Chwila na-Gości: Grzegorz Markowski i Dariusz Kozakiewicz

Grzegorz Markowski i Dariusz Kozakiewicz w rozmowie z Wozikiem. Posłuchaj!

Tomek Wozik Woźniak: Dzień dobry na wieczór. Tomek Wozik Woźniak z tej strony. W zasadzie co ja tam będę przedstawiał Jeden na pewno jak się odezwie to będziecie wiedzieć o kim mowa, a drugiego poznacie jak się przedstawi. Proszę bardzo panowie.

Grzegorz Markowski: Grzegorz Markowski.

Dariusz Kozakiewicz: Darek Kozakiewicz.

TW: Często rozmowę z moimi gośćmi, głównie artystami, rozpoczynam od takiej abstrakcji. Gotowi? Wyobraźcie sobie, że budzicie się rano i z każdą chwilą po otworzeniu oczu zauważacie, że nie otaczają was żadne dźwięki, nie ma muzyki. Teraz moje pytanie idzie w tym kierunku - jak, i czy w ogóle, wyobrażacie sobie świat bez tego dobrodziejstwa, które mamy? Co to by było?

DK: W takiej ciszy, to chyba nie da się przeżyć. Jeśli chodzi o poranek, to ja bardzo lubię ciszę. Na co dzień mieszkam poza Warszawą więc poza śpiewem ptaków nie słyszę właściwie nic. Chyba, że weźmiemy pod uwagę krzyk mojego syna. Ale później muszę być otoczony dźwiękami. To niekoniecznie musi być muzyka, ale muszę być otoczony takim szumem, który powoduje, że się koncentruję, że jest mi lepiej. W ciszy nie mógłbym żyć.

GM: Trudno wyobrazić sobie świat bez kolorów, albo bez kubeczków smakowych, przez które nie znamy smaku. Zresztą miałem tak przez pewien czas. Złapałem jakąś bakterię. Strasznie kiepskie uczucie. Przez trzy tygodnie jadłem różne rzeczy i nie znałem ich smaku. Wkurzyłem się na tyle, że będąc w hotelu nasypałem sobie całą pieprzniczkę pieprzu do tatara. Smakowało to jak piasek. W związku z tym czułbym się zatopiony jak w jakimś ołowiu, gdyby nie było dźwięków.

Już tak fizycznie odbieramy dźwięki, muzykę przede wszystkim. Nie wszystkie dźwięki wytwarzane przez człowieka są tak szlachetne i przyjazne, ale muzyka stymuluje ogromnie.

Dzisiaj złapałem trochę żelastwa - machałem handelkami - i leciał numer Dżemu. I po prostu wzruszyłem się do łez. Na trzeźwo, bez żadnych dopalaczy. Tak mnie trafia zbiór dźwięków, akordy, harmonia. Coś co działa na mnie po prostu fizycznie. Witold Lutosławski chyba próbował to jakoś definiować, to dlaczego na nową muzykę reagujemy euforią. Nie to, że wspominamy młodość sprzed lat jak choćby "Nie płacz Ewka", bo wtedy przytuliłem się do kobiety, miałem osiemnaście lat i szybką erekcję.

TW: Pamiętam doskonale z autopsji. <śmiech>

GM: M uzyka działa na ciebie tak, jakby ktoś nasypał ci czegoś do herbaty.

TW: Pytam o to, bo czasami jak kładę się wieczorem do łóżka to tak sobie myślę: świat bez kolorów, świat bez dźwięków. Jesteśmy i tak szczęściarzami, że w ogóle możemy w czymś takim funkcjonować.

GM: Na pewno jest też sporo ludzi, którzy na muzykę reagują dość obojętnie. Jak to mówią "Muzyka w tańcu nie przeszkadza".

TW: Świętej pamięci teścia miałem, o którym zawsze teściowa mówiła "Muzyka Leszkowi w tańcu nie przeszkadza".

GM: Jak mnie boli wątroba, a często mnie boli, albo trzustka <śmiech> to się tym nie przejmuję. Jak mnie bolą kolana, to też się tym nie przejmuję. A jak mam coś ze strunami to wpadam w panikę, jestem wkurzony i mogę ugryźć, bo to jest ten organ, którym wydaję dźwięki.

TW: Umówmy się panowie, że wy na sprawność fizyczną, o wieku tutaj mówić nie będę, nie możecie narzekać.

GM: Tomeczku piję twoje zdrowie wodą. Jak zwierzę. <śmiech>

TW: Wszystkiego dobrego. Dziękuję pięknie. Pytanie kieruję teraz do Grzegorza. Można powiedzieć, że ty byłeś szczęściarzem w muzyce, bo miałeś organy na wyciągnięcie ręki jak byłeś młodzieńcem. Ja byłem w gorszej sytuacji, bo też grałem, akurat rodziców nie miałem i musiałem liczyć na dziadka. Kupił mi takie drewniane 106M za 37 000 zł, za zaskórniaki które sobie gdzieś tam odłożył, żeby babcia o tym nie wiedziała. Później była gitara i tak dalej. Stąd wiem, że w tamtych czasach były z tym problemy. Zresztą w ogóle nie było wtedy nic w sklepach.

GM: Oczywiście Tomku. Może gdybym urodził się gdzieś dalej, albo bez tych tradycji muzycznych, to mógłbym do dziś nie wiedzieć co mi w duszy gra. I może byłbym dobrym konstruktorem, albo dobrym bandytą czy świetnym przemytnikiem. Natomiast Bóg i natura dali mi słuch i wrażliwość muzyczną, którą można było wykorzystać. Podobno tylko piętnaście czy dwadzieścia procent ludzi pracuje robiąc to co lubi. W związku z tym jest to ogromny przywilej, bo cztery na pięć osób męczy się w pracy.

TW: Jak było u ciebie Darku?

DK: U mnie to była mama. Mama wierzyła we mnie i to ona postanowiła kupić mi pierwszy instrument, ale to nie była gitara. Pamiętam, że ona od początku bardzo chciała, żebym grał. Ojciec z kolei był trochę przeciwny, bo uważał, że z grania to żaden fach. Uważał, że mężczyzna musi mieć zawód więc zaproponował mi technikum samochodowe.

TW: Witaj w klubie!

DK: Do dziś nie mam na ten temat pojęcia. Widzę tylko ogromny grzyb filtra powierza, cztery fajki i to wszystko. Ale jestem dumny z tego, że jestem dobrym kierowcą. Ale mama bardzo we mnie wierzyła i to głównie ze względu na to poszło w stronę muzyki. Najpierw był akordeon, później gitara i tak się zaczęło.

TW: Mógłbyś być moim bratem, wiesz? Akordeon, gitara i jeszcze dwa lata klarnetu dziadek mi zafundował. Klarnet to już zupełnie nie moja broszka, ale tradycja rodzinna była taka. Były to te czasy pochodów pierwszomajowych.

DK: To też blisko, bo ja z kolei na waltorni.

TW: To też dmuchane! Mówię, że coś w tym jest! Chemia zaczyna się tutaj pojawiać. <śmiech> Powrócę jeszcze do tego mojego grania na klarnecie. Wtedy wszyscy z klasą, wiadomo, a ja w tym mundurze z klarnetem w pierwszym szeregu! Były to piękne czasy.

Grzegorzu przeczytałem o tobie, że dość późno zacząłeś mówić. I od razu pomyślałem o moim synu, który swoje pierwsze zdania zaczął składać mając cztery lata. Może też będzie taki sławny, uzdolniony i rozpoznawalny?

GM: Tomeczku, niech będzie szczęśliwy. Niech będzie spokojny. Powiem szczerze, że w tym zawodzie oprócz wrażliwości muzycznej, to trzeba mieć też specyficzną odporność żeby nie dać się nałogom, nie uwierzyć w swoje posłannictwo i nie uwierzyć w swój nieziemski talent.

TW: Najważniejsze to być skromnym. <śmiech>

DK: Nie mogłem w to uwierzyć, jak Grzegorz mi powiedział, że na początku w ogóle nie mówił. Uważam, że Grzegorz mówi wspaniale i tak kolorowo. Nie tylko w wywiadach, ale w ogóle na co dzień. Po prostu mówi bardzo ładnie.

GM: Kocham cię Dario. <śmiech>

DK: Grzegorz mówi tak skutecznie i zrozumiale.

TW: Mnie do tego przekonywać nie musisz. W twoim przypadku było podobnie, jak w przypadku mojego syna, że najpierw były "maspetki" i "mama", "tata", a później jak poleciał, to już całymi zdaniami?

GM: To było tak, że wtedy ulubieńcem mojej rodziny był mój starszy brat Krzysztof. To też bierze się z tych zależności i delikatności bycia we wspólnocie rodzinnej. Krzysztof, który jest trzy lata ode mnie starszy, od razu urodził się jako ładny chłopiec, zgrabny, z włoskami. Ja urodziłem się gruby. Nie miałem stóp tylko jakieś takie utuczone nogi, serdelki. Byłem jakiś taki nieforemny, z dużym apetytem w związku z czym rokowałem słabo. Jak były imieniny czy coś takiego, to zawsze było "Krzysiu powiedz coś babci albo dziadkowi" i Krzysztof spełniał ich oczekiwania.

A ja stałem jak jakiś debil obsmarkany, z jakąś bułką zapiaszczoną i kawałkiem kiełbasy w drugiej ręce. Świat mówiony mnie przerażał.

A potem musiałem się nauczyć, jak zabrakło Zbyszka Hołdysa, który mówił, a ja tylko śpiewałem. Musiałem przejąć rolę prowadzącego koncert. Teraz gadam za dużo. <śmiech>

TW: Dario a jak u ciebie było? Jak dzieciństwo?

DK: Ja chyba zupełnie odwrotnie. Kiedyś gadałem więcej jak dzisiaj. Może czuję pewne niedowartościowanie dlatego, że ja bardzo dobrze czuję się na scenie, kiedy nie muszę mówić tylko biorę instrument i gram. Natomiast jak mam coś powiedzieć, to zawsze za dużo kalkuluję, że za dużo treści mi przychodzi do głowy i wtedy ten sens właściwy ucieka. Dzieje się coś takiego, że zaczynam skakać po bokach. Uważam, że źle mi to idzie. Wolę grać. <śmiech>

TW: Znacie panowie ten cytat: "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym"?

DK: Słyszeliśmy chyba z raz.

GM: Przy Małyszu kiedy kończył karierę. <śmiech>

TW: To nie Cugowski przypadkiem? Słyszałem, że czasem się mylą.

GM: Mylą się. Kiedyś goniła mnie jedna kobieta, która powiedziała mi, że śpiewała "Pszczółkę Maję". Ja jej na to, że nie jestem Wodeckim, a ona, że jak to nie? Przecież poznaje mnie po włosach!

Jest to tekst proroczy w wypadku niektórych ludzi i niektórych karier. Sami sobie wysmażyliśmy taką tablicę, że teraz nie wiadomo co z tym tekstem zrobić. Nawet ostatnio zezłościliśmy się, bo była Patrycja u jednego znanego prezentera, showmana, który opanował słowo mówione do perfekcji. I padł tam zarzut do naszego wieku. I nawet mój kochany przyjaciel Darek Kozakiewicz, który rzadko się denerwuje i mało przeklina lekko wkurzył się, że w Polsce jest ta tendencja wypominania lat. Faktycznie jest to przypisane tylko wiekowi do trzydziestki. Mick Jagger też mówił, że jak skończy trzydziestkę, to kończy też karierę. Mówili tak The Beatles, polscy artyści, Janek Borysewicz. Jakoś nam się włosy wiją, nabieramy doświadczeń życiowych, zmarszczki wychodzą, bo jakby nie patrzeć to widać już taką pooraną mordę. I jakoś nie mamy ochoty tego skracać.

TW: Wracając jeszcze do tego showmana, o który wspomniałeś. W rozmowie z Patrycją wspomniał o waszej nagości, wzajemnych relacjach, bieganiu gdzieś razem i tak dalej. Na twarzy Patrycji zauważyłem delikatne zawstydzenie. A może tylko mi się wydaje? Czy się mylę?

GM: To jest krucha kobieta, która nauczyła się takiej troszeczkę pseudo odporności branżowej, która była bezlitosna. Gdy urodziła dziecko, to wchodzili tam do niej z kwiatami, a pod kwiatami była kamera. Dobrze, że wzięła sobie ochroniarza, który pilnował jej trzy doby na tej porodówce, ale miała popękane naczynka, spuchniętą twarz, a mimo to prasa czy tabloidy chciały ją złapać. Poza tym nauczyła się takiego cwaniactwa i odporności, ale jest to spowodowane tym, że jest bardzo wyczulona na bycie wśród ludzi i na gesty. Słowa ją ranią, gesty ją ranią.

Nawet ja muszę się opanować i mniej przeklinać, mniej pić alkoholu jak ona przyjeżdża. Chcę być dla niej fajny przez te kilka godzin kiedy jest.

Mogło ją to trafić. Teraz może ktoś powiedzieć, że to trochę nieobyczajne, że to zbyt daleko posunięta swoboda. O tych nagościach ostatnio sporo na świecie i w Polsce. Nie są to lata 60. - wyzwolone, szczęśliwe z tego powodu, że jest nagość, kwiaty i marihuana. Dzisiaj kojarzy się to z pedofilią, molestowaniem. To jest taki temat bardzo kruchy.

TW: Ale miała chyba fajnie. Akurat w moim przypadku była różnica dwóch pokoleń między mną a moimi dziadkami i był to temat bardzo tabu. Sam musiałem wszystkiego dotknąć, zobaczyć, a wtedy jeszcze dostępność do Internetu była znikoma. Wszystko trzeba było wyczuć w realu. Czyli tu akurat było w porządku.

GM: Czyli błądziłeś czasami, a te błędy mogą nieraz ciążyć i całe życie. Te podszepty, wprowadzenie w życie jest jak trener w narożniku. Gdy stoi dobry trener, sekundant dobrego boksera.

DK: To powinna być rola przede wszystkim rodziców. Ja też nie do końca uważam, że moi rodzice sprawdzili się tutaj w tym temacie. Też do pewnych rzeczy musiałem dochodzić samodzielnie trochę ryzykując czy dowiadywać się od innych. Ale to nie jest to samo. Teraz wychowując swojego syna będę starał się przekazać mu to w sposób właściwy. Jednak za bardzo w lewo lub w prawo też nie jest dobrze. Trzeba uważać, by nie popaść ze skrajności w skrajność.

TW: Panowie, chciałbym trochę porozmawiać o twórczości naszej współczesnej. Dokąd to wszystko zmierza? Ja się trochę o to wszystko obawiam. Te programy pojawiające się w telewizji, mające wyłowić gwiazdy. Jak się okazuje, gdy czyta się później od kuchni, to wychodzi na to, że jest to jakiś chłam, w którym nie chodzi w ogóle o śpiewanie jak powiedział Krzysztof Cugowski w jednym z programów muzycznych. Jaka jest w ogóle kondycja muzyki polskiej teraz? Czy to wszystko jest kwestią marketingu w większości przypadków?

GM: Wszystko teraz bardzo się rozwarstwiło. Rozwarstwiło się społeczeństwo. Myślę, że w takim naszym trochę dzikim kapitalizmie jest klasa posiadająca, która jest bardzo zamożna. To ona konsumuje wszystko, łącznie z muzyką, ostrygami, świeżymi krewetkami i chilli przywiezionym specjalnie z Kolumbii, z Peru albo z Meksyku. Taka superwygoda, nadmuchana trochę sztucznie, nieprawdopodobnie ozłocona i kapiąca brylantami. W związku z czym jest to konsumpcja na równi jak wszystkie te artykuły luksusowe. Potem jest ta część zmęczonego społeczeństwa, która chce dociągnąć, dorównać. I wtedy jest używany samochód i najtańsze DVD.

Muzyka nie spełnia takiej roli jaką spełniała trzydzieści lat temu, kiedy to wszystko bardzo się określało. Był jeden system, który był zły i reszta przyjaciół, którzy ten system próbowali zwalczyć.

Była płaszczyzna porozumienia ze społeczeństwem, a dziś myślę, że kwestia wciśnięcia podporgowiości jakiejś i manipulacji ludzi jest tak daleko posunięta, że w muzyce jest taka sama manipulacja jak z ceną benzyny. Pewnie dzieje się dużo dobrych rzeczy, ale zapewnie gdzieś, gdzie o tym nie wiemy, nie słyszymy i nie mamy pojęcia.

TW: A na ile jesteście w stanie nagiąć się wy jako Perfect, jeżeli mówimy na przykład o stacjach radiowych. Gdy przynosicie coś swojego, a oni mówią "tak, ale to nam się nie podoba, to za długie " i tak dalej. Czy występuje jakiś kompromis? Na ile jesteście w stanie się nagiąć?

DK: Jeśli jakiekolwiek kompromisy, to przede wszystkim wobec nas samych. My je posiadamy dlatego, że tworząc nowe rzeczy czy wychodząc na scenę i grając my musimy nawzajem mieć do siebie ogromny szacunek. Musimy iść na pewien kompromis poza sceną i w trakcie grania czy pracy nad nowym repertuarem. Jeśli mówisz o stacjach radiowych, którym nie pasuje to, że gramy coś czego oni nie puszczają, to być może można iść na jakiś sensowny kompromis. Jeśli tylko to ma takowy sens.

TW: Zmierzam do tego: utwór powstał. I to nie chodzi czy on jest w klimacie danej stacji czy nie. Powiedzmy, że on jest w klimacie danej stacji, ale oni stwierdzają, że w tej długości, w tej formie po prostu nie, bo im to coś burzy. Czy jesteście w stanie nagiąć się do tego stopnia żeby ten utwór jakoś zmienić, skrócić, wyciąć? Bo jak tworzysz, to tworzysz od siebie.

DK: Dziesięć lat temu była taka sugestia po płycie "Schody". Była tam partia instrumentalna, o której ktoś się wypowiedział, że jest ona nieprzydatna w tym numerze. I nie grali.

GM: Trzasnęliśmy drzwiami.

DK: Nie poszliśmy na ten kompromis.

TW: Czy w dzisiejszych czasach możemy mówić o muzyce pokoleń? Muzyka pokolenia? Tak jak wasze utwory były niejako hymnami łączącymi młodych ludzi, jak choćby "Chcemy być sobą". Czy coś takiego występuje, czy po prostu każda wytwórnia fonograficzna ma poukładane to wszystko i każdy łapie jakąś swoją publikę?

GM: Na pewno rap. W tym wypadku można zaobserwować pewne socjologiczne zjawisko, bo rap wziął się z biedy. I ta wykrzyczana negacja, żółć, złość świata zachodniego, strasznie dużo hipokryzji, fałszu, pustych gestów i bogacenia się ponad miarę. Jest to część społeczeństwa, która nie chce się wpuścić w tak zwany "wyświstyrów". Oni to wykrzyczeli i rzeczywiście powstał z twórczości uliczno-stadionowej styl muzyczny. Ale czy jest to muzyka pokoleń?

DK: Ale popatrz Grzegorz, co się za chwilę z tym rapem stało. Na początku była to sprawa bardzo przyjemna

TW: Mówisz o tym polskim rapie. Na przykład Paktofonika, Kaliber 44. Przecież mówili "hip-hopolo".

DK: Ale to się zrobiła po prostu kolejna maszyna do szmalu. To się bardzo skomercjalizowało. To jest skomplikowana sprawa. Ogólnie na świecie bardzo się zmieniło pod tym względem, a w Polsce w ogóle się zmieniło. Kiedyś komponowało się i pracowało nad numerami, które naprawdę czymś się odróżniały. Były duszą zespołu. Porównując nawet do motoryzacji. Gdy patrzyłeś na różne marki, to widać było wyraźne różnice. A teraz zamienisz tylko logo i Tak jakby wszystko wychodziło z jednej fabryki. Podobnie jest w muzyce. Jest to jedna wielka magma, która leci. I nie rozróżniasz tego specjalnie.

Kiedyś mogłeś rozróżnić, bo płyty były jak książka. Od początku do końca można było je przesłuchać. Materiałowo i tekstowo tworzyły całość. Dziś jest po prostu strzał jednego numeru i za chwilę ta gwiazda znika. Za miesiąc jest następna. Już tego tak nie odczytujesz jak dawniej.

TW: A rozprowadzanie muzyki przez Internet? Jak się na to zapatrujecie?

GM: Tam chodzi o prawa autorskie. Zabieranie pieniędzy twórcom faktycznie wymknęło się spod kontroli, bo firmy wielkie fonograficzne przegapiły moment Internetu i ukazywanie się w nim muzyki. Potwierdziło się, że to zła jakość, ale ludzie nie słyszą takich subtelności. Mylą bęben, werbel z basem, czy gdy stopa brzmi fantastycznie albo płasko. To się wymknęło spod kontroli i na pewno świat będzie chciał to uporządkować. Przemysł muzyczny to podobno trzeci czy czwarty przemysł świata. Wchodzą tam ogromne pieniądze, a tam gdzie pieniądze, tam piętrzą się problemy. Myślę, że to się jakoś uporządkuje. Myśmy teraz sprzedali chyba 25 000 płyt. Po 15 000 mamy złoto.

Ale jak przypominam sobie pierwszą płytę, która sprzedała się w nakładzie miliona? I to bez żadnej reklamy! Nie latałem po radiach i telewizjach z tą swoją starą krzywą mordą.

Nie musiałem przekonywać o trzysta lat młodszej dziennikarki, która myliła "Panie Marku, niech pan siądzie" i ja o 6:20 tu, a potem w porankach, rankach, radiach. Nic takiego! Poszło na Słupeckiej w sklepie muzycznym. Ludzie stali w kolejkach po półtora kilometra, bo weszła płyta "Live" i sprzedała się w limitowanej serii chyba 600 000. Przeżywamy za naszego życia takie zwroty sytuacji historyczne, socjologiczne, obyczajowe, że trzeba się czasami napić żeby to znieść. <śmiech>

TW: Wykorzystując temat: jak z używkami u was? Fajki, alko, gaz czy nie?

GM: Fajki? Są fajki. Używki? Byliśmy wszystkiego ciekawi jak smakują różne rzeczy. Ten leciał i tamten latał. To sobie pomyślałem, że jak wezmę, to też polecę. I co? I gówno prawda. Nie mamy tradycji twardych narkotyków. Oczywiście każdy wie, co to jest marihuana. Próbowaliśmy posmakować serii różnych rzeczy. Taka jest natura. Po koncercie wkraplam sobie witaminę A plus E i próbuję zasnąć, bo następnego dnia też jest trasa i koncert, a trzeba to pokazać na jakimś poziomie. A pokazać swoje pięćdziesiąt siedem lat i nieporadność swojego pana? To wolałbym się chyba zastrzelić czy wpaść pod autobus, bo boję się śmieszności i takiego odcięcia kuponu od przeszłości, na którą sobie oczywiście zapracowaliśmy. Chcę być sprawny, chcę żeby to miało tempo, żeby chłopak czy dziewczyna mający po osiemnaście lat odbierali energetycznie. Ja patrzę na twarze i jak będą one mało uśmiechnięte, to sam sobie ten kurek odkręcę. I mówię to zupełnie poważnie.

TW: Na twoim brzuchu nie widać, jak to mówią młodzi, kaloryfera.

GM: Z tego brzucha to trzeba by zdjąć ze trzy kilo. <śmiech> Patrzę na Darka Kozakiewicza i żeśmy sobie ostatnio skakali na jednej nodze jak ten z AC/DC gitarzysta. Robiliśmy sobie jaja, żeby pokazać ten dystans do siebie i oczywiście do tego produktu, który nazywamy muzyką, spektaklem. Ale przecież nie mówimy o trzeciej części "Dziadów". To jest rozrywka popowo-rockowa. To jest zabawa.

DK: Były czasy, i to jest problem ogólnonarodowy, gdzie się po prostu piło. Co było do roboty? Były próby, było granie, była flaszka. Ten etap jest już dawno za nami. Niektórym się nie udało, bo niestety wódka ich zniszczyła. W tym wielu naszych kolegów. Wyjechali za ocean, a tam było jeszcze gorzej, albo tu w Polsce. Nam się udało, mnie się udało. Miałem z tym bardzo poważny problem. Teraz po prostu trzeba bardzo ostrożnie. Przede wszystkim jest inna odpowiedzialność w pracy i na scenie. Wiemy, że musimy dać dobry koncert. Musimy dać wszystko z siebie. Ludzie przychodzą na nasze koncerty i temat świętej pijanej krowy już się skończył. Kiedyś to może było fajne i śmieszne, bo jak kapela była pijana to była swojska. Dzisiaj tak już nie jest.

TW: Zapytam z innej strony: czy spotkaliście się z określeniem "staruchy, które ledwo co dają radę. Chcą się przypodobać młodej publiczności".

GM: Pewnie, i to ile razy.

TW: Ale tak prosto w twarz? Czy ktoś wam to przekazuje?

GM: W twarz to nie. Po koncercie trzydziestolecia, który osobiście uważam za bardzo udany, w katowickim Spodku, który zapełnił się do ostatniego miejsca. A to dziś nie jest takie łatwe, bo wchodzi tam jakieś osiem tysięcy ludzi. Te bilety też nie były takie tanie, ale były trzy odsłony: akustyczna, elektryczna i symfoniczna w związku z czym drogi produkt. Po koncercie Piotr Szkudelski w Internecie czytał różne opinie i nie wszystkie były takie przychylne. Myślę, że nie warto się tym przejmować, bo jest to grupa frustratów, która tak jak w PiSie będzie sfrustrowana. Mówią, że to dwadzieścia procent społeczeństwa w skali naszego kraju, ale właśnie nie tylko naszego. Tak samo będzie z internautami i odbiorcami muzyki, w ogóle odbiorcami czegokolwiek. Oni zawsze będą sobie narzekać, ale my się tym nie przejmujemy dlatego, bo ostatnia płyta pokazuje, że w tych tyłkach naszych coś jeszcze się dzieje, w tych mózgach. Darek był twórcą tej płyty, bo wszystko tam skomponował. Jest z tego sporo radochy, koncerty są udane. Byliśmy gdzieś tam za oceanem, zaraz jedziemy do Londynu - sale są pełne. Przychodzi młodzież po dwadzieścia lat, w związku z czym nie idziemy równo wiekowo z tymi paniami i panami równolatkami, ale przychodzi drugie pokolenie.

TW: Nawiązując do młodych pokoleń. Jak byliście w wieku tych, którzy was słuchali, to moim zdaniem wtedy było trochę łatwiej. Teraz rozumiem, że kilka pokoleń słucha waszej muzyki. Czy bierzecie to pod uwagę? Czy gracie to co wypływa z serducha i albo będą słuchać albo nie?

DK: Właśnie chciałem powiedzieć, że my nie staramy się udawać kogoś zupełnie innego na dzisiaj i podlizywać się na przykład młodszym słuchaczom, tylko robimy swoje. Uważam, że ten zespół jest na odpowiednim poziomie dla samego siebie.

Robimy swoją muzykę i nie staramy się nagle robić z Grzegorza hiphopowca albo rapera, a ze mnie jakiegoś jazzrockowca, który może na przykład zachwycić wszystkich gitarzystów w Polsce. Po prostu gram swoją muzykę i pod tym kątem była też robiona nasza ostatnia płyta "XXX".

GM: Wydaje mi się, że to jest taka dokładna kropka nad "i". Nic nie musimy już udowadniać i to jest wielki luksus uprawiania tego zawodu, że ty przyjmujesz zgłoszenia na koncerty, które już dziś nie są taką tanią produkcją, bo kosztuje sala i aparatura, które są na poziomie zachodu. Propozycji jest więcej niż możemy zagrać i to przy dość silnej konkurencji na rynku dość gęstym artystycznie. Ten sentyment i to ciepłe uczucie jakie żywią słuchacze muzyki do Perfectu są stałe. W związku z tym perspektywa naszego funkcjonowania jest dość długa, dlatego pozostaje nam tylko modlić się o kondycję i o zdrowie.

TW: Grzegorzu, ty jesteś frontmanem. Na koncertach to na tobie skupia się główna uwaga, show robisz fantastyczne. Jednak gdzieś wyczytałem, że byłeś trochę zamknięty w sobie. Z resztą sam przyznałeś, że rodzice na pierwszym miejscu stawiali twojego brata, a ciebie gdzieś z boku. Miałeś takie chwile załamania, że nie dasz rady, bo jest to za duże obciążenie, zarówno w tamtych jak i w tych czasach?

GM: Jasne. To przychodzi niezależnie od ciebie. Zbyszek Hołdys był zamordystą i kiedy ja się poczułem w miarę pewnie, gdy na przykład wyprzedziłem frazę, albo spowolniłem czy zrobiłem jakiś ozdobnik, to tylko widziałem odkręconą w tym momencie głowę i takie ostre spojrzenie mówiące: "Nie wyrywaj się przed szereg". Czy miał rację? Nie wiem. Na pewno powodował zdenerwowanie, niepewność i frustrację, ale też chyba mu o to chodziło. On był taki marszałek polny, który nie znosił sprzeciwu, a armia w postaci czterech pozostałych członków zespołu ma na rozkaz wykonać jego rozkazy. Oczywiście to on stworzył zespół Perfect i chwała mu za to, ale jest człowiekiem bardzo trudnym do pracy i współpracy. Talentu mu nie brak, ale myślę, że na tym polegał jego problem w zakładaniu i prowadzeniu kapel. To zawsze trwało rok, może dwa. A tych kapel było przecież od groma. Jednak utrzymanie tego w perspektywie dłuższej niż dwa sezony było ponad jego siły.

TW: Zbyszek Hołdys z jednej strony, ale chodzi mi też o społeczeństwo. W końcu wszelkie pretensje musiałeś przyjmować na siebie, chociaż tobie mogło się wydawać, że było zarąbiście.

GM: Na samym początku musiałem się tego uczyć. Powiem szczerze, że jak w 1993 roku zagraliśmy w Spodku to z tydzień ja autentycznie umierałem. Oczywiście coś się udało, ale jak to będzie wyglądało dalej?

Zatykało mnie. Nie umiałem nawet przedstawić kapeli. Wszystko się we mnie trzęsło, bo byłem facetem od roboty typu mikrofon. Tak to się zafiksowało, dusza zapamiętała, a później musiałem przyjąć to na klatę i zacząć formułować myśli. To sobie ustalałem rzeczy wcześniej.

Dzisiaj stać mnie na improwizację. Czasami palnę głupotę albo przeklnę, a okazuje się, że na widowni stoją dzieci i kontekst tego jest dość kiepski, bez klasy. Ale tak się wyrywa niestety. Tak wyrwało się Marcinowi Mellerowi w "Śniadaniu Mistrzów" to nam rockmanom dwa razy starszym też się zdarza.

TW: Prowadzącemu "Fakty" też, bo stolik był brudny. <śmiech> Jeszcze takiego uczucia nie przeżyłem, ale jak się stoi na scenie, jest kilkanaście tysięcy osób, czujesz to wszystko, że buzuje, to co dzieje się w człowieku tam w środku? To, że to gra, że jest chemia, oni to łapią.

DK: Jeszcze kilka minut przed wyjściem na scenę jest poczekalnia zanim wejdziesz. Są nerwy, po prostu jest trema. Czujesz się niepewnie, czujesz się stremowany. Ja przynajmniej czuję tremę. Do pierwszych ośmiu taktów, albo do połowy pierwszego numeru, po prostu źle się czuję. Dopiero po chwili to mija i zaczynasz być sobą, gdy widzisz tych ludzi. To jest prawdziwa radość.

TW: A zdarzyło wam się, że coś podczas występu poszło krzywo, a wy dalej ciągniecie. Zmierzam do tego, że to co nie poszło jest już tak krzywe, że zaczęliście od początku. Mieliście kiedyś taką sytuację czy ciągniecie do końca, walczycie?

DK: Nie, tak się nie zdarzyło.

GM: Mi się tak zdarzyło w teatrze na Targówku. Orkiestra grała pięć czwartych, a ja się wywróciłem w pierwszej zwrotce. Orkiestra grała swoje, a ja swoje do końca.

TW: To musiało być piękne dla ucha! <śmiech>

GM: Ja się trzymałem swojej wersji, potem miałem jeszcze pretensję do dyrygenta Czesia Majewskiego. A Czesio śmiał się. Patrzył na nieopierzonego żółtodzioba, ale w Perfeccie czegoś takiego nie było. Raz tylko zdarzyło się takie ogromne zmęczenie gdy zaczęliśmy grać "Autobiografię" w Nowym Jorku. Po całej nocy lotu, dojazdu, bez snu, zespół zaczął grać, a ja nie wiedziałem co to za utwór. Chłopaki zagrali wstęp dwa razy dłużej i dopiero wpadłem na to, że to "Autobiografia". Ale to tak jakbym zapomniał modlitwy "Ojcze nasz".

DK: Nasi koledzy zaprosili kolegę technika z innej kapeli i on nastroił moją gitarę. Ale nie wiedział o tym, że zespół stroi się pół tonu niżej, a on nastroił ją normalnie czyli pół tonu wyżej. Na próbie wziąłem gitarę, pierwszy numer to "Autobiografia"i chłopaki grają w "S", a ja w "E". I nagle taki dysonans straszny. Patrzyłem za siebie na gitarę, na której grałem na próbie - ona była nastrojona dobrze. Powiedziałem do mojego technicznego Filipa, żeby szybko dał mi tamtą gitarę, a on podchodzi i mówi "Tę też stroił". To wszystko jest wesołe, szybko zaraz się nadrabia i jest ok.

TW: Czy otrzymujecie też propozycje grania do tak zwanego "kotleta"? Grywacie na imprezach plenerowych czy raczej nie?

GM: Gramy, oczywiście. Nie patrzę na większość, patrzę na nas. Koncertów biletowanych w roku to jest jakieś trzydzieści procent, może dwadzieścia pięć. Chociaż ostatnio coraz więcej, nawet w Polsce.

TW: A macie takie propozycje jak Amy Winehouse czy The Rolling Stones, takie indywidualne, że "pstryk" i zagracie. Jest powiedzenie, że nie ma rzeczy i ludzi nie do kupienia, to tylko kwestia ceny.

GM: Nas robili sprytniej. My nie robimy tak, że jak ktoś chce sobie zamówić urodziny, to my chcemy wtedy poczwórne honorarium. Tylko to się mówiło "spotkanie biznesowe", a potem okazywało się, że prezes kończy czterdzieści cztery lata. My zaczynamy grać, rozsuwa się kurtyna, stoi tort i palą się czterdzieści cztery świeczki w związku z czym nie można było zejść z tej sceny. Trzeba było dograć sztukę. Gramy tak zwane eventy, czyli na przykład spotkania pracowników banku. To się odbywa w ilości trzy i pół tysiąca ludzi, wynajęte lotnisko, wielka scena, wielka aparatura - po prostu regularny koncert. Do tego przyszedł przesympatyczny Leszek Czarnecki, który jest szefem, wypiliśmy piwo i zagraliśmy koncert. Właściwie niczym to się nie różniło od normalnego koncertu. Zdarza się oczywiście, że odbiór wtedy jest taki troszeczkę rozbujany, bo tacy pracownicy są bardziej rozbujani niż widownia w filharmonii czy w Teatrze Wielkim. Chociaż to też zależy od ciebie. Jeśli zagrasz z pasją, nie udowadniając sobie ani innym, że to taka zlewka i granie restauracyjne to jest to regularna sztuka. Tych sztuk jest dość dużo i nie różni się to niczym od tych normalnych biletowanych. Najbardziej widać różnicę, gdy jesteśmy gdzieś na obczyźnie. Faktycznie Polacy w Kanadzie czy Stanach reagują bardzo emocjonalnie, bo dzieli nas jednak ocean, niezbyt dobra sytuacja finansowa niektórych spośród tych ludzi i oni tęsknią za Polską. Bywają też dni Szczecina, Gdańska, Warszawy, Krakowa gdzie gramy na rynku między Maćkiem Maleńczukiem i kapelą WuWu. I wszystko się zgadza.

Choć mówiąc prywatnie chciałbym, żeby koncerty były tylko biletowane, bo to jest naprawdę świadomy wybór kupienia biletu. Czasem te bilety nie są nawet takie drogie. Przygotowanie się, że idę na tę właściwą kapelę - to jest najwłaściwszy odbiorca muzyki.

Ale niestety w momencie wejścia na rynek ubezpieczycieli, banków, fajek (bo kiedyś były papierosy Malboro), to tak się działo w Grecji i wszyscy przez to przeszli jak przez kaszel, jak przez grypę.

TW: Pytam o to, bo byłem w Olsztynie niedawno na otwarciu dużego centrum handlowego i tam na półpiętrze grali Bracia. Żal mi było tego, że po pierwsze nie była to muzyka dla ludzi na otwarcie sklepu, którzy chodzą z reklamówkami między jednym firmowym sklepem, a drugim. Oni oczywiście starali się jak mogli najlepiej, ale to wyglądało trochę słabo.

GM: Moglibyśmy być ortodoksami, ale o ile wiem to tylko Kazik Staszewski nie gra tego rodzaju rzeczy. Ja w ogóle chciałbym grać mniej koncertów, bo gardło już po prostu nie wytrzymuje takiego naporu pracy. Mam świadomość tego, że jest w zespole jedenaście osób, które mają rodziny i żyją dokładnie z tego co wyśpiewamy, wygramy. Mógłbym pozwolić sobie na zrobienie pół roku przerwy, bo stać mnie na to, mam odłożone pieniądze. Ale zastanawiam się, co jest w sytuacji naszego akustyka, który też zarabia przyzwoicie. U nas jest zupełnie inny podział pieniędzy. Nie ma tak zwanych "stawek ogólnokrajowych", tylko mamy procentowe stawki od technicznego, który jeździ, poprzez dwóch akustyków, szefa światła, szefa techniki, managerów i nas. To jest chyba ewenement w skali krajowej. I mógłbym sobie wyjechać na pół roku, ale miałbym jakiś zgrzyt w duszy o to co zresztą ekipy.

TW: Podejrzewam jaka będzie odpowiedź, ale chciałbym to usłyszeć od was. Czy jest u was podział "ja artysta, ja wokalista, ja gitarzysta, a tu dział techniczny, tu kierowca".

GM: Skąd. To jest rodzina.

DK: Jak pytają nas jak to się dzieje, że my ze sobą tyle lat pracujemy, gramy i tworzymy to ja uważam, że poza graniem i muzyką jest jeszcze ważny człowiek. Między ludźmi musi być to porozumienie. Mamy je i szanujemy się nawzajem. Do tego wszystkiego mamy pokorę. Dlatego tak długo, a Grzegorz by pewnie powiedział "za długo", istnieje. Ale naprawdę tak uważam. Nie ma tu zupełnie takich podziałów.

GM: Przejrzystość finansowa, tudzież finanse rozwalają kapele. Alkohol i finanse. Nie ma tak, że ja wokalista jak gwiazda zabieram pięćdziesiąt procent kasy, a wy dzielcie się resztą jak chcecie.

Tutaj jest zupełnie inny układ partnerski, procentowy.

Gramy za darmo - nikt nie dostaje nic. Gramy za dużo, bo tak na przykład traktowało się Sylwestra, gdy stawka jest podwójna - to i akustyk zarabia trzy razy więcej niż normalnie, chociaż i tak dostaje bardzo dobrze.

TW: Ostatnie pytanie: myślicie i czy boicie się starości?

GM: No k***a, a kto się nie boi? A kogo ja mam teraz prosić, żeby przyniósł mi węgla do pieca, posprzątał ogród po psie albo poszedł po ziemniaki? Ja to po prostu robię i muszę na to mieć siłę. Gdy zdrowie mi odmówi tak zupełnie, że będę tylko zdany na łaskę innych, bo trzymając pieniądze można zdać się na łaskę ludzi, którzy zrobią to bardziej lub mniej cierpliwie, ale chyba sobie kupię parabellum, żeby mieć pod poduszką. Nie bardzo wyobrażam sobie koszmar gaśnięcia, który trwa długo w czasie, gdy musisz radzić sobie ze swoją fizjologią dość okrutną i oddawać się być może na młode oczy, młode ręce. Nie, jest to ponad moje siły. Złoty strzał - dobra mieszanka i w żyłę.

DK: Każdy w pewnym momencie musi zetknąć się ze starością swoich rodziców. Nie miałem ojca, ale kilka lat temu zetknąłem się ze starością mojej mamy. Mam do niej ogromny szacunek, ponieważ to ona wpoiła mi muzykę i granie. Wiem, że gdyby mnie coś takiego spotkało, to ja sobie tego nie wyobrażam. Starość jest okrutna. Na całe szczęście staram się jej pomóc, ale nie wiem czy znajdzie się ktoś taki, kto pomoże mi. Z drugiej strony boję się starości ze względu na wychowanie mojego syna, który ma sześć lat. Jest tu ta dysproporcja... Oczywiście staram się jak mogę, ale on jest szybszy. <śmiech> Wczoraj tak mnie przeciągał, że ledwo zipałem. Staram się o tym tak często nie myśleć. Dbam o zdrowie jak mogę, chociaż oczywiście jakieś piwko czasem się wypije. Będę chciał grać do końca, to jest moje założenie.

TW: Znakomity akcent na koniec. Moglibyśmy rozmawiać jeszcze tak długo, ale niestety czas nie jest z gumy i nie rozciąga się. Panowie szacunek pełen i mówię to zupełnie szczerze. Aż mi gęsia skórka wystąpiła. Grzegorz Markowski, Darek Kozakiewicz i Tomek Wozik Woźniak, dziękuję pięknie.

SŁUCHAJ ZŁOTYCH PRZEBOJÓW!