Chironia: Dyplomacja czy Mizelina?

Dyplomacja. Ten temat jakoś tak samoczynnie się narzuca na tle wizyty prezydenta Miedwiediewa w Polsce i przy okazji wizyty prezydenta Komorowskiego w USA - która okazała się wizytą z naciskiem na wizy.

 

I słusznie prezydent Komorowski położył nacisk na wizy, bo właściwie czemu my Polacy ciągle mamy wizy, a na przykład Węgrzy już nie? Może Amerykanom chodzi o to, że Polska to sojusznik Ameryki, ale Polak Węgier dwa bratanki, a bratanki naszych sojuszników są naszymi bratankami. A bratanki to przecież rodzina. A rodzinie to już wizę znieść wypada.

 

Ciekawe, że Polska nie jest dla Ameryki bratankiem, mimo że przez długie lata widziała w Ameryce dobrego wuja Sama. Za to Ameryka widzi w nas to miejsce przy pomocy którego mogłaby usiąść na Rosji. Albo miejsce do którego próbujemy Ameryce wchodzić bez ?wizeliny".

 

Nie no, nazywajmy rzeczy po imieniu. Po prostu Ameryka ma nas w i tu okazuje się, że jednak nazywanie rzeczy po imieniu bywa dość niedyplomatyczne. Wróćmy więc do dyplomacji

 

Prawdziwa dyplomacja polega na tym, że kierowca walca potrafi cię przekonać, ze tak naprawdę jest architektem krajobrazu.
Żeby zatem było dyplomatycznie napiszmy, że krajobraz stosunków na liniach Kreml - Belweder - Biały Dom niewiele się zmienił.  Wschód nam wciąż obrabia tył, a Zachód wciąż ma nas w tyle.

 

Chiro

SŁUCHAJ ZŁOTYCH PRZEBOJÓW!