Robert Makłowicz o miesiącu tułaczki z plecakiem... na "nielegalu"!

Redakcja
28.07.2020 15:47
Robert Makłowicz

Robert Makłowicz (Piotr Tracz / REPORTER / East News)

Najlepszy anegdociarz w Polsce opowiedział nam o swojej najbardziej ekscytującej wakacyjnej podróży. Jakiej muzyki słuchał Robert Makłowicz w dawnych latach?

Odeta Moro: Czy pamiętasz takie wyjazdy jak obozy harcerskie – bo może byłeś harcerzem – lub kolonie? Zdarzały Ci się w wakacje czy byłeś raczej francuski piesek?

Robert Makłowicz: Byłem na kolonii nielegalnie w zasadzie, bo jazda na kolonie wymagała zakładu pracy, a moi rodzice wykonywali wolne zawody, nie mieli zakładu pracy, więc gdzieś po jakiś znajomościach mnie tam wcisnęli. Pamiętam ten wyjazd. On był z paru powodów niezwykły, choćby zielona noc, kiedy się nie śpi. Poza tym, że się smaruje klamki pastą do zębów, to również chodzi się nocą po lesie i pamiętam, trzymałem dziewczynę za rękę. Miała na imię Marzena…

O.M.: A jak pomyślisz i dodasz do tej Marzeny - lub innych wakacyjnych miłości - jakąś muzykę, jakąś piosenkę, to co Ci się przypomina?   

R.M.: To było lato 1970 roku, więc co wtedy było modne? Czerwone Gitary, Breakout. Oczywiście równoległe szła w radio piosenka Feliksa Dzierżanowskiego i inne pseudoludowe okropności, ale ja już wtedy jako berbeć słuchałem Niemena. Do dzisiaj z resztą dużo muzyki polskiej z tamtych lat mam i słucham.

O.M.: Czy jak myślisz o wakacjach, które bardzo mocno Ci utkwiły w głowie i zostaną tam pewnie na zawsze, to masz takie wakacje typu „odważne”? Czy jeździłeś np. stopem albo jechałeś z kimś, kogo zupełnie nie znałeś, ale przygoda była ważniejsza w tamtym momencie i w tamtej chwili?

R.M.: Jedne z bardziej ekscytujących chwil jakie przeżyłem, to były wakacje w roku 1984 roku, o ile sobie dobrze przypominam. Kiedy to podjąłem podróż po Europie Zachodniej. Ona była częściowo nielegalna, dlatego, że trzeba było mieć wizy do każdego kraju. W ’84 roku częściowo zawieszono restrykcje stanu wojennego, więc jak ktoś dostał paszport i dostał wizę, to mógł pojechać. Robiło się tak: jechało się pociągiem normalnym, za złotówki opłacanym, do Berlina Wschodniego. Przechodziło się słynnym przejściem na Friedrichstrasse do Berlina Zachodniego. Stamtąd, jeśli się miało wizę niemiecką (tylko w zasadzie tę trzeba było zdobyć), łapało się stopa – samochód na zachodnich blachach - i jechało się do RFN. A stamtąd już, przy pewnej dozie szczęścia, można było jechać wszędzie: do Paryża, do Brukseli. Myśmy byli wtedy na ustach całego świata, jako kraj który się zbuntował przeciwko komunizmowi. Wystarczyło powiedzieć „Lech Wałęsa” i ludzie zapraszali nas na kolacje, ludzie nas podwozili, podawali sobie z rąk do rąk i to było wspaniałe. Miesiąc takiej tułaczki, z plecakiem i częściowo na „nielegalu”. Do dzisiaj z resztą, powodowany wdzięcznością za te doświadczone chwile, bardzo często biorę autostopowiczów!

Cały wywiad Odety Moro z Robertem Makłowiczem znajdziecie poniżej:

SŁUCHAJ ZŁOTYCH PRZEBOJÓW!