Chwila na-Gości: Maciej Balcar

Maciej Balcar w rozmowie z Radiem Złote Przeboje. Posłuchajcie!

Radio Złote Przeboje: Maciej Balcar w Radiu Złote Przeboje. Z wykształcenia architekt z zamiłowania muzyk, wokalista, aktor. Kim jesteś najbardziej?

Maciej Balcar: Jestem muzykiem, taką sobie wybrałem drogę i wszystkie pozostałe rzeczy są śladowe i dopełniające, ale jednak głównym nurtem jest muzyka.

RZP: Twoje nazwisko pojawia się w bardzo wielu muzycznych projektach w zasadzie nie tylko, bo jest musical, jest i dubbing do filmów, jest też sam film w którym również grywasz. Jak znajdujesz na to wszystko czas?

MB : Bywa ciężko. Szczególnie teraz, kiedy po dużym sukcesie płyty "Muza" z Dżemem i po mojej solowej płycie grałem dużo koncertów, oprócz tego dopadł mnie jeszcze przyjaciel Hadrian Tabęcki i zaciągnął do składu Krzyżaków, także jeszcze ta opera mi się pojawiła w życiu. Przyznam, że czasami zaczyna mi brakować czasu na te najważniejsze rzeczy czyli na rodzinę...

RZP: No właśnie, przecież jest tam jeszcze z boku gdzieś rodzina, małe dziecko, które wymaga opieki co więcej zakłóca również ciszę nocną. Jak udaje się to połączyć, zestawić życie zawodowe z życiem rodzinnym?

MB: Życie rodzinne póki co się udaje, dopóki żona się nie zbuntuje i dzieci nie zaczną do mnie mówić "wujku" to jeszcze jakoś sobie radzę .

RZP: A czy to rzeczywiście jest tak, że praca artysty, takiego jak Ty wiąże się z takimi wyjazdami, które są długie, częste, a w domu bywasz gościnnie?

MB : Przede wszystkim z Dżemem mamy taką sytuację, że gramy głównie w Polsce, ale nie tylko. Nawet jeżeli brać pod uwagę koncerty w Polsce to dojazd z Wrocławia do Suwałk nie jest niestety sprawą prostą. Jeden koncert w Suwałkach nie oznacza jednego dnia poza domem tylko często trochę więcej. Właśnie to są te problemy braku czasu. Głównie dojazdy, gdyby stan naszych Polskich dróg i autostrad był trochę lepszy można byłoby bardzo szybko przemierzać kraj. Niestety żyjemy w innej rzeczywistości.

RZP: Zerkając do internetu znalazłem takie informacje min. że grasz na harmonijce ustnej, fortepianie, gitarze akustycznej, na którym z tych instrumentów gra Ci się najlepiej, który czujesz najlepiej?

MB: Fortepian to mój instrument szkolny, skończyłem podstawową szkołę muzyczną właśnie na fortepianie, Przez co jest mi najbardziej bliski, jednak od pewnego czasu pewniej się czuje na gitarze akustycznej i trochę zacząłem grać na gitarze elektrycznej, głównie po to żeby znajdywać jakieś fajnie brzmienia i pomysły na riefy. Scenicznie nie udzielam się na gitarze elektrycznej, tak jak w przypadku harmonijki jest to jednak bardziej "podgrywanie" niż granie.

RZP: Kiedy wpisujemy w jakakolwiek wyszukiwarkę hasło: "Maciej Balcar" wyskakują setki stron internetowych i wiele projektów, gdybyśmy próbowali jednak Twoją muzyczną aktywność jakoś ogarnąć to jakbyś to zrobił? W jakich projektach występujesz, z jakimi kapelami grasz?

MB: Przede wszystkim Dżem i to od 10 lat, współpracujemy z ciągłą tendencją zwyżkową, oprócz tego Jesus Christ Superstar, który jest jeszcze dłużej niż Dżem, już ponad 11 lat gramy ten spektakl w Reatrze Rozrywki w Chorzowie, ale nie tylko bo zdarzają nam się wyjazdy ale głównie są to spektakle stacjonarne i tam można ten spektakl zobaczyć. W grudniu zeszłego roku natomiast odbyła się premiera "Krzyżaków" w Sali Kongresowej w Warszawie i ten spektakl będziemy w różnych miejscach pokazywać, między innymi na początku czerwca w sali kongresowej i domu tańca i muzyki w Zabrzu. Na całe moje szczęście nie jest tego dużo, bo zwyczajnie musiałbym z pewnych rzeczy zrezygnować. A jest to sympatyczna sytuacja bo oprócz zaprzyjaźnionego Hadriana Tabęckiego mogę się na scenie spotkać z Pawłem Kukizem, Maćkiem Ślisklim, Arturem Gadowskim, przez co to także miła sytuacja towarzyska. Jeśli chodzi o zespoły to zaraz po Dżemie jest mój zespół towarzyszący o nazwie Niebo, z którym miałem przyjemność nagrać w zeszłym roku solowy materiał i pojechać w trasę. Zagraliśmy prawie 20 koncertów w całej Polsce, z pominięciem dalekiej północy, ale to ze względu na logistyczne problemy, wiadomo jak to młoda kapela musieliśmy się liczyć z kosztami dojazdów. Zdarza mi się również od czasu do czasu występować z zespołem Harlem. Nie chciałbym kogoś przeoczyć.

RZP: Twoja doba też jest taka jak nasza? Też ma 24 godziny?

MB: Tak, niestety. Czasami udaje mi się troszeczkę zwolnić czas i wtedy pracuje troszkę szybciej.

RZP: Powodem naszego spotkania jest jeszcze jedna Twoja aktywność muzyczna, piosenka do gry Wiedźmin II. Gry, która miała swoją premierę. Jak to się stało, że to właśnie na Ciebie wypadło, że to Ty skomponowałeś tę piosenkę i Ty ją zaśpiewałeś?

MB: Nie, ja nie komponowałem, to jest robota Karima Martusewicza (basista zespołu VooVoo) stąd się znamy iż często na koncertach mamy okazję się przywitać. Znam trochę lepiej Mateusza Pospieszalskiego i Wojtka Waglewskiego z Karimem nigdy nie miałem okazji współpracować, tym bardziej miałem ochotę go poznać i ucieszyłem się że możemy coś wspólnie zrobić. A dlaczego padł taki pomysł abym ja to robił? Nie mam bladego pojęcia. O to trzeba zapytać Karima, albo kogoś jeszcze innego. Okazało się że znaleźliśmy bardzo szybko wspólny język i po paru poprawkach tekstu utwór się "ułożył" .

RZP: Był przez pewien czas taki pomysł, aby to Zbigniew Hołdys napisał tę pieśń. Napisał on nawet na swoim internetowym blogu takie zdanie: "Kto z was zna Wiedźmina, cokolwiek: film, grę, komiks, książkę, potrzebuje zadać pytanie. Fruwa w powietrzu propozycja żebym to ja skomponował piosenkę do gry, która kiedyś tam niebawem wyjdzie. Czy to ma sens?" I ja pytam teraz Ciebie: Czy to miało sens?

MB: Jeśli o mnie chodzi, to na studiach miałem okazję przerobić całą sagę Sapkowskiego i pamiętam nawet, że z racji tego że byliśmy biednymi studentami, to w gronie najbliższych przyjaciół, kolegów, każdy z nas kupował po jednym tomie i zwyczajnie się wymienialiśmy. Kiedy przyszła kolej na mnie, to kupiłem któryś z kolejnych tomów i chyba mam ten egzemplarz w domu do dziś. Pamiętam, że wtedy z ogromną przyjemnością czytałem. Parę razy wróciłem wybiórczo do tej pozycji, a całkiem niedawno sprzedałem ten temat mojemu synowi, który ma 14 lat, chodzi do pierwszej klasy gimnazjum i udało mi się zaszczepić tę pasję także w nim. Ponieważ gra o której mówimy ma już swoją drugą odsłonę, w pewnym momencie syn zaczął coś przebąkiwać o niej, że chciałby sobie ją kupić... zgodziłem się, jednak najpierw powiedziałem aby poznał oryginał. To był okres wakacyjny i okazało się, że bardzo dobrze mu się czyta tę książkę, jest już gdzieś na czwartym czy piątym tomie. Czyta sobie powoli, w swoim tempie bo wiadomo że ma swoje lektury szkolne, nie chcę go przyduszać. Ważne jest to, że sam przychodzi, zgłasza się, że właśnie skończył i chce więcej. Idziemy wtedy razem do księgarni, kupujemy następnego Sapkowskiego, co też mi jest na rękę, bo w wolnej chwili sam sięgnę kolejny raz po tę sagę.

Miałem okazję przyjrzeć się grze "Wiedźmin II". Uważam, że jest dobrze zrobiona i przede wszystkim cieszy to, że wyszła poza granice naszego kraju. Wiem, że jest popularna w Stanach, Niemczech i na całym świecie. Cieszy to tym bardziej, że jakiś obcokrajowiec sięgnął po naszą literaturę, a jest się czym pochwalić, myślę że Sapkowski jest, przynajmniej dla mnie, obok Lema takim naszym towarem eksportowym. Czymś, czym możemy się pochwalić, naprawdę pochwalić, bo przecież nie naszą piłką nożną.

W momencie kiedy padła propozycja zaśpiewania piosenki do "Wiedźmina II" byłem bardzo ciekawy jak będzie wyglądał ten utwór, ciekawy ale przyznaje także lekko podniecony, tym że wezmę w tym udział.

RZP: Pojawiasz się w różnych sztukach, teatrze, w filmie. Tym filmem o którym nie sposób nie pomówić jeśli już się spotykamy, to "Skazany na bluesa". Ja pamiętam Twoje wywiady sprzed paru lat, to było gdzieś po premierze. Mówiłeś wtedy, że trudno Ci się o nim opowiada, bo towarzyszą temu bardzo moce emocje. Czy one już ostygły czy wciąż są takie silne?

MB: Te emocje troszkę ostygły, szczerze mówiąc kilka razy miałem okazje obejrzeć ten film i za każdym razem pojawiają się ponownie z prostej przyczyny - tam występuje cały zespół i między innymi Paweł Berger, którego straciliśmy w wypadku samochodowym w 2005 roku. I to właśnie w tym momencie, kiedy Paweł pojawia się na ekranie, to zaczyna się burza myśli i one na tyle się kłębią, że przestaje się śledzić fabułę. Teraz jest powiedzmy troszeczkę łatwiej, ale wiadomo, że nie oglądam na okrągło koncertów z tamtych czasów, a za każdym razem, kiedy gdzieś na jakimś zdjęciu zobaczę Pawła to przypomina mi się nasza wspólna praca na scenie, na próbach i nasze przygody na trasach no i ten wypadek... Myślę, że ten film do końca będzie w każdym z nas wzbudzał te silne emocje, kiedy będziemy widzieć Pawła.

RZP: To może nie będziemy tych emocji przywoływać.

MB: Nie trzeba, to obraz przywołuje wspomnienia, możemy jak najbardziej porozmawiać o filmie, to w trakcie oglądania filmu te wspomnienia wracają. Przy pytaniach jak mi się film podoba, jak go odbieram często używam właśnie tego argumentu, mówię że zawsze oglądam ten film do połowy i potem się coś takiego dzieje, że troszeczkę się gubię w tym wszystkim.

RZP:A czy praca w tym filmie pomogła Ci w znalezieniu się w roli wokalisty Dżemu?

MB: Nie ponieważ miałem świadomość od samego początku uczestnictwa w składzie Dżemu. Świadomość tego kim mam być i dlaczego jeśli się decyduje na to i co w związku z tym powinienem zrobić, aczkolwiek na pewno te sytuacje filmowe troszkę mi przybliżyły tamtą historię i troszkę lepiej poznałem Ryśka w momencie, kiedy kręciliśmy różne sceny, które bardzo często miały faktycznie miejsce. Chłopakom przypominały się faktyczne sytuacje, anegdoty, zaczynali je opowiadać. Wspominali jak to kiedyś było, to mi przybliżyło samą postać Ryśka, natomiast znaleźć w Dżemie musiałem się tak jakby od samego początku i odpowiedzieć sobie na pytanie czego ja tam szukam, bo inaczej bym poległ z kretesem.

RZP: No właśnie, jesteś wokalistą, rockmanem, czy to prawda że będąc pacholęciem wstydziłeś się występować publicznie?

MB: Prawda, i byłem zmuszany do tego, ale teraz na to patrzę troszkę z uśmiechem. Wtedy mnie to bardzo złościło, bo mogłem mieć albo wpisaną naganę i obniżone sprawowanie albo wystąpić na apelu i zaśpiewać piosenkę i w ten sposób właśnie mnie nauczyciele sprytnie podchodzili. Może dobrze że byłem takim urwisem, bo gdybym był grzecznym dzieckiem, prawdopodobnie nigdy bym nie zaśpiewał publicznie. (śmiech)

RZP: Dochodzimy do takiego momentu, że jesteś nastolatkiem, budzi się w Tobie jakaś taka prawdziwa miłość do muzyki, do śpiewania, zaczynasz stawiać pierwsze kroki na muzycznej scenie i nagle oto bardzo szybko nadchodzi propozycja zastąpienia w kapeli, która ma długą, długa tradycję giganta rocka, giganta bluesa Ryśka Riedela. Czy towarzyszy temu jakiś strach, czy mówisz od razu:"Tak ja to biorę"?

MB: Moja muzyczna droga, pomijając szkoły muzyczne i różnego rodzaju etapy harcerstwa, gdzie różne piosenki odważałem się śpiewać, moja muzyczna droga zaczynała się, tak jak chyba u większości młodych ludzi od zespołów punkowych, heavy metalowych czyli dużo, ostro z czadem, to był okres, kiedy Joy Dvision, The Cure, Pink Floyd. Chcieliśmy koniecznie grać taką "zimną falę", później był heavy metal. Będąc już na studiach zostałem zaproszony do zespołu Blues Forever, to kapela z Ostrowa Wielkopolskiego, Przygodzic i Kalisza. Byliśmy takim "młodszym bratem" Dżemu, chociaż wiekowo porównywalnie. Wydaliśmy nawet płytę w latach 90-tych w Olsztynie, które w zeszłym roku zostały wydane jako archiwalny, historyczny materiał właśnie w naszym rejonie (Ostrowa Wielkopolskiego ). To wtedy poznałem cały Dżem, łącznie z Ryśkiem.

Miałem okazje oglądać Dżem na scenie, ale też spędzić z nimi długie wieczory i wysłuchać wielu bardzo fajnych historii, od tamtego czasu, od 92/93 roku. Ja oczywiście znałem Dżem jeżdżąc do Jarocina na festiwale, bo miałem do Jarocina tylko 49 km, to byłoby grzechem nie jechać na festiwal. Ale osobiście miałem okazję poznać chłopaków na początku lat 90. W momencie kiedy zmarł Rysiek nie zgłosiłem się  na casting do Dżemu i to z premedytacją, bo wiedziałem że wejście w to miejsce jest niemożliwe, to zbyt świeża rana dla wszystkich nas, chociaż zespół Dżem miał prawo grać. Tu się pojawiał problem, ja im życzyłem wszystkiego najlepszego, ale nie wyobrażałem sobie jakby to miało wyglądać.

Zacząłem podążać swoją ścieżką, pojawiła się przygoda z filmem, bo we Wrocławiu był kręcony film fabularny "Marion du Faouet" i jako student postanowiłem dorobić sobie jako statysta, tam też miałem okazje zagrać epizod. Zaczęły się pojawiać różne sytuacje muzyczne i właśnie we Wrocławiu zawiązał się mój solowy projekt z zespołem Koniec Świata. Ta płyta, która pojawiła się w '98 roku zwiastowała przełomowy moment, kiedy ja musiałem zdecydować czy wchodzę w muzykę, czy jednak kończę architekturę i zasuwam do biura i robie projekty.

RZP: Powiedzieliśmy sobie o Twoim muzycznym początku, mówimy oto młody artysta, któremu bliskie są nurty punkowe, heavy metalowe, nagle oto pojawia nam się w "Mustangu z dzikiej doliny"...

MB: Tak i ''Mustang z dzikiej doliny był następnym przełomowym momentem w moim życiu, dlatego że wtedy miał urodzić się mój drugi syn Bazyli i nagle dostałem propozycję od amerykanów z wytwórni Dreamworks, którzy decydowali kto ma zaśpiewać, ze stanów był przysłany gentleman, który robił przesłuchania i stwierdzał kto się nadaje. To właśnie on, zdecydował że to nie musi być jakieś wielkie nazwisko, tylko człowiek, który dobrze to zaśpiewa. Dostałem do zaśpiewania właśnie ten materiał zrobiony przez Bryana Adamsa i muszę powiedzieć, że z ogromną przyjemnością to zrobiłem, bo to świetna muzyka.

W momencie, kiedy się połapałem o co chodzi w bajce, bo nie miałem okazji jej obejrzeć, zaczęło mi świtać po tych krótkich fragmentach, które przygotowywałem że jest to jedna z niewielu mądrych, fajnych historii. Zresztą najlepszym dowodem na to jest fakt, że to cały czas żyje jakby swoim życiem i coraz to nowi ludzie przychodzą do mnie i mówią, że dopiero teraz wpadli na tę bajkę i że im się bardzo podobała. To jest bajka zrobiona z ogromnym kunsztem i w sytuacji, kiedy ja się spodziewałem kolejnego syna i zobaczyłem scenę do której miałem zaśpiewać utwór, w niej rodzi się mały źrebak, rozczuliłem się. Przez kwadrans nie umiałem się pozbierać, a potem przyszła taka siła i taka moc, że uważam że jest to jeden z najlepiej zaśpiewanych przeze mnie materiałów.

RZP: Może właśnie dlatego, że towarzyszyły temu jakieś szczególne uczucia?

MB: Myślę że tak.

RZP: Ale powiedziałeś, że to był taki przełomowy moment w Twoim życiu, czy tylko osobistym, czy również zawodowym? Poszły za tym jakieś inne działania w przemyśle bajkowym i filmowym?

MB: Nie, natomiast dostałem sygnał od kogoś zza wielkiej wody, że to właśnie mnie chcą na tym materiale, mimo że przesłuchali różnych innych z Polski. Wielu ostrzyło sobie zęby na ten materiał, jednak oni chcieli właśnie mnie, co było dla mnie wielkim wyróżnieniem.

RZP: Z pewnością takie momenty pojawiły się choćby nawet wtedy kiedy dostałeś propozycję od Roberta Jansona czy od Roberta Chojnackiego. To są dwa wielkie nazwiska. Janson - przy którym "wyrosła" Lipnicka , Monika Kuszyńska, Kasia Stankiewicz, z kolei Chojnacki wypromował między innymi Piaska, o którym sobie przypomnieliśmy niedawno, że jest to człowiek, którego warto słuchać. I oni zwracają się do Ciebie z propozycją, a Ty mówisz nie, we mnie drzemie, taka niepokorna dusza i ja chcę robić swoją muzykę. Serio?

MB: Nie, nie to nie było aż tak skrótowo. To był ten moment, kiedy musiałem zdecydować - muzyka czy architektura. Z racji tego, że bawiłem się muzyką, jednak to było wszystko na etapie amatorskim, bardziej na zasadzie zabawy niż pracy. Na horyzoncie pojawił się zalążek Jeremiego i wiedziałem, że za chwilę będę musiał twardo stanąć na ziemi, a nie fruwać w obłokach, albo fruwać mając jednocześnie pieczę nad rodziną. Wtedy wyjechałem do Warszawy, poznałem tam wiele bardzo fajnych osób i między innymi trafiłem na casting do filmu, który miał przygotowywać Robert Chojnacki, szukał następcy Piaska i razem z płytą chcieli wypuścić film. Ja tak naprawdę chciałem zrobić cokolwiek, albo szukałem potwierdzenia, tego że w tej branży znajdę miejsce dla siebie i będę umiał funkcjonować i pracować. Oczywiście bardzo mnie ucieszyło, to że wygrałem ten casting, ale bardzo szybko też przyszły pytania, czy to do końca jest , to czym ja chcę się zajmować muzycznie, jeśli właśnie muzyka to czy taka. Wtedy też właśnie w Warszawie poznałem się z Krzyśkiem Feusette, dziennikarzem "Rzeczpospolitej", który miał w szufladzie teksty, a ja zacząłem mu je regularnie podkradać i robić muzykę. Bardzo mi się podobały te utwory w momencie kiedy ja już byłem jedną nogą w tym projekcie Roberta Chojnackiego i tworząc tę własną muzykę uświadomiłem sobie, że to jest właśnie to i jeśli mam się zajmować tą muzyką, to powinienem grać swoje piosenki.

RZP: Czyli takie poszukiwanie muzycznej tożsamości?

MB: Tak.

RZP: I ona nie była w pobliżu Roberta Chojnackiego?

MB: Z Jansonem chodziło mi o moją własna estetykę, a raczej o jej poszukiwanie, czego nie było. Nie wiem jak to byłoby w przypadku Roberta Chojnackiego, no tak naprawdę nie udało nam się nawet nic "naszkicować", ale w przypadku Roberta Jansona mieliśmy okazję wspólnie popracować, napisał taki utwór do filmu "Nocne Graffiti", który jest na ścieżce dźwiękowej , ja miałem okazję napisać tekst i zaśpiewać go w studiu. I w tym studiu okazało się, że muszę zaśpiewać dokładnie po tych dźwiękach jakie on sobie wyobraził, z taką charakterystyką głosu jaką on chciał. Czyli właściwie wyszedłem z tego studia zniesmaczony, mimo że nagrałem ten utwór, to miałem takie wrażenie, że ktoś mnie odarł zupełnie z mojej tożsamości muzycznej, być może ona była błędna, być może Robert miał rację i może zauważał jakieś amatorskie maniery, może dodawałem za dużo ozdobników, a może po prostu wyobrażał sobie to dokładnie tak, a nie inaczej. Zwyczajnie wymagał ode mnie zaśpiewania tak jak on sobie to wymyślił. To był kolejny sygnał, że nie jestem w stanie z nim nic więcej stworzyć. Mieliśmy pracować nad płytą, którą później nagrał Kuba Badach. Czwarty Wymiar chyba, to właśnie te utwory przygotowywałem na jego płytę, ale już po nagraniu tego "Nocnego Graffiti" wiedziałem, że to nie wypali.

RZP: Czyli Twoje muzyczne serce bije zupełnie gdzie indziej?

MB: Nie, ja po prostu chcę mieć wpływ na muzykę i swój wokal. Koledzy z zespołu Dżem sugerują mi, że pewnego rodzaju zaśpiewy czy to co można by zmienić, poprawić, jednak generalnie akceptują wszystko to, co we mnie gra. Dlatego ja się w Dżemie czuję bardzo dobrze. Wychowałem się między innymi na Ryśku. Chociaż czasami można u mnie usłyszeć i Soykę, Turnaua, Grechutę i Niemena, bo te piosenki również jako dzieciak miałem w swoim repertuarze, to jednak myślę, że najważniejszy jest dla mnie Niemen i Riedel jednak. To się czasami słyszy w niektórych piosenkach "Dżemowych", aczkolwiek na całe szczęście, podobno na początku śpiewałem bardzo podobnie do Ryśka, a teraz śpiewa Balcar.

RZP: A czy teraz, już jako dojrzały artysta z perspektywy kilku ładnych lat i spoglądasz na te wydarzenia, to traktujesz to jako stracone szanse czy jako dobry wybór, który spowodował że dziś jesteś w tym miejscu w którym jesteś?

MB: Absolutnie, dobry wybór. Myślę, że gdybym miał komuś doradzać w tej sytuacji to bym nie potrafił i to jest paradoks tego zawodu, że tak naprawdę nie da się nic doradzić młodemu człowiekowi, który znajduje się na początku swojej drogi muzycznej i zadaje pytanie starszemu koledze o to co zrobić, jak dojść do tego punktu, w którym jest pan albo ktoś inny. Często takie pytania młodzież zadaje, ja też kiedyś je zadawałem i dostałem odpowiedź, że trzeba robić swoje. Teraz wiem, że tamten człowiek, już nie pamiętam kto, nie zbył mnie, tylko powiedział mi prawdę. Być może dla kogoś innego na moim miejscu to by było najlepsze rozwiązanie żeby zaśpiewał na płycie z Robertem Jansonem.

RZP: Jak do muzyki ma się architektura, skończyłeś architekturę czy to było tak, że mama, tato przyszedł i powiedział żebyś się zajął czymś dobrym i pożytecznym, zostań lekarzem, strażakiem albo architektem, inżynierem bo trzeba jakoś na życie zarabiać, czy też gdzieś Ci to w głowie samo wykiełkowało i powiedziałeś architektura to jest to.

MB: Zawsze bardzo lubiłem rysować jako dziecko, na początku liceum troszeczkę się opuściłem w tym rysowaniu, ale już pod koniec szkoły średniej stwierdziłem że chyba to jest ta rzecz, która mi sprawia stosunkowo dużą radość i może być to sposób na przyszłość. Same studia, szczerze mówiąc nawet gdybym wiedział, że zostanę muzykiem poszedłbym na nie jeszcze raz. Jest to tak wszechstronny wydział, już pomijam to, że poznałem tam wielu niesamowitych ludzi. Mam poczucie dobrze spędzonych lat, nie mówię tutaj o imprezach, bo oczywiście one również były fantastyczne. Ale te studia bardzo dużo mi dały, bo z jednej strony czysto techniczne, mechanika, fizyka budowli czy geometria wykreślna, a z drugiej strony historia, zajęcia manualne, rzeźba, malarstwo, rysunek, to były rzeczy, które naprawdę były fajną przygodą.

RZP: Fascynacje i inspiracje. Kiedy piszesz teksty, piosenki skąd to się bierze. Samo przychodzi?

MB: Jeśli chodzi o teksty, nie jest to prosta sprawa. Nie jestem zawodowym tekściarzem i nie piszę na zawołanie. Dobrze jeżeli znam temat, także do takiego zadanego tematu łatwiej mi się pisze niż całkowicie abstrakcyjnie na temat dowolny. Stąd bardzo chętnie podpieram się tekstami moich przyjaciół, aczkolwiek zdarza mi się napisać coś jeżeli po prostu natchnie mnie jakaś myśl i względnie muzyka mi się z czymś skojarzy. Z muzyką jest z kolei dokładnie odwrotnie, tworze ją czasami w bardzo dziwnych sytuacjach, może być to w pociągu, na przystanku autobusowym, toaleta, wanna, ale oczywiście fortepian, który stoi w pokoju jest jak najbardziej pierwszorzędnym warsztatem pracy. Ta muzyka pojawia się z nienacka i czasami stukot kół w pociągu powoduje, że powstaje piosenka i muszę to jak najszybciej nagrać, zapisać i ta muzyka zupełnie niespodziewanie i kilka razy dziennie mi się pojawia. Także tych pomysłów muzycznych mam całe stosy, różnorakich, bo nie tylko rockowych, ale generalnie dźwięków.

RZP: Powiedzieliśmy, że wolnego czasu masz bardzo mało, ale jeśli już go masz, to jak go spędzasz?

MB: Najchętniej wyciągam dzieciaki na dwór, ponieważ wychowałem się w domu z ogrodem w Ostrowie Wielkopolskim, to na początku naszej wspólnej drogi z małym Jeremkiem, mieszkając w wynajmowanej kawalerce w centrum Wrocławia dusiłem się. Udało nam się parę lat temu wydostać poza Wrocław, osiedliśmy na wsi i wybetonowałem boisko do koszykówki , zmontowałem własnoręcznie kosz i najchętniej właśnie wyciągam chłopaków i gram w koszykówkę, chociaż zdarza się to bardzo rzadko z racji moich podróży, ale również od zeszłego roku jestem szczęśliwym posiadaczem Harleya i nim przemierzam okoliczne bezdroża.

RZP: Czyli jednak Twoje inżynierskie umiejętności się jednak przydają w tym rodzinnym domu?

MB: Cały czas.

RZP: Jakie są Twoje plany na najbliższą przyszłość, na najbliższe miesiące, lata. Czy tak się ją planuje w show businessie?

MB: Na razie na pewno, jeśli chodzi o Dżem, to musimy pograć płytę. Zwyczajnie zaprezentować ją też na koncertach, oprócz tego przymierzamy się, a właściwie już gramy koncerty symfoniczne. Jest duże prawdopodobieństwo, że we Wrocławiu, na pewno w Zabrzu, Warszawie takie koncerty będą się odbywały i jesienią chcemy też zarejestrować taki koncert z orkiestrą symfoniczną i chórem. Duża rzecz, mocna rzecz, bo nie tylko ludziom na widowni, ale także nam za każdym razem ciarki po plecach przechodzą, kiedy słyszymy jak w jakimś utworze np. sekcja trąb czy smyków podegra nam w jakimś momencie. Włos się jeży i jest takie wrażenie fruwania w przestworzach. Coś niesamowitego i te koncerty naprawdę dobrze brzmią i warto się za to zabrać i myślę że uda nam się to zarejestrować. Jeśli chodzi o solowe rzeczy, to solowymi koncertami raczej będę wypełniał czas kiedy będę miał naprawdę dużo wolnego czasu, co pewnie będzie nie prędko. Jeśli chodzi o Jesus Christ Superstar, to cały czas te spektakle odbywają się w teatrze rozrywki w Chorzowie. Co się będzie działo, tak naprawdę nie jestem w stanie na chwilę obecną powiedzieć. Być może już wiem o paru rzeczach, w których miałbym wziąć udział, ale przede wszystkim muszę to poukładać terminowo, więc nawet nie będę zdradzał pomysłów i propozycji, które padły.

RZP: Odpoczywasz kiedyś?

MB: W busie jak jadę, w nocy zdarza mi się że prześpię parę godzin.

RZP: Kiedy ostatni raz byłeś na urlopie?

MB: Dokładnie to było pod koniec lutego, na siedem dni pojechałem z moimi synami na narty.

RZP: Czyli jednak udaje się ten kawałeczek czasu wykroić?

MB: Udaje się.

RZP: Fantastycznie. Pochodzisz z Ostrowa, mieszkasz we Wrocławiu albo tez pod Wrocławiem, masz kawalerkę w Chorzowie, które z tych miast jest Ci najbliższe?

MB: To jest bardzo trudne pytanie. W Ostrowie się wychowałem i zostawiłem tam swoje całe dzieciństwo. Jak wracam do Ostrowa, to chłonę to wszystko co tam jest. We Wrocławiu wszystkie najlepsze chwile studenckie, miłości, właśnie tutaj. Chorzów z kolei, miasto, gdzie spełniło się chyba moje największe marzenie, którym już jako dzieciaka czy licealisty było to żeby kiedyś móc zagrać chociażby jakiegoś statystę w Jesus Christ Superstar, chociażby bilety sprzedawać albo być tym kto wpuszcza ludzi na salę, żeby mieć kontakt z tym spektaklem, żeby słuchać tej muzyki cały czas, bo to jest genialna muzyka. Jeszcze z tłumaczeniami Wojtka Młynarskiego, który po prostu fantastycznie to przełożył. To jest geniusz jeżeli chodzi o przekłady z języka angielskiego.

RZP: To był Maciej Balcar w Radiu Złote Przeboje, artysta utalentowany, niepokorny i mocno zapracowany. Bardzo uprzejmie dziękuję za to spotkanie.

MB: Dziękuję bardzo, pozdrawiam.

SŁUCHAJ ZŁOTYCH PRZEBOJÓW!