Chwila na-Gości: Piotr Polk

Piotr Polk w rozmowie z Piotrem Sworakowskim dla Radia Złote Przeboje. Posłuchaj!

Piotr Sworakowski: Gościem chwili na-Gości w Radiu Złote Przeboje jest Piotr Polk. Fajne ma pan na imię - Piotr Sworakowski, bardzo mi miło.

Piotr Polk: Pan też ma bardzo fajne imię - Piotr Polk, mi również bardzo miło.

P.S.: Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

P.P.: Och, bardzo dziękuję - już zapomniałem, że były.

P.S.: Pracowite były, prawda?

P.P.: Ale jakie piękne! Proszę sobie wyobrazić ilu gości można mieć na swoich 49 urodzinach. Prezent zrobiony niechcący - nie miało to nic wspólnego, nie było to pod publiczność, nie było to pijarem, nie było to marketingiem. Chciałem żeby premiera tej płyty odbyła się tydzień wcześniej, ale akurat mój przyjaciel, który jest dyrektorem Teatru Syrena w Warszawie, powiedział: "Poluś, nie możemy, bo my dajemy własną premierę. Czy może być tydzień później?". Ja mówię: "No pewnie, że może być, to nawet lepiej, bo ja się zdążę bardziej przygotować, nauczę się tekstu, orkiestry posłucham.". Dopiero jak już wszystko zostało ustalone, to się okazało, że ja mam urodziny. Wytwórnia spytała, czy odwołujemy, ale ja odpowiedziałem: "Właściwie nie, potraktuje cały ten koncert jako moje urodziny i zaproszę wszystkich jako gości, a w związku z tym nie będzie tam żadnej sztywności.". Jak to na urodzinach, chociaż wódka się nie lała, było wino, więc były cuda.

P.S.: Wyjaśnijmy, bo album jest nowością i nie wszyscy mogą go jeszcze dostrzec na sklepowych półkach. Chodzi o nową płytę Piotra Polka - "Mój film".

P.P: Tak - po trzyletniej przerwie, chociaż nie wiem, czy w wypadku aktora można mówić, że ktoś miał trzyletnią przerwę w wydawaniu płyt. Ja jestem kompletnie nie do zaklasyfikowania, jeżeli chodzi o gatunek, jakim jest muzyka.

P.S.: Muzyka, aktorstwo, wykształcenie - parę takich rzeczy nie do zaklasyfikowania jest w pana życiorysie.

P.P.: Tak, ja w ogóle jestem w dosyć komfortowej sytuacji.

Nazywam sam siebie szczęściarzem, bo jeżeli ktoś mi mówi: "Słuchaj, aktor nie może", ja odpowiadam: "Jestem piosenkarzem.". Ktoś mówi: "Słuchaj, piosenkarzowi nie wypada.", ja odpowiadam: "No tak, ale ja jestem aktorem."

Proszę mi pokazać, czego ja nie mogę tak naprawdę. W sumie mogę - jestem już w miarę, nawet bym powiedział bardzo dojrzałym facetem: mam siwe włosy, zmarszczki.

P.S.: Wróćmy w takim razie do koncertu. Było wino?

P.P.: Było wino. Były dwie orkiestry, ponieważ niedawno współpracowałem z taką bardzo młodzieżową formacją, big bandem ze szkoły muzycznej w Warszawie i tak się w niej zakochałem, że pomyślałem - jakież to cudo, taki młody artysta, który z ogromnym zapałem i energią gra muzykę swingową, którą bardzo lubię. Postanowiłem ich zaprosić do mojego koncertu, tym bardziej, że wcześniej z nimi nagrałem kawałek ich własnej płyty. Chciałem ich pokazać szerszej publiczności, więc podzieliłem koncert na dwie części - bigbandowy, który był analogią do mojej poprzedniej płyty "Polk in Love", a później ten właściwy - "Mój film". Wszystko w moim przekonaniu udało się. Oczywiście wszystko inaczej wygląda z widowni, ale mam nadzieję, że ludzie dobrze się bawili.

P.S.: Ma pan doniesienia o tym, jak to wyglądało na widowni, prawda?

P.P.: Mam, aczkolwiek proszę mi wierzyć, bo z doświadczenia wiem, że premiera jest absolutnie nie podobna do zwykłego spektaklu, podobnie się ma zresztą z koncertem. Moje zadanie było bardzo trudne, ponieważ autorami muzyki na tej płycie byli: Włodzimierz Korcz, Krzesimir Dębski, Seweryn Krajewski, Jarosław Kukulski. Tekstu: Jan Wołek, Wojciech Kejne, Marek Dutkiewicz. Oni zasiedli na widowni, więc śpiewanie dla nich było bardzo trudne. To tak jakby autor sztuki usiadł i słuchał, co ty masz do powiedzenia na temat jego dzieła. Nerwy były dosyć spore, aczkolwiek każda z tych wymienionych legend polskiej muzyki rozrywkowej złożyła to zaufanie do mnie dużo wcześniej, więc teraz tylko burzyła się we mnie krew, czy ich nie zawiodę. Koncert premierowy jest bardzo trudnym koncertem, ale starałem się, przez wzgląd na wszystko, nie traktować tego dosłownie.

Nie było wielkiej sztywności, zresztą w moim przypadku trudno ją uzyskać. To był teatr, gdzie ja czuję się dosyć swobodnie. W prawdzie starałem się tam z aktora nie korzystać, ale czasami coś mi się wyrwało.

P.S.: Zdarza się panu używać aktorskich umiejętności, żeby coś osiągnąć?

P.P: Nie chodzi o to, żeby coś osiągnąć. Pomysł nagrania tej płyty, tej bardziej osobistej i intymnej, polegał też na tym, że aktorstwo ma to do siebie, iż jest udawaniem. Chociaż mamy własną skórę, to i tak na nią nakładamy kostium. Jeżeli mamy własną twarz, to i tak przykrywamy ją makijażem i dajemy miny innych ludzi, których akurat kreujemy. Jeżeli mamy głos, to niby jest nasz, ale mówimy nie swoim tekstem, nie mówimy o sobie. Płyta jest czymś bardziej intymnym, w przypadku tej płyty na pewno, bo o taką mi chodziło. Opowiadam o sobie, swoim głosem, śpiewam swoje emocje i uczucia. To jest bardzo trudne, dlatego mówiłem, że to szlachetne aktorstwo zawiesiłem na szlachetnym kołku, akurat na tej płycie w śpiewaniu. Te teksty, które powstały nie są wymyślone. To nie był telefon do Jana Wołka: "Napisz mi coś.". To było wino, spotkania, rozmowy. Ja opowiadałem o swoim życiu, Janek o swoim. Proszę zwrócić uwagę - na tej płycie wszyscy są dojrzałymi ludźmi, dojrzałymi mężczyznami, to też jest dla mnie bardzo ważne.

P.S.: Ludźmi, którzy zasłynęli z tego, że chcą przekazać coś w swoich tekstach. To nie jest tak, że oni piszą puste słowa.

P.P.: Tak, na tym mi najbardziej zależało, bo człowiek dojrzały, a tym bardziej artysta dojrzały, widzi klawiaturę od powiedzmy czterdziestu lat. Na tej klawiaturze jest bardzo dużo białych klawiszy, dużo czarnych. Jest tego bardzo dużo - on już to wybiera, wybiera te klawisze, które są mu potrzebne. Niektórzy biorą wszystko, co jest. Mają tę możliwość i muzyka jest przeładowana, jest tak nieczytelna, pstrokata, ja chciałem tego uniknąć. Jak to kiedyś ktoś powiedział: "Dlaczego ty na gryfie kontrabasu jesteś w jednym miejscu, a niektórzy tymi paluszkami są wszędzie?". On odpowiedział: "Bo ja już wiem, a oni szukają.". Ci kompozytorzy, których wymieniłem,  są ludźmi, którym muzyka dyktuje nuty, a nie zasłyszana muzyka przelewana jest na nuty. Dzisiaj klei się muzykę, klei się piosenki z tego, co ktoś kiedyś usłyszał. Akurat opisywanie emocji przez te nazwiska, ja nie mam żadnych wątpliwości, że im to się udawało przez tyle lat i udaje. Mają szlachetność w sobie, mają klasę, a ja chciałem, żeby ta płyta miała to wszystko.

P.S.: Mi się bardzo przyjemnie robiło, gdy słuchałem tekstów na płycie. Nie wiem jakie jest pana odczucie, bo niektórzy artyści zawsze mają ten niedosyt, który być może napędza ich do nagrania następnej płyty.

P.P.: Ja się wiele nie różnię. Może nie mam zbyt dużego doświadczenia, jeżeli chodzi o wydawanie płyt, o śpiewanie płyt, o tzw. piosenkarstwo, aczkolwiek muszę powiedzieć, że poczułem pierwszą satysfakcję z pomysłu, który mi się zrodził na temat tej płyty w momencie otrzymania materiałów. Problem polegał na tym, czy ja sobie dam radę, czy ja przeskoczę swoją fizyczność. Proszę zwrócić uwagę, że to są kompozytorzy, którzy niechętnie piszą dla aktorów.

P.S.: Czy jest pan zadowolony z płyty?

P.P.: Jestem bardzo zadowolony z płyty i z okładki.

P.S.: Jak się takie nazwiska zaprasza do współpracy? Jak to było?

P.P.: Wie pan, ja nie znam recepty. Gdybym ją znał, to może bym tutaj nie siedział, ale przyjmował telefony i inkasował pieniądze od ludzi, którzy chcą się skontaktować i chcą, by ktoś im napisał tyle rzeczy. Powiem wprost, z niektórymi artystami współpracowałem już od dawna. Mówię tu o Janku Wołku, Marku Dutkiewiczu. Z niektórymi kompozytorami także - mam na myśli Włodzimierza Korcza i Krzesimira Dembskiego. Włodzimierz Korcz - teatralnie. Jan Wołek kiedyś napisał parę swoich tekstów, które miałem okazję wykonywać i dziwie się, że po tamtym wykonaniach zdecydował się na napisanie mi tylu numerów. Pamiętam, że było to w Międzyzdrojach - robiliśmy jakiś wielki koncert - Piotr Machalica, Zbigniew Zamachowski i wiele innych fantastycznych nazwisk. Teksty Jana Wołka, muzyka Nahorny. Dostałem trzy piosenki i w każdej z tych piosenek trzy razy zaśpiewałem nie ten tekst, który on napisał - tak strasznie wszystko pokręciłem, że Piotr Machalica się rozpłakał i wybiegł z sali, bo nie mógł wytrzymać ze śmiechu, Zamachowski się odwrócił. Myślałem, że po tym Jan Wołek już nic dla mnie nie napiszę, okazało się, że napisał, więc tu oczywiście żartuje. Może przekonałem go do samego pomysłu dojrzałej płyty. Miałem takie hasło - tydzień z życia dojrzałego mężczyzny plus jedna dodatkowa doba. Jeżeli chodzi o innych kompozytorów, to Seweryn Krajewski z zasady nie pisze dla aktorów. Jarosław Kukulski, którego poznałem tuż przed śmiercią, też nie bardzo się do tego zapalił. Myślę, że tutaj gdzieś z pomocą w przypadku pana Seweryna przyszedł Marek Dutkiewicz, a w przypadku pana Jarosława Internet, Youtube i każdy portal medialny. Sam wiem o tym, bo sam powiedział, że nigdy go nie interesowały seriale, filmy, z aktorami różnie to bywało, ale tutaj sobie wszystko zobaczył. Kupił  płytę, zobaczył wszystkie wykonania za i przeciw w Internecie i pomimo tych przeciw jednak zdecydował się dla mnie napisać. Jak się okazuje, Internet jest ogromną siłą sprawczą w moim przypadku. Myślę, że podobnie było z panem Sewerynem Krajewskim, chociaż do muzyki pana Seweryna śpiewałem parę piosenek jeszcze za czasów Agnieszki Osieckiej, ale to było bardzo dawno temu. To pytanie należałoby bardziej skierować do nich niż do mnie. Ja jestem bardzo szczęśliwy i ogromnie dumny, że przywilej tych kompozytorów i autorów spadł na mnie.

P.S: Wróćmy do samej koncepcji płyty - sam tytuł sugeruje, że jest jakaś koncepcja całości. "Mój film" - coś, co się dzieje na ekranie wyimaginowanym, ale też coś, co po sobie następuje. Sceny, które po sobie następują.

P.P: Tytuł mój film jest nieco przewrotny, jest to czymś w rodzaju metafory. Nie ma tam żadnego przeboju filmowego, nie ma też tam żadnego filmu. Film jest mi czymś bliskim - jestem nim oklejany jako aktor, ten Piotr Polk, którego ktoś może kojarzy. To nie jest stolarnia, to nie jest kopalnia, to jest film - coś mojego. W tym przypadku chodzi o moje życie, mój film. Jak to w życiu, człowiek rodzi się, i bez reżysera i castingu dostaje od razu główną rolę. Później otaczają go role drugoplanowe, epizodyczne, mnóstwo statystów. Tak wygląda film, tak wygląda życie. Niech mnie nikt nie pyta - dlaczego. Nikomu nic do tego, jak śpiewam. To jest moje życie. To jest mój film. To jest dziesięć kadrów z mojego filmu. Sam pomysł okładki płyty też jest taką szlachetnością kina lat 60. Chcieliśmy brzmienie muzyki, wraz z Jankiem Smoczyńskim aranżerem i producentem, utrzymać w klimacie lat 60. Nie dlatego, że ja się w tych latach urodziłem, w ogóle lata 60. były proste, oczywiste.

Była czerń i biel. Była kobieta i był mężczyzna. To wszystko było bardzo pięknie określone i to nie tylko w sferze wizualnej, w sferze kina, ale też w sferze muzyki, literatury. Wszystko było, mam wrażenie, poukładane. Teraz wszystko jest wywrócone do góry nogami.

P.S.: Wszystko miało swoje odcinki. Wiadomo było co jest do czego. Dzisiaj to wszystko jest wymieszane i nieoczywiste. Może to sprawiać większą frajdę, jeżeli w trakcie np. swingu lub jazzu wkraczają motywy nowoczesnych technologii, to może być bardzo ciekawe.

P.P.: Oczywiście, że tak, natomiast ja uważam, że technologia tylko pomaga, natomiast wrażliwość ucha się nie zmieniła. Nie mam nagle trzech komór serca, nie mam sześciu bębenków w uchu. Mamy dokładnie tyle samo, ile mieli ludzie sto, dwieście, trzysta lat temu, a tym bardziej 30-40 lat temu. Serce się nie zmieniło. Technologia pomaga nam ulepszyć dźwięk, ulepszyć brzmienie, wprowadzić nowy element, ale powiem szczerze - gdybyśmy mieli w ten sposób spojrzeć na muzykę, że skoro pojawiają się nowe rytmy, nowe gatunki - pomieszajmy to wszystko razem, to nie wiem, czy w przypadku mieszania farb na pana ścianę chciałby pan uzyskać taki kolor, bo ja nie.

P.S.: To jest tylko jedno z możliwych rozwiązań.

P.P.: Ja nie neguję - jeżeli komuś się podoba, to tak. Nie odmłodzę się na siłę, ani też nie zmienię swoich zamiłowań muzycznych.

P.S.: Proszę o porównanie "Polk in Love" i "Mojego filmu". Gdzie artysta się rozwinął? Czy jest jakiś nowy środek wyrazu?

P.P.: Piotr Polk w "Polk in Love" był takim absolwentem, który dostał dyplom, czyli nagrodę, skończył coś, jakiś program, dostał nagrodę, ktoś mu pozwolił nagrać płytę, a ponieważ myśli sobie tak: jeżeli to ma być moja jedyna płyta w życiu, z czego byłbym bardzo dumny, to nagram sobie płytę z muzyką taką, jakiej sam lubię słuchać. Jeżeli pozwolono mi na to i dano możliwości doskonałego big bandu, muzyków, aranżerów, to tylko korzystać. Oczywiście, inaczej wygląda w garnku, inaczej wygląda na kubku smakowym. Zobaczyłem, że w moim wykonaniu i pracy nad taką samą piosenką mam sporo barier, jeżeli chodzi o muzykę, którą kocham, uwielbiam, której słucham. Uczyłem się tego. Ta płyta była rodzajem elementarza - fajnej przygody, ale elementarza. Zarzucano mi, że śpiewam w języku oryginalnym, ale ponieważ nie jestem piosenkarzem, jestem aktorem, jestem wstanie wybronić się z każdej krytycznej uwagi. Nie mówię o umiejętnościach, mówię dlaczego. Dlatego, że zawsze uważałem i będę uważał, że jeżeli kompozytor pisze melodie, nutki do swojego języka, to ten język sam w sobie ma melodię. Jeżeli w tej melodii zamienimy jego słowa na "ś", "ź", "ć", "dź", "ą", to uważam, że to brzmi fałszywie.

P.S.: Seweryn Krajewski ma teorię, że piosenka już jest - trzeba ją tylko wydobyć i ona się wydobywa w tym oryginalnym języku.

P.P.: Oczywiście są tacy, jak Wojciech Młynarski, który potrafi stworzyć ze standardu coś zupełnie nowego, ale on opisuje zupełnie nową historię. On nie tłumaczy piosenki, on ją kreuję od początku. Oczywiście jest to też mistrz pióra. Natomiast nadal uważam, że Ne me quitte pas nie brzmi tak samo jak nie opuszczaj mnie. Była to więc przyjemność - przyjemność śpiewania w języku angielskim. Trochę się bawiłem w piosenkarza. Do głowy by mi nie przyszło, że z tą płytą będę przez 2,5 roku jeździć z koncertami. To było fantastyczne. Nie tylko po Polsce - byłem też w Londynie. Nie przyszło mi też do głowy, by taka płyta zyskała status złotej. Przyznam szczerze, że bardzo mnie to ucieszyło i to może spowodowało, że ktoś zaproponował mi nagranie kolejnego albumu. Przy kolejnej płycie nie było tak łatwo, ponieważ sam chciałem, że jeżeli  zdarzy się, iż będę chciał wydać drugą płytę, to ona nie będzie miała nic wspólnego z tamtą oprócz muzyki, bo w tym punkcie się nie zmienię. Chciałem, żeby to był swing - czy to łagodny, czy to rozszerzony o orkiestrę smyczkową, czy pomniejszony o big band, to jest inna sprawa, bardziej osobista. Próbowano mnie nakłonić, żebym to ja napisał te teksty - nie chciałem.

Chciałem opowiadać o sobie, ale piórem kogoś, kto pięknie pisze teksty. Jestem aktorem i wiem, co to znaczy naprawdę dobry tekst.

P.S.: Fajnie rozmawiać z człowiekiem, który zdaje sobie z tego sprawę. Dziś mało jest takich ludzi.

P.P.: Oczywiście. Ja bardzo często słucham i zastanawiam się - o czym on śpiewa, a nie mam pojęcia o czym on śpiewa. Dla mnie słowo jest bardzo ważne. Na płycie tym bardziej - ono jest raz puszczone, raz i nie ma powrotu, nie wycofamy się, nie będzie w nawiasie, cudzysłowie itd. Ono jest i będzie brzmiało do końca żywotu tej płyty, dlatego trzeba się do tego bardzo rzetelnie przygotować i zastanowić, co wkładamy sobie w usta. Przez mój zawód słowo jest droższe od pieniędzy. Ja bym się nigdy nie ośmielił, tym bardziej że opowiadałem o swoim życiu, uczuciach, które mi towarzyszyły - gdy mnie coś bolało, jak się śmiałem, płakałem, żartowałem, jakie mam spojrzenie na kobiety, życie, samochody, na tzw. Szczyt, popularność, nudę itd. Ja to wszystko opowiadałem, o tym rozmawialiśmy. Janek Wołek wyciągnął z tego kwintesencję, ubrał to w swój czasem bardzo ironiczny, ale fantastyczny język i w rym, który kocham u Janka. Rym, który dodaje takiej papryki, chilli.

P.S.: Wyszło bardzo fanie. Teksty są mocną stroną tego albumu. Dobrze się go słucha. Nie odpowiedział mi pan na pytanie - czym się różni. Powiedział pan, że "Mój film" jest bardziej osobistą płytą od "Polk in Love".

P.P.: Absolutnie - i w warstwie tekstowej i muzycznej, bo tam były covery, standardy, coś co wszyscy tysiące razy słyszeli, a ja wydałem 1001 raz.

P.S.: Dlaczego ta płyta powstała? Ponieważ zajął pan drugie miejsce w programie Jak oni śpiewają, gdzie wykonywał pan piętnaście utworów.

P.P.: Ja bym dodał jeszcze dziesięć. To było ok. 28 utworów w czasie trwania wszystkich 13 programów. To jest bardzo dużo. Mój udział w programie był wynikiem chwili udaru słonecznego, bo rzeczywiście było ciepło, jak podjąłem tę decyzję. Ja nie chciałem. Proszę zwrócić uwagę na mój wiek. Nagle znajdzie się w programie jakiś stary piernik, który nie dość, że nie śpiewa znanych piosenek...

P.S.: Baila morena, Je t'aime , Hello Lionela Richie. Panie Piotrze, jakich nieznanych?

P.P.: Przepraszam, niech pan tam znajdzie Justina Timberlake'a w moim wykonaniu. Czułem się czasami jak takie 'mięso armatnie'. Myślałem - cóż, pokaże się, pokaże, żeby tylko nie od razu w trzech pierwszych odpaść.

P.S.: Zaznaczyć obecność.

P.P.: Udało się i wtedy zaproponowano mi w gdzieś w połowie tego programu, że bez względu na jego końcowy wynik, może bym coś nagrał. Oczywiście potraktowałem to jako żart, bo takich propozycji w swoim życiu aktorskim nie tylko miałem sporo.

P.S.: Ktoś z wytwórni zaproponował, tak?

P.P.: Jeżeli mam być szczery, to były trzy wytwórnie. Rynek był bardzo zamknięty. Nie wiedziałem, kto co znaczy, ile znaczy i co wydaje. Rzeczywiście były dwie firmy fonograficzne z Warszawy oraz jedna z Poznania. Ja każdemu mówiłem - "Jest mi bardzo miło, ale proszę poczekać do finału". "Nie, nawet jeżeli się nie uda.". "To bardzo mi miło". Zawsze odpowiedziałem, że fajnie będzie, chociaż tak naprawdę wiary w to nie miałem. Dopiero, gdy program się kończył, a rozmowy były coraz bardziej konkretne, to zrozumiałem, że coś chyba jest nie tak i tak naprawdę myślę, że im wszystkim zależało, żebym przegrał, bo gdybym wygrał program, to tam była pewna wytwórnia, która musiała, zgodnie z kontraktem, wydać płytę. Może ja ten program dlatego przegrałem, nie wiem. (śmiech) Tak naprawdę, nie czuję się przegrany.

P.S.: Kto zajął pierwsze miejsce?

P.P.: Pierwsze miejsce, słusznie moim zdaniem, zajęła Joanna Liszowska. Myślę, że trudno jest wygrywając taki program - dostaje się nagrodę w postaci nagrania płyty. My kupimy sobie płytę i zobaczymy, czy warto było wysyłać na nią smsy. W programie była super, zobaczmy płytę. Ogromne obciążenie. Ja startowałem z pozycji - przegrałem. Ja przegrałem program, więc nagrywam sobie płytę, ale jestem przegrany.

P.S.: To też jest świadectwo, że nie miał pan obciążenia wielkiego przy nagrywaniu tej płyty. To chyba dobrze?

P.P.: Jeżeli mam być z panem szczery, to przy nagrywaniu tej drugiej płyty też nie miałem obciążenia. Jeszcze raz wrócę - jak mi nie pójdzie w aktorstwie, to będę robił meble, jak nie meble to będę robił instalacje elektryczne. Jeżeli nie, to będę sobie śpiewał. Czasami czuję się jak taki polski Woody Allen - pieniądze i wszystko, co robię jest tam, a teraz biorę sobie klarnet i mówię: "A ja teraz chciałem coś państwu zagrać.". To są moje płyty. Nie mamy specjalnych obciążeń - to nie zapewnia mi bytu, to nie daje mi perspektyw. Wtedy kiedy chcę coś powiedzieć od siebie, bo aktorstwo jest już blokowane, to wtedy nagram sobie taką płytę i ona jest bardzo szczera, bo nie jest wymuszona warunkami, karierą, itd. Niczym niewymuszona poza chwilą zabawy.

Jestem zwykłym facetem, jak każdy, który chciałby opowiedzieć o tym, że nie ma nic bardziej męskiego niż męska łza.

P.S.: Panie Piotrze, z tym zakładaniem instalacji elektrycznych to nie był żart, bo Pan ukończył techniku elektrotechniczne, prawda?

P.P.: Tak, jestem wykwalifikowanym elektrykiem.

P.S.: A śrubokręt pan nosi?

P.P.: Nie.

P.S.: Płotów pan nie chce przeskakiwać?

P.P.: Nie. Tak samo nie chcę być prezydentem, to mnie nie interesuje.

P.S.: Wróćmy do zawodów wyuczonych, bo jest ich sporo: szkoła muzyczna, szkoła aktorska.

P.P.: Tak, zaczynałem od akordeonu, potem przyszedł fortepian, potem gitara, na koniec perkusja. Sporo tego rzeczywiście było, ale powiem szczerze, że ja wiem, iż istnieje takie powiedzenie - gdy się robi dużo, to się tak naprawdę nic nie umie.

P.S.: Są dwie szkoły - falenicka i otwocka.

P.P.: Ja jestem dokładnie tego samego zdania i się zgodzę z każdym, kto tak mówi, tylko że ja akordeonem nie zarabiam, fortepianem nie zarabiam, gitarą nie zarabiam, perkusją również nie zarabiam. Mogę, a robię to tylko i wyłącznie dla własnej przyjemności. To jest zupełnie coś innego. Ja nie wymagam od państwa, żebyście państwo usiedli, a ja wtedy zagram. Ja tego nie żądam, ja państwa nie zapraszam. Ja mogę za darmo państwu zagrać. Państwo będą śpiewali "Góralu..." , a ja będę grał. Zarówno na gitarze, jak i perkusji - w ten sposób.

P.S.: Zdarzyło się panu grać w ten sposób? Gdzie to było?

P.P.: Tak, zdarzyło się. Bardzo dawno temu byłem na takiej imprezie w domu kultury, nie związanej z moim zawodem, bardzo prywatnie - był bal, orkiestra lub zespół, który po jakimś czasie nie  był zdolny do grania. Było mnóstwo instrumentów. Ktoś doszedł do wniosku, że może bym zagrał na gitarze. Zgodziłem się - wziąłem tę gitarę, zacząłem grać dwa kawałki. Ktoś chciał koncert życzeń - mówię, że na gitarze nie potrafię tego zagrać, ale mogę spróbować na akordeonie. Przejechałem przez wszystkie instrumenty. Skończyłem na organkach, bo też umiem, ale jest to jedyny 'dmuchany' instrument, na którym potrafię grać. Ja to dałem z siebie, prywatnie, zagrałem w zamkniętym granie.

P.S.: W młodości miał pan rockowy zespół. Stąd gitara?

P.P.: Oprócz tego, że śpiewałem w tym rockowym zespole, to rzeczywiście grałem na gitarze, perkusji i jeden czy dwa numery na fortepianie. Graliśmy wielki koncert w Kaletach, w domu kultury. Dostaliśmy zaproszenie z obcego miasta, Lublińca, 25 km od Kalet. Tam pojechaliśmy do klubu młodzieżowego, na swoje tournee. W połowie występu zapalono nam światła na sali - przerwano koncert, bo okazało się, że jednej z dziewczyn zginęła torebka lub portfel. Nie była by to wielka sprawa, gdyby nie okazało się, że była to córka komendanta tamtejszej policji. Wówczas nam podziękowano. Dlatego mówię, że zagraliśmy półtora koncertu.

P.S.: I tak się skończyła przygoda z zespołem rockowym?

P.P.: Tak, później próbowaliśmy coś jeszcze grać, ale ja miałem mnóstwo problemów rodzinnych, zdrowotnych. Nie było czasu. Te rockowe doświadczenia poszły nieco w cień, tam zostały i są już do dzisiaj. Muszę przyznać, że wszystko się w nas odkłada. Tak jak się odłożyło, że mój dziadek grał na tubie, mój ojciec grał na akordeonie, stąd akordeon w moim życiu. Ten bunt w tym bardzo rockowym zespole, to wszystko gdzieś kształtuje taką wrażliwość. Wrażliwość na muzykę, estetykę. To że gramy głośno, wszyscy, jednocześnie i tak naprawdę nie wiadomo dlaczego, też ma znaczenie. W ten sposób ucho wyłapuje to, co w muzyce jest najlepsze. Ja teraz jestem bardzo ukształtowany muzycznie. Wiem i doceniam, że ktoś coś pisze innego, szanuję to, ale niekoniecznie jest to moja muzyka. Natomiast nigdy nie powiem, że coś jest niedobre. Ja się nie znam na hip hopie - nie mogę powiedzieć, że to nie jest rytm człowieka, że to nie jest bicie serca. Nigdy nie powiem, że w rapie teksty są byle jakie. Akurat niektóre teksty są bardzo dobre. To co najlepsze w rapie, to głównie tekst, ale on ma taką fajną wibrację w sobie.

Moja wrażliwość to estetyka, ale moja estetyka to nie negowanie, a wybranie sobie własnego kierunku.

P.S.: To też cenne. Umie pan się przyznać do tego, że nie jest pan autorytetem w jakiejś dziedzinie, bo dziś w życiu publicznym to rzadko. Mówi pan, że jest pan ukształtowany pod względem słuchania muzyki, to czego pan słucha?

P.P.: Przewrotnie powiem, czego teraz słucham. Teraz słucham pracy silnika w samochodzie, słucham wycieraczek, słucham kierunkowskazu.

P.S.: Ile lat ma pański samochód?

P.P.: Mój samochód ma dwa lata.

P.S.: I już pan słucha silnika?

P.P.: Tak. Przez ostatnie pół roku w tym samochodzie na okrągło był włączony sprzęt audio, bo ja cały czas słuchałem muzyki. Cały czas słuchałem tego, co moje, tego, co nie moje. Uczyłem się - cały czas były dźwięki. Teraz cisza w tym samochodzie jest dla mnie objawieniem. Odpowiadając wprost na pytanie - uwielbiam muzykę klasyczną, oprócz swingu, który będę kochał miłością dozgonną, delikatny jazz, ale jak zawsze mówiłem Jankowi Smoczyńskiemu, który jest producentem i aranżerem, Janku, nie za dużo jazzu w tym jazzie. Tego też nienawidzę - nienawidzę czegoś, czego nie rozumiem, nie chcę tego, szkoda mi czasu. Ja jestem w średnim wieku i szkoda mi czasu, żebym się doszukiwał czegoś. To jest moja muzyka. Uwielbiam też piosenki w myśl zasady - te, które już raz słyszałem. Ja się świetnie bawię przy, nie chcę nikogo urazić w tym momencie, paździerzach i kiczu.

P.S.: Czyli co, "Kolorowe jarmarki"?

P.P.: Oczywiście, wszystko zależy gdzie jestem. Jeżeli sam słucham muzyki, to nie słucham "Kolorowych jarmarków", ale jeżeli chcę się pobawić, jeżeli mam ochotę na to, żeby śpiewać na tyle, na ile umiem, to ja uwielbiam takie przeboje. Bawię się w latach .70, .60 też, .80 też. W każdym z okresów znajdę coś, co kocham.

Kocham muzykę filmową, bo uważam, że jest to rodzaj szlachetnej muzyki, chociaż kino różnie może to zaprzepaścić. Piosenki pisane do filmów są majstersztykami.

P.S.: Czasem tylko one zostają.

P.P.: Czasem jest tylko muzyka, albo tylko piosenka.

P.S.: Kto by pamiętał o Rockym 3, gdyby nie Eye of the Tiger.

P.P.: Dokładnie. Czasami słyszymy muzykę, skojarzymy ją z filmem, tekst niekoniecznie. Ja takiej muzyki słucham, kocham i będę kochał, dopóki mi słuch pozwoli.

P.S.: Wróćmy do płyty "Mój film". Z czym był największy problem na tej płycie? Z osiągnięciem jakiego celu?

P.P.: Ja problemów miałem mnóstwo jako człowiek w średnim wieku, wykonawca, itd. (śmiech) Mieliśmy taki wspólny problem, ze względu na naszych kompozytorów. Każdy z nich jest inny. Każdy ma nieco inny tzw. "ołówek". Przecież Romuald Lipko, Seweryn Krajewski, Krzesimir Dębski - oni nie siedzą w tej samej "ławce". Trzeba było znaleźć wspólny mianownik. Ładnie zatemperować ten "ołówek", żeby pisał te same nuty. To jest bardzo trudne, tutaj pokłon biję Jankowi Smoczyńskiemu, który potrafił. Ja cały czas prosiłem, żeby to miało posmak takiej muzyczki filmowej, żeby to był taki Nóż w wodzie, taki jazz, miękka trąbka, żeby to był taki Henryk Miśkiewicz. Jak się coś wydobędzie z tego instrumentu, to to jest pogodne, to to jest obraz. Zawsze mówiłem - zróbmy tak, żeby to było jak kino panoramiczne, wielkie. Smyki robią coś takiego robią, dlatego zrezygnowaliśmy z tego big bandu. Jestem bardzo zapracowanym człowiekiem - mam spektakle, próby, miałem zdjęcia, więc nagrywałem tę płytę w przerwach. Często te przerwy były tylko rano. Ktoś, kto śpiewa, wie doskonale co to znaczy otworzyć organ o godzinie dziewiątej rano, kiedy go tak naprawdę nie ma. Mój głos zmęczony spektaklami - to było wyzwanie dla mnie samego. Bardzo fizyczne. Wiedziałem, że fizyczności nie przeskoczę, ale zrobię wszystko, żeby tylko swój własny cel osiągnąć. Problemem oczywiście było też to, że bałem się, żeby w tekście, który jest momentami brutalny, ironiczny nie używać aktorstwa. To jest bardzo trudne. To tak jakby hydraulik miał mówić na inny temat, niż kaloryfer.

P.S.: O kranie może? (śmiech)

P.P.: Tak, o kranie można. (śmiech) Jest to bardzo trudne, żeby wyrzucać, cały czas stojąc przed mikrofonem, z siebie aktora. Żeby nie interpretować, żeby śpiewać, wzbudzać klimat, emocje, nastrój, ale nie aktorstwem. To dla mnie było bardzo, bardzo trudne.

P.S.: Czyli szukanie prawdy w tych ostatecznie swoich tekstach. Nie pańskich, ale przez pana współtworzonych, prawda?

P.P.: Dokładnie. Piotr Polk rano nie wstaje i nie mówi do mikrofonu. Piotr Polk mówi do ludzi, do osób, które kocha, czasem powie coś do siebie, ale nie mówi do mikrofonu.

P.S.: Śpiewa pan przy goleniu?

P.P.: Nie.

P.S.: Rozumiem, że rano może nie brzmieć wokal, ale potem jest już wszystko w porządku, prawda?

P.P.: Tak jak mówię - to jest coś z czym się zderzyłem przy okazji tej płyty. Także zaufanie, którym obdarowano mnie na poziomie muzyki i tekstów jest też dosyć dużym obciążeniem, które za mną cały czas stoi i patrzy.

P.S.: Ale podparciem również jest?

P.P.: Ogromnym, ale jeżeli zabiegałem, aby to były te a nie inne nazwiska, to to zaufanie, które mi dano, ten kawałek talentu, który oddano w moje ręce - nie mogłem tego zmarnować. To jest obciążenie. Nie chciałem puścić niczego złego. Pamiętam, że w jednej z piosenek zamiast zaśpiewać: "Pięć osób dla nas tłum" zaśpiewałem "Pięć..." i mi się to tak strasznie nie podobało, że się zerwałem i mówię: "Ja to muszę poprawić. Jest to ładnie powiedziane, ale nie może tak być.".

P.S.: Nie zaprzepaścić pracy innych. Mam podobnie w takim razie z tą pracą, bo w radiu chodzi o to samo właściwie.

P.P.: Myślę, że w każdej pracy zespołowej jest tak samo. Monodramy możemy robić sobie tak, jak chcemy, w końcu to jest tylko dla cioci i rodziny.

P.S.: Ja lubię monodramy.

P.P.: Nigdy się w niej nie sprawdziłem, jakoś nie czuję się.

P.S.: Może po prostu nie było dobrego tekstu dla pana.

P.P.: Być może. Płyta jest rodzajem monodramy - gdy się staje na scenie, to jest się samemu, poza ludźmi na przeciw i tymi z tyłu. Tutaj jest różnica w  monodramie, bo wszyscy z przodu patrzą na ciebie, z tyłu też wszyscy koncentrują się na tobie. To jest obciążenie - doświadczyłem tego w sobotę. To były dwa koncerty i proszę mi wierzyć, że gdy przyszli goście to mało co mówiłem, bo już nie potrafiłem skleić zdania czasem. Taka energia, która czasem z człowieka wyjdzie - miałem przyklejony uśmiech, nie miałem siły świętować swoich urodzin.

P.S.: Może to jest dowód, że wyrzucił pan z siebie tego aktora, którego chciał się pan pozbyć.

P.P.: Na pewno. W aktorstwie bym to wszystko ukrył - poszedłbym w miny, w ruchy, w takie gierki. Tutaj nie mogę, nie mogę, bo ktoś patrzy na mnie i mnie słucha, a ja mu mówię, co myślę o życiu.

P.S.: Wiem, że to może przed wczesne pytanie. Jaka będzie trzecia płyta Piotra Polka?

P.P.: Jest to pytanie...

P.S.: Przedwczesne. (śmiech)

P.P.: Ale tak bardzo przedwczesne, że ja przy swoim słowotoku nie potrafię zdania zacząć. (śmiech)

Jestem w tej komfortowej sytuacji, że właściwie, gdy mi coś przyjdzie do głowy to może, a jak nie, to mam prawo pomilczeć. Może rok, może dwa, może dziesięć, a może już zamilknę na wieki.

P.S.: Tego panu nie życzę, bo za ładne piosenki pan śpiewa. Mimo ironii, tego średniowiecznego żalu, jeżeli mogę użyć tego określenia, czyli żalu mężczyzny w średnim wieku, to jednak szkoda byłoby utracić taki głos. Mam nadzieję, że następna płyta będzie zupełnie inna i zaskakująca. Może hip-hop, panie Piotrze?

P.P.: Nigdy nie powiem, że jest to niemożliwe, bo wszystko jest w świecie możliwe, prócz przejazdu na nartach przez drzwi obrotowe. Ja muszę mieć coś do powiedzenia. Jeżeli będę miał coś do powiedzenia, to to zrobię. Jeżeli będę chciał się sam sobą zabawić, to to zrobię. Jeżeli miałbym zrobić z siebie hip hopowca, to zrobię to na własną prośbę, nutę i modłę. Poniosę wszelkie konsekwencje. (śmiech)

P.S.: Zajmijmy się może teraz nowymi technologiami - Internetem. Ma pan świetną stronę, bardzo miło się ją ogląda, jest tam dział forum lub księga gości. Zagląda pan tam?

P.P.: Staram się tam nie zaglądać, bo po co? (śmiech)

P.S.: Ja powiem panu po co, prosto z mostu: "Panie Piotrze, kocham pana."

P.P.: To ja już otwieram komputer. (śmiech)

P.S.: Przejrzałem sobie pana profil na Facebooku, o tyle o ile mogłem - są tam strony, które pan sobie wypunktował.

P.P.: Nie mam profilu. Nie istnieje coś takiego jak Facebook Piotra Polka. Ta strona jest stworzona przez kogoś, kto podszywa się pod Piotra Polka. Piotr Polk nie ma strony na Facebooku. Nie mam z podstawowego powodu - moje życie prywatne jest tylko moim życiem prywatnym, jeżeli chcę się nim podzielić to zadzwonię, napiszę.

P.S.: Piotr Polk był gościem chwili na-Gości w Radiu Złote Przeboje. Bardzo dziękuję.

P.P.: Ja również dziękuję.

SŁUCHAJ ZŁOTYCH PRZEBOJÓW!