pracy to jest to, co jest mi pisane.

 

Mój brak pokory nie przejawiał się w demonstracjach i ekshibicjonizmie, ale właśnie w braku chęci do dostosowywania się. A tu okazało się, że było tyle elementów przemawiających za tym, że jest odbiorca. I to bardzo zainteresowany odbiorca tego co pokazuję, co śpiewam, jak śpiewam, jaką energię przekazuję. Jest takie ostatnio modne słowo „energia”, ale ja je sama po prostu lubię jako jedno z niewielu tych modnych. Przez te kilka pierwszych lat stwierdziłam, że faktycznie pójdę za ciosem, mimo całego stresu jaki temu towarzyszy. Pełnej zgody na to co się dzieje w środowisku nigdy nie było i nie będzie, dlatego też nigdy nie przeprowadziłam się do stolicy, z całym szacunkiem. Zależało mi, by jednak pozostać na tym offie z daleka od głównego nurtu, ale padła ta decyzja. To był najważniejszy moment. Jachozna przetrwała rok, nagrała jedną płytę. Przetrwała czas pierwszych nagród i pozwoliła mi dojrzeć do decyzji.

 

WB: Rok 1990 był dla ciebie ważny, bo wtedy pojawia się twoja pierwsza płyta.


RP: Płyta nagrana jeszcze z Jachozną.

 

WB: Pojawiają się twoje słynne, wielkie przeboje jak „Babę zesłał Bóg”, „Protest song” czy „Kochaj mnie jak wariat”.


RP: To piosenki, które zdecydowały o wygranej na studenckim festiwalu i przysporzyły mi późniejszych nagród. Potem były jeszcze nagrody z piosenkami z drugiej płyty już poza Jachozną.

 

WB: Czy grywasz jeszcze te stare piosenki? Czy są one bardziej modne od twojego nowego repertuaru? Jak to wygląda na koncertach?


RP: Chyba tylko „Baba” została, ale w totalnie innej aranżacji. Należę do tych niespokojnych duchów. Nie jestem w stanie wytrwać w miejscu dłuższą chwilę, a co dopiero tyle lat. Jak kiedyś usłyszałam od byłej szefowej mojej dawnej firmy fonograficznej to największy problem zawsze jest z artystami, którzy się rozwijają. Cierpię na tę przypadłość i mam straszną chęć życia, tworzenia, ciekawość świata, ciekawość muzyki. Przyszło nam żyć w takim przełomowym momencie, w którym na naszych oczach technika rozwijała się, ta muzyczna też, i to w takim tempie, że można wszystko zmieniać, dokładać i ulepszać brzmienie. Naprawdę te ostatnie dwadzieścia lat naszej muzycznej cywilizacji i pokory, czy braku pokory wobec techniki, czy korzystania z  tych wszystkich możliwości, które ten rozwój techniki nam dał... To przyprawia o zawrót głowy, bo przecież wychowałam się w domu bez telefonu.

 

WB: Teraz to niemożliwe.


RP: Pierwsze rozmowy telefoniczne były dla mnie dużym stresem z korytarza z akademika. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez komórki, bez komputera. Byłam też chyba jedną z ostatnich osób, które uruchomiły pocztę elektroniczną. Wszyscy mieli mi to za złe, wydawało im się, że ściemniam mówiąc, że nie mam maila, a ja faktycznie go nie miała. Pracę z komputerem zaczęłam od programu muzycznego.

 

Strasznie zafascynowało mnie to, że ja jako człowiek bez wykształcenia muzycznego, bez dyplomu, nagle przy pomocy tych wszystkich narzędzi elektronicznych mogę w końcu swoją wizję zrealizować i mogę usłyszeć to co wcześniej słyszałam tylko jako głos wewnętrzny. Dzięki programowi muzycznemu mogę zanotować, zaaranżować, zasymulować takie lub inne brzmienie. Mogę zrobić coś w kilku wersjach i dopiero dać zespołowi do grania.

 

Wcześniej trzeba było wszystko niejako na piechotę opowiadać, co dla mnie jako osoby, trudno w to dziś uwierzyć, ale małomównej opowiedzieć o muzyce zawodowym muzykom było nie lada wyzwaniem. Powiedzieć jak mają zagrać, jak to sobie wyobrażam. To było strasznie trudne. Dopiero kilka lat później okazało się, że mogę im przynieść niemal gotowca. Ciągle jestem pod ogromnym wrażeniem tego, że dostałam do ręki to narzędzie, którego brakło mi kiedyś do edukacji muzycznej.

 

WB: Na twoim koncie jest dziesięć płyt. Którą z nich najbardziej wspominasz? Tą ostatnią czy tą pierwszą?


RP: Każdą inaczej. Strasznie trudno jest wybrać jedno ze sowich dzieci. Ja zawsze wkładałam całe serce w to co robię. Było to działanie na sto procent, które zresztą doprowadzało do dużego stresu pracowników. Wydawało mi się, że wszyscy powinni działać na sto procent. To co robiliśmy sięgało takich wyżyn emocjonalnych i perfekcyjnych. Chciałam, by to zapadło w pamięć i w serce, żeby pochodziło gdzieś z głębi i było tak maksymalnie nasycone. Nie jestem w stanie pracować inaczej. Jest to coś co jest esencją mojego życia. Jak już się w coś angażuję, to tak do spodu. Z latami okazało się, że nie wszyscy tak mają. <śmiech> Z latami nauczyłam się też tolerować, że nie wszyscy tak mają i docierać do ludzi w inny sposób. Zobaczyłam, że można.

 

Każda z tych płyt była na moment w którym powstawała, była nagrywana. Zresztą ja jestem z tych, którzy od pierwszego do ostatniego dźwięku muszą przy wszystkim być. Jeżeli nie wszystko sama stwarzałam to musiałam nad wszystkim czuwać. Później z latami coraz więcej robiłam sama. Zarówno kompozycje, jak również aranżacje Wszystko było moje. To jest moja pasja i uwielbiam to robić. Każda z płyt była zapisem emocjonalnym, ale też jakiegoś poziomu mojego rozwoju, nie tylko w sensie ludzkim i duchowym, ale też technicznym mojego dojrzewania na tamten moment. Do tej pory jak umiejscawiam gdzieś w czasie te płyty to one łączą się z jakimiś przeżyciami. Zawsze powstawały na bazie tych przeżyć i były na szczęście artystycznym, przetworzonym ich zapisem. Zawsze unikałam dosłowności publicystyki. Tym bardziej trudno byłoby mi wybrać jedną. Jedno zawsze się powtarza, że najbliższe są te, które powstały ostatnio. W oczywisty sposób. Jeszcze pamiętam co czułam gdy pisałam i śpiewałam.

 

WB: Wydałaś także płytę do spektaklu teatralnego „Balladyna” wystawianym w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym. Czy było to wyzwanie dla ciebie?

 

RP: Była to pierwsza muzyka pisana dla teatru.

 

WB: Miałaś jakieś problemy z tym czy dałaś sobie bez problemu radę? Pomagał ci ktoś przy tworzeniu?


RP: To był jeden z tych momentów, które dają kopa w życiu. Trzeba czasem postawić człowieka w takim momencie, w takim punkcie. Była to dla mnie jedna z ważnych życiowych decyzji. Taki moment, gdy byłam przerażona ogromem odpowiedzialności i tym ciężarem. Z drugiej strony nie wyobrażałam sobie, że zmarnuję taką szansę. A szansa była ogromna. Mimo odległości z Krakowa do Koszlina, a to ogromna odległość, propozycja była niezmiernie interesująca.

 

W końcu to „Balladyna”. Sztuka, która daje kompozytorowi niesamowite możliwości, zwłaszcza komuś kto cały czas jedzie po emocjach, i to tak po bandzie równo. Do tego magiczne dwa słowa „wolność artystyczna” czyli coś co się bardzo rzadko zdarza w tej branży.

 

Dziś jednak pisze się na zlecenie, żeby uzupełnić jakąś większą całość. Trzeba dopełniać całości i być partnerem, a to jest bardzo trudne. Bałam się żeby tego wszystkiego nie przytłoczyć, żeby nie jakoś przesadnie skorzystać z tej wolności artystycznej. Ale chciałam zachować przyjemność jaką czerpię z radości tworzenia, a jednocześnie było to poczucie obowiązku, że muszę się wpasować i być częścią większej całości. To była pierwsza sytuacja kiedy nie byłam solistką. Ogromne wyzwanie o tyle trudne, że ta odległość uniemożliwiała nam częste próby. Potem okazało się, że w zasadzie ich nie było. Pojawiłam się z gotową muzyką według własnej wizji i scenariusza z jakimiś omówieniami dotyczącymi miejsca tych fragmentów muzycznych, które miały ilustrować wizję reżysera. To odobyło się w zasadzie na kilka dni przed premierą. Do tej pory pamiętam, że nagrywaliśmy do ostatniej chwili w szalonym tempie. Ogromnym wyzwaniem było też to, że dostałam na to strasznie mało czasu. Okazało się, że jest raptem pięć tygodni, z czego dwa to było komponowanie, a trzy nagrywanie do ostatniej chwili. Do świtu jeszcze zgrywaliśmy muzykę. Moja wczesna menedżerka, Anka Saraniecka, czekała w samochodzie. Wzięliśmy jeszcze ciepły materiał. Wyruszyliśmy rano żeby na wieczór dojechać do Koszalina. Na miejscu zostało zrobione specjalne zebranie z aktorami i reżyserem. Wysłuchali nagrania i zapadła cisza. Ja byłam daleko od studia, byłoby ciężko cokolwiek zmienić. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że na szybko reżyser zmieniał niektóre sceny, żeby moja muzyka miała więcej miejsca. Zadebiutowałam z hukiem. Gdyby nie moja wrodzona pokora <śmiech> Tak szczerze mówiąc to byłam oszołomiona i szczęśliwa, że się jednak spodobało. Udało się wtedy wynegocjować honorarium bardziej pod kątem tego ile będę potrzebowała na studio. Wszystko poszło na to studio. To była po prostu sztuka dla sztuki. Byłam tak zaangażowana. Wtedy z realizatorem Maćkiem Pawłowskim złapaliśmy taki cug, że czas dla nas przestał płynąć.

 

Był to pierwszy raz, gdy weszłam w taką pętlę czasu. Tylko wchodziłam do studia i nagrywałam kolejne wokale, jakieś wokalizy.

 

Nakręcaliśmy się, że jest to jeden z utworów, w którym jest osiemdziesiąt ścieżek. Po prostu tak to urosło. Stworzył się tam nasz mały mikroklimat, nasz świat. Była to pierwsza, poza dziecinnym teatrzykiem w rodzinnym Bielsku, taka wielka przygoda z teatrem, która trwa do dziś. Kilka dni później siedziałam na premierze i oglądanie tego wszystkiego sprawiało mi ogromną satysfakcję. Oczywiście nie siedziałam na widowni jako gość, ale przy akustyku. Pewnie nie wytrzymałabym na widowni. <śmiech> Miałam wpływ do ostatniej chwili jak to ma wyglądać - wszystkie grzmoty i to jak Balladynę szlag trafia na koniec. Czułam jakby to we mnie ten piorun trafiał. To było niesamowite uczucie. Okazało się później, że od tego wszystko się zaczęło, ta moja przygoda teatralna. Tam wtedy był na widowni reżyser, który zaproponował mi później napisanie muzyki do „Odjazdu”. Wcześniej moja firma fonograficzna zdecydowała się na wydanie płyty z muzyką z „Balladyny”. Potem powstał właśnie „Odjazd” dla teatru Rozrywki w Chorzowie, z którego też wyszła płyta. W międzyczasie były też role teatralne. Zresztą do tej pory mam na koncie niewielką, aczkolwiek znacząca rolę w „Tramwaju zwanym podzadaniem” w teatrze Bagatela w Krakowie. Parę miesięcy temu odbyła się premiera sztuki „Szyc” teatru Barakah w Krakowie, do której miałam przyjemność napisania muzyki. Też szykuję się na wydanie tego materiału. Wygląda na to, że to nie koniec.

 

WB: To jest teatr, a film? Dostałaś jakąś propozycję, żeby napisać muzykę do filmu?


RP: Chyba jestem bardziej teatralna. Miałam jeden przypadek jeśli chodzi o muzykę filmową. Miałam przyjemność pracować z Zygmuntem Koniecznym przy muzyce, którą on komponował do filmu Jana Jakuba Kolskiego „Grający z talerza”. Tam były wokalizy między innymi kojarzące się ze śmiercią. To też bardzo ciekawy motyw. Zdarzyło mi się kilkakrotnie być kojarzoną z postaciami związanymi z zaświatami, ze śmiercią. W „Opowieści wigilijnej” grałam muzę przyszłej wigilii. Teraz gram w teatrze meksykankę będącą alegorią śmierci. Tak jak mówię - jadę po skrajnych emocjach. Mam nadzieję, że budzi to skrajne emocje i zapada gdzieś tam na dłużej. Na tym mi tak naprawdę bardzo zależy.

 

WB: Jedenaście lat temu na rynku pojawiła się kompilacja twoich największych przebojów. Usłyszeliśmy tam twój duet z Kasią Nosowską. Dlaczego właśnie Kasia Nosowska?


RP: Szczęśliwy przypadek. Od samego początku darzyłyśmy się dość dużą wzajemną sympatią, ale potrzeba było kilku lat byśmy zupełnym przypadkiem spotkały się na jednym Sylwestrze. Potem byłyśmy rzeczywiście w ściślejszym kontakcie.

 

Kasia oprócz tego, że jest wspaniałą artystką jest do tego osobą, z którą fantastycznie spędza się czas. W tym wypadku sytuacja była trochę utrudniona przez odległość. Geografia stanęła nam na drodze.

 

Może właśnie dlatego, że spotkania nie były zbyt częste, stały się bardziej intensywne. Po kilku takich spotkaniach u mnie na werandzie przy kawce stwierdziłyśmy, że może by to przypieczętować. Tutaj nie czekałam długo. Przyszła mi do głowy piosenka, którą zaproponowałam Kasi do udziału. Tekst napisały wspólnie z Anką Saraniecką, autorką tekstów z którą współpracuję już od 20 lat. W zasadzie powstało z tego takie przyjacielskie trio. Był to taki moment naszej przyjaźni, gdy mówiłyśmy o tym z dumą, bo byłyśmy bardzo zżyte. Dziś dalej się przyjaźnimy, ale każdy kto się przyjaźni wie, że przyjaźń poprzechodzi różne etapy. Obie mamy dzieci. Czas rozmieniał się na koncerty, odległość i w końcu czasu dla siebie stało się mniej. Po tym najintensywniejszym okresie został zapis w postaci piosenki, która jak się okazało, trafiła do serc słuchaczy. Bardzo ją lubię, śpiewam ją na koncertach i widzę, że słuchaczom ciągle się podoba.

 

WB: Wiele koncertowałaś. Wyjeżdżałaś do Francji, Niemiec, Stanów Zjednoczonych. Który koncert za granicą utkwił ci  pamięci jakoś bardzo szczególnie?


RP: Wszystkie wiążą się z dużymi emocjami i bardzo pozytywnie je wspominam.

 

WB: Gdzie publika była spokojna, a gdzie bardziej emocjonalna?


RP: Najspokojniejsza była chyba w Kolonii, ale to chyba taka specyfika miasta. <śmiech> Poza Francją były to środowiska polonijne. Francję wspominam szczególnie, głównie dlatego, bo byliśmy tam około miesiąca i była to trasa. Śpiewaliśmy dla miejscowej francuskiej publiczności. Istotne jest tu to, że śpiewałam po polsku. To odnosiło się raczej do zapowiedzi. Nauczyłam się kilku zdań zapowiedzi po francusku. Okazało się, że z całego mojego francuskiego najlepszy jest akcent. Tak ładnie wypowiedziałam te kilka zdań, że ludzie nie chcieli mi wierzyć, że nie znam języka. Dopiero później zaczęliśmy dowiadywać się w jaki sposób ludzie trafiali na koncerty. Mieliśmy wówczas zaprzyjaźnionego menagera, który był tłumaczem. Część koncertów organizował sam, a część przy współpracy z Festiwalem Kultury Polskiej, który wtedy miał miejsce. Część koncertów była waśnie z tego rozdania. Później on też był ciekaw w jaki sposób osoby trafiały na koncerty poza festiwalowe. Okazało się, że przemówiły do nich plakaty. Był plakat, który po prostu się „wgapiał”. Były tam oczy wpatrzone w widza. Okazało się, że podziałało to na tyle, że ludzie mieli ochotę przyjść, zobaczyć i posłuchać kogoś, kto się tak gapi z plakatu tym wilczym wzrokiem. <śmiech> Wszystkie koncerty były bardzo udane, kończyły się bisami. Wydawało mi się, że śpiewać bardziej wyraźnie to lepiej to do nich dotrze. To co mogłam nadrabiałam ekspresją.

 

Przetłumaczyliśmy kilka utworów i w postaci ulotek rozdawaliśmy te teksty, żeby tekst, który jest dla mnie ważny docierał do nich, do słuchacza, przynajmniej w takiej formie.

 

Mieliśmy także czas by trochę pozwiedzać, bo było osiem koncertów i miesiąc pobytu. To też miało znaczenie - dzięki temu trochę weszliśmy w te tematy, w tę atmosferę. Bardzo miło było mi konstatować w tych mniejszych miasteczkach. Stereotypy mają się nijak, bo ludzie byli bardzo serdeczni. Może można je przymierzać tylko do tych większych miast. Megalomania, nieznajomość języka W maleńkich miasteczkach ludzie świetnie porozumiewali się po angielsku i byli bardzo serdeczni z sercem na dłoni. Niezwykle miło wspominam tamten czas.

 

WB: Czy mocno chronisz swoją prywatność?


RP: Oczywiście, jest to w końcu moja prywatność. To jest moje życie.

 

WB: Szukałem pewnych informacji, nazwijmy to „skandalicznych”, na twój temat. Naprawdę nic nie znalazłem.


RP: Tych informacji akurat nie chronię. Ich po prostu nie ma.

 

WB: Bardzo jesteś zamknięta?


RP: Skandale przy zamkniętych drzwiach, tylko i wyłącznie. Ekscesy i huczne imprezy za pancernymi drzwiami. <śmiech> Moi bliscy są bardzo dyskretni. Nie chodzi o to, że ja nie chcę tylko jak to zrobić.

 

WB: A czy ci tego nie brakuje? Wielkiego zainteresowania twoją osobą?


RP: Broń Boże. Zdecydowałam się na bycie osobą publiczną ze względu na to, by moja muzyka miała możliwość dotrzeć do ludzi. To jest łącznik mój ze światem. Jak prywatny człowiek nie mam potrzeby bycia w świetle fleszów. Wolę wygrzewać się w naturalnym słońcu niż na bankietowych parach i innych reflektorach. Wręcz krępuje mnie, że ktoś z aparatem może zaglądać mi w dekolt, pod spódnicę czy w talerz. To, że interesuje go to, co jest w naturalny sposób konieczne i przynależne człowiekowi - moja prywatność. Jednak musi być jakaś czerwona linia, za którą dla higieny psychicznej dopuszczać innych nie wolno. Jest wiele osób, które udostępniło swoje życie, a później tego żałowało. Bez swojej własnej przestrzeni po prostu nie da się żyć normalnie. Dlatego też mieszkam na wsi pod Krakowem, a nie w samym Krakowie. Mieszkam na zwyczajnej wsi, gdzie mam czyste powietrze i przestrzeń. Docierają tam ludzie, którzy chcą, których zapraszam. Zdarzają się też większe imprezy. Były strasznie fajne Sylwestry, ale najfajniej wychodzą kinderbale. <śmiech>

 

Należę do tych, którzy umieją i lubią się bawić, brać życie pełnymi garściami. Tak jak już wspominałam - gdy robię coś to na sto procent, również w tej dziedzinie. Dla mnie życie nie jest produktem.

 

Jakby nie patrzeć tworzenie muzyki, czym się zajmuję, jest działalnością usługową. Polega to na wymianie szeroko pojętej wszelkich dóbr intelektualnych, ale nie tylko, między tym kto daje coś od siebie, a tym co konsumuje. Mówiąc w ten sposób wchodzimy w prawo dawania i brania, ale jako prywatny człowiek najlepiej być naturalnie u siebie, gdzie nie muszę się martwić, gdy wychodzę w piżamie na werandę, że zaraz zostanę ze wszystkich stron obfotografowana. A tak na marginesie to wydaje mi się, że nie generuję sytuacji, które mogłyby być dla tych wszystkich łowców sensacji atrakcyjne. Póki co nie mam niczego sztucznego czym mogłabym pokazywać. <śmiech>  Nawet specjalnie brzydkich słów nie używam. W piosence musi to być absolutnie uzasadnione. Może nie jestem zbyt atrakcyjna dla paparazzich ani tych wszystkich portali I niech tak zostanie.

 

WB: Czy dostajesz propozycje wzięcia udziału w takich telewizyjnych programach jak „Taniec z Gwiazdami”? Czy ktoś do ciebie dzwoni w tych kwestiach?


RP: To jest tak, że do pewnego momentu dostawałam jakieś propozycje. Po dwudziestu latach mojego istnienia w show biznesie chyba już zaczęli się domyślać, że się nie zgadzam.

 

WB: A nie chciałaś spróbować?


RP: Nie To nie jest tak, że jakoś źle oceniam ludzi, którzy tam występują. Są różnego rodzaju osobowości. Są ludzie, którym bycie w centrum zainteresowania sprzyja. Są lwami czy lwicami salonowymi. Produkuje to u nich dodatkową adrenalinę, świetnie się tam czują i przy okazji uprawiają jakiś rodzaj sztuki. To, że wystąpią w jakimś programie nie będzie w żaden sposób kolidować z ich aspiracjami artystycznymi, a jeszcze może w jakiś dodatkowy sposób reklamować ich produkt. To jest szeroko pojęta rozrywka. Można w tym połączyć dobrą zabawę i te parę złotych w postaci honorarium, które się dostaje. I proszę bardzo! Często są to ogromne wyzwania. Zdarzyło mi się widzieć kilka takich rozmów, gdzie widać, że ci ludzie ciężko pracują nad formą fizyczną. Oni tam poświęcają czas i energię. Często jest tak, że jest to dla nich moment przełomowy, ponieważ spotykają w takim programie partnera życia czy odchudzają się nagle. I to, że robią to na oczach milionów widzów nie przeszkadza im. Proszę bardzo, niemniej to jest zupełnie nie mój świat, nie moje klimaty. Nie odczuwam potrzeby żadnej determinacji i całe szczęście potrzeby finansowej też nie, by musieć chcieć to robić. Kto chce niech robi. Czasem zdarza mi się oglądać. Nie ukrywam, że patrzę na to z takim życzliwym zaciekawieniem jak ktoś sobie radzi, pokonuje kolejne szczeble. I fajnie, powodzenia im życzę!

 

WB: W listopadzie zeszłego roku pojawiła się wspólna płyta razem z Kayah do piosenek Starszych Panów. To były „Panienki z temperamentem”. Dwa różne światy - Kayah i ty. Co was połączyło jeszcze poza muzyką?


RP: Jak się przyjrzeć okładce, to widać dwie charakterne, które niejedno w życiu przeżyły i z niejednego pieca chleb jadły. Różnic i podobieństw myślę, że jest tyle samo. Obie mamy bogatą przeszłość i nie wszystko od razu nam się udawało w tak sposób jak jest teraz - „pstryk” program jeden, drugi i ktoś staje się osobą znaną zanim ktoś zacznie robić coś na poważnie z czego powinien być znany. My jesteśmy z tego pokolenia, które dochodziło do swojej drogi. Najpierw była pasja, krystalizował się charakter i gust. Bardzo wiele rzeczy robiłyśmy i robimy same przy swojej muzyce. To jest na pewno coś co nas łączy.

 

WB: Jak doszło do tego spotkania, jak wybrano akurat ten repertuar, zdecydowano się na tę płytę i dlaczego Kayah? Jak to się zaczęło?


RP: Padła propozycja jednego z wydawnictw dotycząca piosenek Starszych Panów. Chyba nie będę specjalnie oryginalna jeśli stwierdzę, że te piosenki są znakomite i wiecznie młode. Melodyjne, nośne, ponadczasowe, emocjonalne. Zaczęło się od mojego udziału w dwóch piosenkach w pierwszej składance. To miała być składanka, jednak później okazało się, że dwóch starszych panów zostało bardziej wyciągniętych na afisz. Ale producent powiedział, żebyśmy się nie martwiły, bo zostanie przygotowana kolejna płyta na której w końcu zrobimy to co byśmy chciały obie, bo Kayah też brała udział w tej płycie. Z Kayah znamy się już od „x” lat. Tu też były okresy spotykania się częstszego i rzadszego, jak to bywa w tej branży i w życiu ogólnie. Obie ucieszyłyśmy się, że będziemy mogły popracować nad czymś wspólnym. Zdarzało nam się spotykać raczej prywatnie i zbliżać światopoglądowo w różnych rozmowach, bardziej nasyconych i intensywnych. Zwłaszcza kiedy pojawiałam się w Warszawie na promocji płyty. Raz nawet mieszkałyśmy bardzo blisko siebie, co zaprocentowało bardzo częstym spotykaniem. Była to dla nas szansa na szybką wymianę informacji. Strasznie ucieszyłyśmy się, że możemy zrobić to co chcemy. Został nam obiecany wpływ na aranżacje. Potem nie w pełni zostało to dotrzymane, ale miałyśmy wpływ na repertuar. Obu nam zależało, żeby były to piosenki kobiece i emocjonalne. Większość moich jest z repertuaru Kaliny Jędrusik.

 

To była dla mnie szansa i wyzwanie do zmierzenia się z jakimś wyższym stopniem kobiecości. Bardzo ciekawe doświadczenie. Ja bardzo rzadko i dość późno zaczęłam śpiewać piosenki i okazjonalnie piosenki innych wykonawców. Przez pierwsze paręnaście lat swojego śpiewania unikałam piosenek, których nie napisałabym sama albo które nie były napisane specjalnie dla mnie. Też musiałam dojrzeć do tego.

 

W tym wypadku również zaczęło się od teatru. Jak napisałam pierwszą piosenkę nie dla siebie, którą później przy odjeździe śpiewali aktorzy, to była pierwsza sytuacja kiedy pisałam piosenki, nagrywałam, aranżowałam nie dla siebie. Potem były one grane przez orkiestrę, z którą nauczyłam się pracować, bo byli to inni muzycy niż moi. Byłam tam dyrygentem! To było niesamowite doświadczenie. Starałam się im coś wytłumaczyć i nagle zaczęłam gestykulować w trakcie grania, a tu pojawiło się „forte”. Nie zdawałam sobie sprawy z władzy jaką posiadam. Przy teatrze nastąpił rodzaj pewnego otwarcia. Wszystko się poszerzyło, otworzyły się drzwi możliwości współpracy z innymi ludźmi i muzykami. Nauczyłam się też ustępowania pola na scenie. Zaczęłam się czuć trochę jak aktorka. „Aktorka” to za duże słowo w moim przypadku, ale takie sytuacje także miały miejsce. Dało mi to możliwość otwarcia na trochę inne doświadczenia. Pojawiło się kilka piosenek w duecie oraz propozycje udziałów w większych projektach. Rzeczywiście jest to największy projekt z kimś z zewnątrz, oparty nie na moich piosenkach. Jest to fantastyczne doświadczenie, miła współpraca i fajna pamiątka w postaci płyty.

 

WB: Jeśli miałabyś możliwość zaśpiewania z jakimś zagranicznym artystą to najpierw artystka. Kto to mógłby być?

RP: Jest jedna postać, która wywołuje dreszcz emocji od kilku lat, ale nie przyszłoby mi do głowy żeby z nią śpiewać. Bjork to jest taka postać, która mi się nie nudzi. Wiadomo, że czegokolwiek nie zrobi to będzie to super profesjonalne i na najwyższym artystycznym poziomie. Będzie to eksperymentalne, szalone i odjechane. Jest to osoba, która nie boi się, a sztuka i pasja są dla neij wymiernikiem czy robić coś czy nie. To jest ta rodzina wykonawców, do której chciałabym się zaliczać. Chciałabym wziąć udział w jakimś projekcie, który by robiła. Nie musi to być nawet koniecznie wspólne śpiewanie. Jest to świat w którym kiedyś, przez chwilę, chciałabym pobyć.

 

WB: Życzę ci tego. A teraz artysta zagraniczny. Kto?


RP: Z facetami faktycznie trochę ciężej. Jednak myślę bardziej po kobiecemu. Z Toma Waitsa wyrosłam już jakiś czas temu. Wtedy byłam na etapie glanów. Był to trochę punkowy etap, bo były i glany i krótkie spódniczki, mocny makijaż - rodzaj buntu w stylu „Mam tu swoje pole. Możemy pogadać, ale kulturalnie. I ja zaczynam”. <śmiech> Wtedy ta chropowatość, nonszalancja, luz, na który nie byłam jeszcze przygotowana, imponował mi i bardzo go potrzebowałam. Był on kompatybilny z tym, co dla siebie w muzyce wyobrażałam. Potem musiałam przejść etap Niny Hagen, gdzie był głos i to co można z nim zrobić. A można wiele. Z latami okazało się, że można jeszcze więcej niż człowiek myśli. Znowu w zeszłym roku zdecydowałam się na coś po raz pierwszy. Namówiono mnie na warsztaty. Pierwsze warsztaty jakie poprowadziłam były warsztatami z niepełnosprawnymi umysłowo. Po prostu coś niesamowitego! Jacy oni byli chłonni, chętni, robili wszystko o co się ich prosiło! Te głosy gdzieś tam brzmiały. Mam nadzieję, że te osoby się nie obrażą, bo nie mają powodu. Zdecydowałam się na prowadzenie takich warsztatów z młodymi ludźmi przy innej okazji. Okazało się, że ja jako osoba, która nigdy nie była profesjonalnie, a przynajmniej w taki zinstytucjonalizowany sposób szkolona, że dojrzałam do tego żeby coś przekazać. I nauczyłam się coś przekazywać. Robię to rzadko, ale były to niezwykle miłe chwile, gdy widziałam Chciałam powiedzieć „moje dzieci”. To nie były małe dzieci, ale osoby nastoletnie czy dwudziestoparoletnie. Jak ta kilkudniowa praca zaowocowała. Poczułam jak chętnie się daje, gdy ktoś chętnie bierze. Jest to kolejne doświadczenie, dzięki któremu jestem bardziej otwarta na doświadczenia różnego rodzaju.

 

Potrzebowałam dużo czasu, żeby ładnie dawać i nauczyć się dawać. Nie chcę być źle zrozumiana, ale wydawało mi się, że nie umiem dość dużo, żeby móc to przekazać. Wydawało mi się, że skoro nie kończyłam szkół muzycznych to nie będę dobrym pedagogiem.

 

WB: Lubisz marzyć?


RP: Uwielbiam marzyć, ale też musiałam dojrzeć do tego, że od marzenia do realizacji wcale nie musi być długa droga. Teraz mam więcej planów niż marzeń. Marzenie to jest pierwszy krótki etap, a potem są plany i realizacja.

 

WB: Czego ci w takim razie życzyć w tym nowym roku?


RP: Nie wiem. Zdrowia? <śmiech> Głównie zdrowia, bo z resztą sobie poradzę. Otacza mnie tyle fajnej energii, ciepłego przyjęcia i życzliwości. Mam w sobie coś w rodzaju alternatora. Jeżeli wprawię to w ruch, jeśli korzystam z tego zasilania, to ta energia się wymienia. Nawet po tej rozmowie czuję, co widać, że skorzystałam z twojej energii, przez co buzia mi się nie zamyka.

 

WB: Ja już czuję się trochę zmęczony. <śmiech>


RP: Nie jestem wampirem.

 

WB: Renata Przemyk była moim i waszym gościem w Radiu Złote Przeboje. Bardzo gorąco dziękuję.


RP: Ja również dziękuję i pozdrawiam serdecznie.

SŁUCHAJ ZŁOTYCH PRZEBOJÓW!